dwutygodnik internetowy
18.06.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Obok rasizmu

To jeden z wielu przykładów fatalnego w skutkach, bardzo powierzchownego podejścia opinii publicznej do przestępstw rasistowskich, ksenofobicznych oraz innych przejawów czynnej dyskryminacji i nietolerancji. Problem rasizmu czy ksenofobii jest prawie zawsze kłopotem marginesu – mniejszości, właśnie dlatego tym bardziej istotna jest reakcja ogółu: większości społeczeństwa, żeby te patologie nie mogły się rozwijać i rosnąć w siłę.

„Gazeta Wyborcza” w czwartkowym przeglądzie wydarzeń na drugiej stronie jako pierwszą podaje informację: „Przybyło przestępstw rasistowskich”. Nagłówek przypomina bardziej brukowca, aniżeli najbardziej opiniotwórczy dziennik. „Gazeta” pisze, że w zeszłym roku prokuratura prowadziła 323 postępowania w sprawach o podłożu rasistowskim, a w roku poprzednim ujawniono 251 takich czynów. Czyli wzrost. Dla porównania podano dane OBWE, według których w Czechach liczba wyniosła 265, a w Szwecji 5139. I koniec. Niby nic wielkiego, bo informacja na kilka linijek, a jednak problem dosyć zasadniczy. Czytelnikowi daje się do zrozumienia, że liczba przestępstw wzrasta – a więc robi się niebezpiecznie! Po czym daje się mu również do zrozumienia, że to pikuś w porównaniu z taką Szwecją, gdzie zapewne mieszkają sami rasiści, skoro notują szesnaście razy więcej przestępstw niż w Polsce. Oczywiście, nic bardziej mylnego. Operowanie statystykami nigdy nie przedstawia pełnego obrazu problemu, zwłaszcza tak specyficznego jak rasizm. Jeżeli już ktoś się nimi posługuje, powinien dokonać jeszcze podstawowej analizy, żeby przetłumaczyć te liczby na język polski. Wtedy czytelnik powinien dowiedzieć się, że to nie liczba przestępstw wzrasta, tylko ich wykrywalność. Rzeczywistość może być bowiem zupełnie inna, gdyż w multikulturowej Szwecji wykrywa się zapewne większość przestępstw na tle rasowym. Być może w Polsce jest ich tak naprawdę sporo więcej. W takim przypadku czytelnik dowiedziałby się, że należy jeszcze długo pracować nad ich wykrywalnością; że to wykrywalność, egzekwowanie prawa i norm społecznych jest pewnym wskaźnikiem postępu.

 

To jeden z wielu przykładów fatalnego w skutkach, bardzo powierzchownego podejścia opinii publicznej do przestępstw rasistowskich, ksenofobicznych oraz innych przejawów czynnej dyskryminacji i nietolerancji. Problem rasizmu czy ksenofobii jest prawie zawsze kłopotem marginesu – mniejszości, właśnie dlatego tym bardziej istotna jest reakcja ogółu: większości społeczeństwa, żeby te patologie nie mogły się rozwijać i rosnąć w siłę. W kontekście ostatniej burzy medialnej w zagranicznych i krajowych mediach na temat rasizmu na polskich stadionach, najważniejszą kwestią nie wydaje się samo zjawisko, lecz stosunek do niego: aprobata, indyferencja albo dezaprobata ludzi będących tuż obok. Można postawić hipotezę, że znacznie bardziej skutecznym działaniem byłoby wypracowanie takich odruchów społecznych, dzięki którym ludzie zwracaliby uwagę choćby na deptanie flagi przeciwnej drużyny narodowej przez kilku durniów, aniżeli podejmowanie działań ukierunkowanych na tych, którzy później te flagi drą i palą. Dlatego dużo bardziej niepokojąca jest sytuacja, w której już wcale nie mniejszość kibiców na ulicach Warszawy podśpiewywała „Rosja ku…a”. Nie należy się potem zbytnio dziwić innej przyśpiewce o sierpie, młocie i hołocie, którą upodobali sobie, jak na ironię, kibice klubu będącego klubem wojskowym w czasach PRL-u. Rasizm i wszelkie pokrewne formy dyskryminacji oraz mowa nienawiści są przede wszystkim rezultatem przyzwolenia społeczeństwa, zazwyczaj wyrażanego poprzez zaniechanie i brak reakcji. Problemem dość poważnym wydaje się całkowite znieczulenie społeczeństwa na ekscesy, do których przywykliśmy mijając bezwiednie rasistowskie czy antysemickie napisy na murach. Przekornie można by powiedzieć, choć nic w tym oryginalnego, że straszne nie są wybryki rasistowskie, lecz straszny jest tłum, który się im bezczynnie przygląda.

 

W ostatnim czasie problem ten został dodatkowo skomplikowany przez brytyjską BBC, która wyemitowała reportaż o polskich i ukraińskich „Stadionach nienawiści”, będący skrajnie subiektywnym i tendencyjnym zobrazowaniem zagadnienia. Materiał BBC nie dość, że wpisuje się w dość powszechną brytyjską niechęć do Polski i Polaków, to co gorsza pokazuje Polskę jako kraj skrajnie rasistowski i antysemicki, co przecież prawdą nie jest. W dodatku efekt jest odwrotny od zamierzonego, ponieważ na tak tendencyjny, wręcz propagandowy, film większość mediów zareagowała krytycznie, skupiając się na hipokryzji Brytyjczyków, wśród których dość często dochodzi do zabójstw na tle rasowym. W końcu, większość komentatorów zwróciła uwagę na fakt, iż problem stadionowej nienawiści istnieje w każdym kraju i tak naprawdę nie da się go wyplenić do cna, a więc taki materiał można skomponować także na Wyspach. Brytyjczycy generalnie nie pałają do Polaków miłością i potwierdził to ostatnio tygodnik „The Economist”, pisząc, że Polacy są po prostu łatwym celem do dyskryminacji. Jest w tym sporo racji, bo nie dajemy się poznać od lepszej strony. I choć wynika to głównie z zależności, wedle której dobro nie robi tyle hałasu, co zło, podtrzymywanej skutecznie przez media, to również sami mało robimy, żeby było inaczej. Bo temat ten powinna wywołać polska telewizja publiczna, zapewne nie przed samym Euro, ale na kilka miesięcy wcześniej, docierając z konkretnym przekazem do większości społeczeństwa. Wówczas nie pojawiłyby się zapewne zarzuty o tendencyjność, a także o hipokryzję, bo moglibyśmy je skierować wyłącznie do siebie.

 

Oczywiście, ktoś powie – no tak, ale to wymaga lat organicznej pracy, polityki małych kroczków, potrzeba solidarnej dezaprobaty dla przejawów rasizmu, bo brak zobojętnienia kilku osób nie zmieni całej sytuacji. Zgoda. Ale kiedyś w końcu trzeba zacząć i postawić pierwszy krok, żebyśmy stali się znani jako nieobojętna większość, a nie jako rasistowski margines.