dwutygodnik internetowy
26.05.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Obywatelska Polska „B”

Termin homo sovieticus, zmora polskiej modernizacji, lepiej pasowałby do cynicznego maklera niż do babci ze wsi.

ilustr.: Kasia Majchrowska

Zmieniając znaczenia pojęć „społeczeństwo obywatelskie” i „homo sovieticus”, stworzono opis rzeczywistości, który skutecznie neutralizuje próby radykalnej przebudowy systemu. Tworzy się język wykluczający tę część społeczeństwa, w której tkwi największy potencjał dokonania politycznego rokoszu.
Tekst ukazał się pierwotnie w 24. numerze naszego kwartalnika, Pols-kość niezgody, jako część dyskusji nad formami patriotyzmu, w której udział wzięli także Jan Mencwel oraz Aleksandra Bilewicz.

Dzisiejsza Polska to kraj perwersyjnych ewolucji. Podlegają im nie tylko ludzie czy instytucje, lecz także pojęcia. Szczególną uwagę warto zwrócić na sposób, w jaki używa się dziś dwóch terminów: „homo sovieticus” i „społeczeństwo obywatelskie”. Nie służą one możliwie neutralnemu opisywaniu rzeczywistości, ale mają piętnować lub gloryfikować. W debacie publicznej pełnią zazwyczaj funkcje normatywne. To środowiska, które same siebie definiują jako lewicowe bądź liberalne, związane z dzisiejszym obozem władzy, środowiska, które swoją ideową tożsamość orientują wokół pozytywnej interpretacji Okrągłego Stołu i transformacji, zdołały narzucić nowe sposoby definiowania tych pojęć.

W obydwu przypadkach doszło do wyrwania wspomnianych pojęć z ich źródłowych ram etymologicznych. Zmieniono ich znaczenia w taki sposób, by mogły stać się podstawowymi komponentami opisu rzeczywistości, który służy legitymizowaniu aktualnego systemu politycznego i uprzywilejowanej pozycji wspomnianych wyżej środowisk. W ten sposób homo sovieticus stał się nazwą, której desygnatem jest przedstawiciel tak zwanej Polski „B” – osobnik niezaradny życiowo, którego mielibyśmy ochotę określić mianem „przegranego typa”. To osoba nastawiona roszczeniowo do państwa – nie tylko w wymiarze ekonomicznym, ale także symbolicznym (czyli na przykład oczekująca, że państwo będzie uzewnętrzniać w swoich instytucjach tradycję, w jakiej się ona wychowała). Nie rozumie koniecznych mechanizmów adaptacyjnych, do których musi się dostosować Polska i jej mieszkańcy, by móc znaleźć się w obrębie zachodniej modernizacji. Polski homo sovieticus ma głębokie poczucie bycia przez państwo opuszczonym, a wręcz oszukanym. Jest „sierotą systemu”. Jest przegranym transformacji, któremu przeciwstawia się często „młodego i wykształconego”. Oczywiście z dużego miasta.

Sposób, w jaki używa się dziś w Polsce tego pojęcia, wraz z jego mutacjami, jest skrajnie odmienny od znaczenia, które nadali mu pierwotnie jego twórcy – w tym między innymi filozof i publicysta Aleksander Zinowiew. W jego ujęciu homo sovieticus to zaradny cynik, plastyczna forma, zdolna adaptować się do nowych warunków i jako taka pozbawiona własnej istoty – potrafiąca dostosować się do każdej kolejnej „dziejowej konieczności”. Czy jest nią walka klas, czy europeizacja. Jego brak zakorzenienia, amoralność i plastyczność powodują, że stoi on najczęściej na uprzywilejowanej pozycji startowej w wyścigu szczurów, który funkcjonuje w obrębie każdego systemu społecznego. W tym kontekście termin homo sovieticus, zmora polskiej modernizacji, lepiej pasowałby w ujęciu Zinowiewa do cynicznego maklera niż do babci ze wsi. Do pracownika korpo każdego szczebla niż właścicielki kiepsko prosperującego monopola w prowincjonalnym miasteczku. Do obrotnego studenta niż do źle wyedukowanego robotnika z okolic Białegostoku.

