dwutygodnik internetowy
01.07.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Oburzenie to za mało. Komentarz po demonstracji 15 X

Podczas gdy na całym świecie młodzi ludzie odczuwający (lub tylko obserwujący) skutki kryzysu ekonomicznego, próbują wynaleźć swój własny atrament, w Warszawie grupie ukrywającej się pod hasłem Porozumienie 15 Października udało się stworzyć najwyżej niewielkich rozmiarów kleksa. I to z atramentu nieokreślonego koloru. 15 października na „marsz Oburzonych” w Warszawie przyszło zaledwie kilkaset osób. Na słowo „zaledwie” niejeden uczestnik marszu obruszyłby się pewnie i próbował przekonywać, że „jak na tego typu manifestacje to nie było tak mało”.

Gościa z NRD wysłano do pracy na Syberii. Wiedział, że jego listy będą czytane przez cenzurę. Powiedział więc swoim przyjaciołom: „Ustalmy kod. Jeśli dostaniecie ode mnie list napisany niebieskim atramentem, to, co napisałem, jest prawdą. Jeśli list będzie napisany czerwonym atramentem, to nieprawda”. Po miesiącu przyjaciele otrzymują pierwszy list. Cały na niebiesko. Czytają w nim, że wszystko jest tam wspaniałe. Sklepy są pełne dobrego jedzenia. W kinach wyświetlane są filmy z Zachodu. Mieszkania są duże i luksusowe. Jedyna rzecz, której nie da się kupić, to czerwony atrament.

Taki dowcip opowiedział filozof Slavoj Żiżek tłumowi okupującemu Wall Street, tłumacząc, że choć to kawał z czasów komunistycznych, świetnie oddaje sytuację, w jakiej znalazły się zachodnie społeczeństwa w czasach globalnego ekonomicznego kryzysu. Wszyscy wiemy, że coś jest ze światem nie tak. Problem polega na tym, że nie mamy języka, w którym moglibyśmy to opisać. A jeszcze trudniej opowiedzieć o świecie, który byłby lepszy od tego, w jakim żyjemy. Bo narazimy się na śmieszność, niezrozumienie, obciach. I w najlepszym przypadku usłyszymy: „no tak, ale przecież tak musi być”. Albo: „i tak nic z tego nie będzie”.

 

W poszukiwaniu czerwonego atramentu

Żiżek przekonywał okupujących Wall Street, że są na dobrej drodze, żeby wynaleźć czerwony atrament: pierwszy raz od dawna zdarza się sytuacja, w której pod hasłem „coś jest nie tak z kapitalizmem” chce się podpisać ktoś oprócz garstki zdziwaczałych lewaków. Tak dzieje się nie tylko w USA, ale też w wielu miastach Europy i świata, w których na ulice wychodzą już nie setki, ale tysiące ludzi. I chyba tylko najbardziej konserwatywni publicyści mogą nadal publicznie twierdzić, że “nic się nie stało”. Ale cała reszta już wie, „że coś się dzieje”.

Podczas gdy na całym świecie młodzi ludzie odczuwający (lub tylko obserwujący) skutki kryzysu ekonomicznego, próbują wynaleźć swój własny atrament, w Warszawie grupie ukrywającej się pod hasłem Porozumienie 15 Października udało się stworzyć najwyżej niewielkich rozmiarów kleksa. I to z atramentu nieokreślonego koloru. 15 października na „marsz Oburzonych” w Warszawie przyszło zaledwie kilkaset osób. Na słowo „zaledwie” niejeden uczestnik marszu obruszyłby się pewnie i próbował przekonywać, że „jak na tego typu manifestacje to nie było tak mało”. Ale nie oszukujmy się: nie ma co porównywać akcji przez kilka dni promowanej przez główne media z niszowymi manifestacjami Pracowniczej Demokracji. Nawet jeśli „Oburzonych” było pięciuset, to jest to tyle co nic w porównaniu z tysiącami na ulicach Brukseli, Rzymu czy Paryża.

Nie jestem może najgorętszym zwolennikiem protestujących na Wall Street i mam sporo wątpliwości co do tego, czy na pewno wiedzą, co chcą osiągnąć. Ale już osiągnęli jedną, bardzo ważną rzecz: dzięki nim miliony ludzi na całym świecie zastanawiają się, czy na pewno słabości kapitalizmu, o których mówią, nie dotyczą także ich. I czy na pewno jest tak, że “i tak nic się nie da zmienić”.

 

Oburzeni kontra racjonalni

Polski ruch “Oburzonych” mógł osiągnąć to samo, ale zrobił jeden ważny błąd – użył nie tego “atramentu”. Język, którym przemówili organizatorzy marszu, wydał się bardzo wielu osobom nieautentyczny, awanturniczy i nie występujący w ich imieniu. Sam miałem podobne odczucia. Wątpliwości budziła już sama nazwa marszu. Nawiązuje ona do hiszpańskich Indignados, od kilku miesięcy protestujących na Puerta del Sol w Madrycie. Tłumacząc ją na „oburzeni”, organizatorzy zdali się chyba na wszechwiedzącego Google Translatora, który faktycznie podpowiada właśnie takie słowo. Ale wystarczy chwilę pomyśleć, żeby dostrzec, że w hiszpańskim słowie jest człon odnoszący choćby do angielskiego dignity – godność. Hiszpanie nie są więc wcale oburzeni. Oni są pozbawieni godności, a więc raczej „upokorzeni” albo „wykluczeni”. Problem w tym, że w Madrycie naprawdę protestują wykluczeni – młodzi ludzie, często z wyższym wykształceniem, pozbawieni szans na znalezienie pracy i na lepszą przyszłość (40% młodych ludzi w Hiszpanii to bezrobotni). W Polsce ten problem nie dotyka tak bardzo młodych ludzi. Ale nie znaczy to, że nie można było wspomnieć o sprawach, które ich (nas?) dotykają i poruszają. Wbrew pozorom nie jest ich wcale tak mało.

“Oburzajcie się!”? Nie umiem. Oburzony bywa biskup. Jest – permanentnie – polityk gatunku Błaszczaka. Albo ciotka z pretensjami. “Oburzenie” to słowo z leksykonu mieszczańskiego paternalizmu – słusznie napisał w komentarzu publicysta Newsweeka Piotr Bratkowski. Hiszpanie zwrócili uwagę na to, że system pozbawia ich możliwości godnego życia, choćby z tego powodu, że aby mieć własne miejsce do mieszkania, trzeba związać się na całe życie z bankiem, który da im kredyt. Amerykanie wymyślili nazwę „Ruch 99%” – przypomnieli tym samym wszystkim współobywatelom, że za kryzys płacą prawie wszyscy – z wyjątkiem 1% najbogatszych, którzy jako jedyni w kryzysie nie zbiednieli. Ta rażąca dysproporcja przemawia do coraz większej liczby ludzi przyłączających się do protestów. I zawiera w sobie konkretny postulat: podnieść podatki dla najbogatszych, którzy w dobie kryzysu sami już kilka razy o to prosili.

 

Nie będzie niczego?

Polscy organizatorzy, zamiast spojrzeć na siebie i na to, co ich samych dotyka, nazwę po prostu przetłumaczyli (i to błędnie),a w dodatku napisali manifest oraz sformułowali 21 postulatów, w których nawiązują do … historycznych postulatów pierwszej „Solidarności”. Gdy czytałem obydwa te teksty na stronie www.15pazdziernika.pl, zastanawiałem się, dlaczego do wyjścia na ulice ma mnie przekonać historia, którą większość moich rówieśników zna najwyżej z opowieści rodziców, a nie, powiedzmy, sprawa polityki mieszkaniowej albo umów śmieciowych? Jeszcze gorzej było z listą postulatów. Pomieszanie spraw ekonomicznych ze światopoglądowymi, język przypominający czasem Krzysztofa Kononowicza i jego hasło “nie będzie niczego”… Darmowe wszystko dla wszystkich, precz z podłymi kapitalistami, rozwiązać giełdę, nic nie prywatyzować, i broń boże nie ratować tych wstrętnych banków.