Zacząć od siebie i na sobie skończyć

W pewnej mierze analogiczną – zwłaszcza w wymiarze celu tego procesu – ewolucję przeszedł termin „społeczeństwo obywatelskie”. Z postulatu wspierania społeczeństwa, które potrafi działać niezależnie od państwa, a więc w pewnych okolicznościach jest w stanie z tym państwem polemizować i przymuszać je do uznania swoich potrzeb, niewiele zostało. Z wizji społeczeństwa, które jest samoświadome – tak wartości, którym hołduje, jak i celów, do których powinno dążyć w ramach dobra wspólnego – zrobiono karykaturę. Zamieniono ją w projekt postulujący anomię społeczną, pozytywnie oceniający brak zainteresowania obywatela stanem państwa, w którym trwa. W projekt wykluczenia jednostki z polityki i sprowadzenia jej perspektywy egzystencjalnej do własnego podwórka i kilku okolicznych bloków. Reprezentant „społeczeństwa obywatelskiego” to dziś człowiek, który – by przytoczyć znane nam wszystkim hasło – nie chce polityki, ale stadionu. Którego horyzont partycypowania w życiu politycznym ojczystego kraju kończy się na płaceniu podatków i sprzątaniu kup po swoim psie.

Kilka miesięcy temu brałem udział w konferencji zorganizowanej przez Europejskie Centrum Solidarności. Nosiła znamienny tytuł „Obywatel na co dzień” i odbywała się w ramach Forum Młodych 2013. W panelu podsumowującym spotkanie udział wzięło kilku młodych (uczących się jeszcze w liceach) laureatów nagród za eseje o obywatelskości, obok nich zaś takie sławy socjologii i dziennikarstwa jak profesor Ireneusz Krzemiński czy Ewa Wanat. W pewnym momencie z sali padło pytanie: „Ale co robić z państwem, które ogranicza moje szanse znalezienia pracy, które nie reprezentuje naszej tożsamości, w końcu – które nie wypełnia swoich obietnic?”. Młodzi laureaci błyskawicznie odpowiedzieli – sugerując, by nie zajmować się państwem, lecz własnym podwórkiem. Żeby „zacząć od siebie”. Żeby skończyć z bezsensownymi pretensjami, a powalczyć o małe zmiany, na przykład na własnym osiedlu. Błyskawicznie zostali oni wsparci w swych postulatach przez biorące udział w panelu nobliwe osobliwości, szczególnie przez profesora Krzemińskiego. Nie chodzi tu oczywiście o to, że postulat zajmowania się własnym podwórkiem jest absurdalny. Chodzi o to, w jaki sposób refleksję i perspektywę całościową, dotyczącą dobra wspólnego i ogółu społeczeństwa, przeciwstawia się tej partykularnej, węższej. Zamiast próbować je w jakiś sposób dynamicznie połączyć, stwarza się takie sposoby opisu rzeczywistości, by się one wzajemnie wykluczały.

Obydwa omawiane pojęcia, „społeczeństwo obywatelskie” i jego wróg, „homo sovieticus”, zostały w taki sposób przemodelowane semantycznie, aby stworzyć opis rzeczywistości – następnie reprodukowany przez mainstreamowe media – który możliwie skutecznie neutralizuje bądź piętnuje ewentualne próby radykalnej przebudowy dzisiejszego systemu politycznego. Który piętnuje sam akt wskazywania na patologie obecnej władzy. Tworzy się w ten sposób język wykluczający, z jednej strony, tę część społeczeństwa polskiego, w której tkwi największy potencjał dokonania politycznego rokoszu, z drugiej zaś – język zdolny legitymizować władzę i formacyjne postulaty naszych elit wobec tejże grupy społecznej.