Żałuję, że organizatorzy marszu zmarnowali szansę, jaką było otwarcie również w Polsce debaty na temat tego, czy w epoce globalnego kryzysu nie warto pewnych spraw, które wydają nam się oczywiste, przemyśleć na nowo. Każdy, kto boi się, że mówiąc publicznie o tych sprawach, spotka się jedynie z reakcją typu „nic z tego nie będzie”, wie, co znaczy brak czerwonego atramentu. A tematów, co do których wielu moich rówieśników czuje, że „coś tu jest nie tak”, a jednocześnie myśli, że „i tak nic nie da się zmienić”, jest wcale nie tak mało. I nie trzeba przy tym krzyczyeć “precz z kapitalizmem”, bo naprawdę lepiej skupić się na tym, co można naprawić, a nie na tym, co zniszczyć. Kilka przykładów takich spraw mogę podać „z marszu” (bynajmniej nie tego sobotniego):
– polityka mieszkaniowa, a raczej jej brak, który stawia młodych ludzi w sytuacji bez wyjścia: albo kredyt, albo nic. Tymczasem można to rozwiązać inaczej, choćby tworząc tanie mieszkania na wynajem, budowane na zasadzie partnerstwa publiczno-prywatnego.
– wszechmoc i bezkarność wielkich korporacji, z których usług zmuszeni jesteśmy korzystać, takich jak na przykład sieci komórkowe, co do których każdy wie, że „z nimi nie wygrasz”. A przecież jeszcze kilka lat temu „nie do pomyślenia” było, żeby ceny połączeń w roamingu obniżyć do dzisiejszego poziomu. Ale zadziałała Komisja Europejska (na którą przecież można wpływać) i proszę – „nie da rady”?
– zagospodarowanie przestrzeni, czyli problem wszechobecnych reklam. Nie znam chyba osoby, która by się na to autentycznie nie oburzała, znam nawet takich, którzy są gotowi reklamy w akcie desperacji zamalowywać. Ale kto by pomyślał o tym, że państwo może coś tu zdziałać i że można w tej sprawie na nie naciskać?
– sytuacja na rynku pracy, a więc wspomniane „umowy śmieciowe”. Umowa o pracę wielu moim rówieśnikom wydaje się niedostępnym luksusem, a powinna być w wielu przypadkach obowiązkiem pracodawcy. Ale co z tego, skoro wielu z nas nie wie nawet, w jakiej sytuacji powinno się takiej umowy zażądać?
– nierówność szans małych, osiedlowych sklepów w konkurencji z hipermarketami i sklepami sieciowymi, która zmusza małe sklepiki do podnoszenia cen, a nas, konsumentów, zmusza do kupowania w nielubianych Carrefourach i Biedronkach, bo są po prostu najtańsze.
– praktycznie brak możliwości ogłoszenia “upadłości konsumenckiej” przez ludzi, którzy nie są w stanie wyjść z długów.taka upadłość jest czasami jedyną formą ratowania się w sytuacji naprawdę beznadziejnej, mogą ją ogłosić firmy, czemu więc nie osoby fizyczne?

To są takie sprawy, w których już dawno uznaliśmy kapitulację wszelkich starań za oczywistą oczywistość. Ja osobiście bez wahania poprę takich „oburzonych”, którzy nie będą tylko oburzeni, ale też zaangażowani – w poprawę lub zmianę sytuacji z pozoru beznadziejnych, bo na to jest teraz, wbrew pozorom, dobry moment. I nie będą koniecznie chcieli wychodzić na ulicę, chociaż i przed takimi metodami nie ma co uciekać, ale można też przecież wpływać na rządzących innymi drogami (np. poprzez organizacje pozarządowe). Jestem pewien, że ludzi mających podobne problemy z tym, jak urządzony jest dziś nasz świat, jest więcej niż te 500 osób w sobotę na Krakowskim; założę się też, że w wielu sprawach zgodzilibyśmy się na podobne rozwiązania. Trzeba się tylko zastanowić, jak o tych sprawach mówić, żeby ci wszyscy, którzy widzą problem, uznali, że mogą coś w tej sprawie zrobić. A potem można się porywać z motyką na słońce, bo już nie raz okazało się, że jest ono w jej zasięgu.

Dyskusja pod tekstem dostępna:

http://kontakt-kik.blogspot.com/2011/10/oburzenie-to-za-mao-komentarz-po.html