ilustr.: Kasia Majchrowska

Wspólnoty rzeczywiste, wspólnoty wyobrażone

W dominującym obecnie w polskiej debacie publicznej sposobie rozumienia społeczeństwa obywatelskiego najbardziej uderzający jest zestaw fałszywych przeciwstawień, jaki usiłuje się wtłoczyć nam do głów i który, niestety, bardzo często zaczyna się przyjmować. Patriotyzm tradycyjny, „bogoojczyźniany”, odwołujący się do realnej tradycji polskiej, i nowoczesny – niezdefiniowany, ale na pewno europejski i polegający na płaceniu podatków. Konserwatywna bądź religijna tożsamość przeciwstawiona aktywności obywatelskiej, tożsamość narodowa – „działalności nakierowanej na współobywateli”. Ta pierwsza ma być rzekomo sprzeczna z „dbaniem o własne podwórko i sąsiadów”. Przykłady można mnożyć. W każdej jednak z tych językowych manipulacji chodzi o to samo. O wykluczenie szerokiej grupy ludzi z prawa do reprezentacji politycznej. Grupy, która jako jedyna przechowuje dziś zalążki idei wspólnego dobra, która zdolna jest działać niezależnie od państwa, a czasem wręcz mu się przeciwstawić. Bowiem jeśli gdzieś tkwi w Polsce potencjał prawdziwego społeczeństwa obywatelskiego, to właśnie w pogardzanej Polsce „B”.

Prawdziwe społeczeństwo obywatelskie, społeczeństwo świadomych obywateli, zdolnych bronić się przed procesami anomii, z konieczności musi odwoływać się do istniejących już struktur społecznych. Musi brać pod uwagę realnie istniejące jednostki, a nie swoje projekcje, niezależnie od tego, jak bardzo byłyby one europejskie i postępowe. Musi brać pod uwagę istniejące już więzi i pozapaństwowe instytucje społeczne. Te zaś w Polsce – w przeciwieństwie do Europy Zachodniej, która przeszła już jakąś formę sekularyzacji i internalizowania w obręb świadomości społecznej dziedzictwa rewolucji oraz oświecenia (niezależnie od tego, jak ten fakt oceniamy) – są nie dość, że tradycyjne, to bardzo mocno związane z Kościołem. Jeśli w ogóle można mówić o prowadzonych na szeroką skalę spontanicznych i wspólnotowych działaniach, które bardzo często zastępują niesprawne i nieobecne państwo, to właśnie w odniesieniu do parafii. Mowa o pomocy sierocińcom, więźniom, osobom starszym i biednym, o Caritasie, a także o takich formach doświadczania wspólnoty jak pielgrzymki.

To także grupa Polaków postrzegających samych siebie jako wierzących i tradycyjnych jest zdolna do długotrwałych aktów sprzeciwu wobec państwowej agresji – przykładem są choćby marsze w obronie telewizji Trwam (trzeba w tym miejscu dopowiedzieć, że marsze te błyskawicznie wyrwały się z logiki obrony ojca Rydzyka, stając się manifestacjami wiary i prawa do jej manifestowania w sferze publicznej). Wszystkie te zjawiska społeczne zapośredniczają swoje istnienie poprzez Kościół katolicki. Jedyną zaś alternatywą, jaką są dziś w stanie zaproponować ludziom Polski „B” najsilniejsze środowiska, opisujące same siebie jako „liberalne” bądź „lewicowe”, jest prymitywny model adaptacyjny do tak zwanej europejskości – będący skądinąd w większym stopniu ich własną projekcją niż opisem realnych tożsamości europejskich – wymagający zrzeczenia się dotychczasowego sposobu samorozumienia się. Historia uczy jednak, że o ile dość łatwo uaktywnić mechanizmy niszczenia tożsamości i dotychczasowego sposobu widzenia świata człowieka, o tyle budowa nowej tożsamości trwa dekady i rzadko się udaje. Najczęściej końcowym produktem staje się pozbawiona ochrony i wyalienowana jednostka, nad którą państwo łatwo może rozciągnąć swoją dominację. Polska nie jest wyjątkiem od tej zasady.

Intersy prawicy, nadzieje lewicy

Większość polskiej refleksji lewicowej odmawia przyjęcia wspomnianych wyżej tez albo serwuje nam heglizm pauperum, opiewając zalety „europeizacji” Polski. W skrajnych wersjach zachwala, jak Agata Bielik-Robson i Cezary Michalski, wynaradawiającą moc kapitalizmu. Albo też zaakceptowała nabożny stosunek do transformacji (zachwyty Sławomira Sierakowskiego nad Mazowieckim są dobrym tego przykładem). Często łączy wymienione wyżej perspektywy. Zarówno zaś od rządzących nami liberałów, jak i od środowisk postkomunistycznych ciężko wymagać, by kwestionowali system, którego są beneficjentami oraz który sami stworzyli.

W tej sytuacji trudno się dziwić, że prawica praktycznie zmonopolizowała dyskusję o patriotyzmie oraz że jako jedyna realna siła polityczna wspiera oddolne, pozarządowe inicjatywy. Nie tylko dlatego, że bliżej jej do Kościoła, ale także dlatego, że dla polskiej diady prawica-lewica fundamentalny jest stosunek do postkomunizmu i obecnej III RP opartej na konsensusie, jaki komuniści zawiązali z częścią byłej opozycji. To prawica stała się, jako wykluczona ze źródłowego „podziału łupów”, siłą antysystemową, której opłaca się pobudzać potencjał buntu i samodzielności w społeczeństwie.

Coraz wyraźniejsza staje się jednak część lewicy, którą na potrzeby tego tekstu można nazwać „patriotyczną”. Czasem określa ona siebie mianem „smoleńskiej”, czasem „obywatelskiej”. Wiele w niej różnych środowisk, często skupionych wokół niszowych periodyków, prezentujących jednak bardzo wysoką jakość intelektualną, znacznie przewyższających chociażby poziom „Krytyki Politycznej”. Jest to lewica „realistyczna”. Lewica, która rozumie potrzebę odwoływania się do realnie istniejących ludzi i reprezentowania ich potrzeb. Lewica, która rozumie, że ochroną najsłabszych przed patologiami współczesności i wyzyskiem ponadnarodowych grup kapitału jest właśnie suwerenne państwo i identyfikacja narodowa.

Trudno jednak nie dostrzec tragicznego położenia tego nurtu. Nie posiada on żadnego zaplecza politycznego. Dla środowisk postkomunistycznych oraz dla liberałów jego sposób widzenia rzeczywistości jest śmiertelnym zagrożeniem. Ciężko zaś oczekiwać tak od niego, jak od PiS-u, stworzenia realnego sojuszu politycznego. PiS-owi nie opłaca się otwierać na grupę, która potrafi połączyć lewicową obyczajowość z wiarą w potrzebę suwerenności i pewnej formy patriotyzmu. A środowiska lewicowe zapewne nigdy nie będą w stanie zaakceptować PiS-owskiego stosunku chociażby do spraw obyczajowych. Dlatego, jak na razie, lewica „realistyczna”, pozostaje właściwie jedynie ciekawym tworem na polskiej mapie intelektualnej. W skali mikro czyni ona zapewne wiele dobrego, pokazuje, w którą stronę winna zmierzać polska myśl lewicowa, ale na poziomie makro właściwie nie istnieje. Szkoda. Świadectwem dojrzałości państwa jest sytuacja, w której oba główne bloki polityczne, lewica i prawica, osiągnęły konsens w sprawach dotyczących pewnego minimum suwerenności i patriotyzmu. A to będzie możliwe dopiero wtedy, gdy wspomniane środowiska zdobędą rząd dusz na lewicy i zdołają ją uwolnić od wciąż władających nią wrzeszczących staruszków – czy to wywodzących się z mroków PRL-u, czy posiadających intratne stanowiska w instytucjach UE. A na to się nie zanosi.


Jeśli nie chcą Państwo przegapić kolejnych wydań naszego tygodnika, zachęcamy do zapisania się do naszego newslettera.