-1
1
dwutygodnik internetowy
magazyn papierowy


Oblężona twierdza otwartości

Środowiska utożsamiające się z tradycją Kościoła otwartego, tak lubiące szafować argumentem z „oblężonej twierdzy”, same zaczynają wobec otaczającego je świata przyjmować postawę w pierwszej kolejności polemiczno-obronną. A to nie prowadzi do niczego dobrego.

ilustr.: Anna Libera

Środowiska utożsamiające się z tradycją Kościoła otwartego, tak lubiące szafować argumentem z „oblężonej twierdzy”, same zaczynają wobec otaczającego je świata przyjmować postawę w pierwszej kolejności polemiczno-obronną. A to nie prowadzi do niczego dobrego.

 

Razem ze znajomymi nieraz sarkaliśmy, gdy znowu ktoś wygłaszał nudzącą nas już tezę, że Kościół otwarty nie istnieje. Dotąd jednak podobne oceny wygłaszali przede wszystkim przedstawiciele innych środowisk katolickich, mało przychylnie patrzących na swoich „otwartych” braci w wierze. Ostatnio podobne głosy można usłyszeć także ze strony osób od Kościoła dalekich.

Tomasz Stawiszyński z „Krytyki Politycznej” napisał po lekturze wywiadu-rzeki z księdzem Lemańskim, że „takiego Kościoła, o jakim ksiądz Lemański pisze i jaki reprezentuje, otóż takiego Kościoła nigdy nie było, nie ma i nie będzie”. Komentując to, Konrad Sawicki, związany z „Więzią” publicysta, zadał zajmujące również mnie od dłuższego czasu pytanie: „dlaczego nasza wizja Kościoła (umownie nazwijmy to Kościołem otwartym) jest tak mało widoczna? (…) To jest kwestia do poważnego namysłu dla naszych środowisk”.

Trzeba przyznać Konradowi rację. Faktem jest, że katolicy spod znaku „Więzi”, „Znaku”, „Tygodnika Powszechnego”, niektórych Klubów Inteligencji Katolickiej czy środowisk dominikańskich nie mają w Polsce praktycznie żadnej siły przebicia.

Zaproponowany przez Konrada namysł czas wreszcie zacząć. Namysł taki jednak, nim zaczniemy stękać na otaczający nas świat, legendarny już „kontekst” i „okoliczności”, warto zacząć od samego siebie. Cały ten tekst nie jest więc rachunkiem sumienia robionym jakimś „onym” – o takich czy innych poglądach, jest przede wszystkim rachunkiem sumienia robionym samemu sobie.

 

Wymagający Bóg

Od razu zastrzegam, że termin „Kościół otwarty” traktuję jako zabieg publicystyczny – będąc świadomym, że dzielenie Kościoła na „łagiewnicki” i „toruński”, arcybiskupa Hosera i biskupa Rysia, księdza Oko i księdza Bonieckiego czy wzdłuż jakiejkolwiek innej tego typu linii niczemu nie służy. W istocie chodzi więc nie o podział, lecz właśnie o jedność, a więc o poszukiwanie dróg porozumienia między grupami wiernych myślących o Kościele w sposób skrajnie różny.

Pewien ksiądz przekonywał mnie kiedyś, że przedstawicieli środowiska „Więzi” i środowiska „Frondy” w praktyce nie łączy nic – gdyż nawet tak ogólne hasła jak „wiara, nadzieja i miłość” rozumieją w całkowicie odmienny sposób. Łącznikiem między nimi byłaby więc ostatecznie jedynie moc sakramentów. Tyle tylko, że takie postawienie sprawy oznacza, że owym łącznikiem jest w istocie działający Bóg. Jak mówił dawny prawosławny patriarcha Kijowa, „nasze przegrody nie sięgają nieba”. I dotyczy to nie tylko dialogu międzywyznaniowego, ale także wewnątrzwyznaniowego. Chrystusowa modlitwa „Aby byli jedno” zobowiązuje nas również w tym wymiarze. Nawet jeśli będzie to dialog szalenie trudny.

Druga uwaga natury formalnej. Mówiąc o „zasięgu”, „oddziaływaniu”, „widoczności”, chcemy czy nie, nieuchronnie zabieramy głos w debacie o mediach. Niech więc nikogo nie zwiedzie ten tekst, mogący sugerować, że utożsamiam „Kościół otwarty” czy Kościół w ogóle z garstką publicystów i redaktorów. Nie sposób jednak uciec od odwoływania się do przykładów ze szpalt i ekranów wziętych. Tych szpalt i tych ekranów, które można uznać za z grubsza przynajmniej reprezentatywne dla sposobu myślenia ludzi utożsamiających się z „Kościołem otwartym”.

 

Pułapka zamknięcia

Przyjrzyjmy się sytuacji: arcybiskup Michalik wprost przyznaje, że nie wiedział o istnieniu jakichkolwiek młodych ludzi związanych z warszawską „Więzią”, akcja „Tygodnika Powszechnego” pod hasłem „Jesteście większością – dlaczego milczycie”, powiedzmy to sobie szczerze, skończyła się fiaskiem (profil „Kościół otwarty” zebrał dotąd na Facebooku niezbyt imponującą liczbę 594 lajków), od śmierci arcybiskupa Życińskiego brakuje w episkopacie rzeczywiście wpływowego biskupa współodczuwającego w kwestii wizji Kościoła ze wspomnianymi środowiskami, ksiądz Oko nazywa „Tygodnik Powszechny” Kościołem Michnika, zaś pod listem w sprawie zakazu wypowiedzi w mediach dla, było nie było – człowieka-symbolu, a więc księdza Bonieckiego, który to list był ostatnim poważnym aktem mobilizacji środowisk Kościoła otwartego, podpisało się nieco ponad siedem tysięcy osób. Uznano to nawet za spory sukces, choć już wtedy niektórzy pytali z przekąsem, ile osób podpisałoby się w analogicznej sytuacji pod listem w obronie ojca Rydzyka.

Wspomniany na początku namysł trzeba wreszcie zacząć także dlatego, że środowiska utożsamiające się z tradycją Kościoła otwartego, za swoich mistrzów uznające księdza Józefa Tischnera, Juliusza Eskę, Jerzego Turowicza czy księdza Jana Zieję, tak lubiące szafować argumentem z „oblężonej twierdzy”, same zaczynają wobec otaczającego je świata przyjmować postawę w pierwszej kolejności polemiczno-obronną. A to do niczego dobrego nie prowadzi.

Do niczego dobrego nie prowadzą okładki w stylu pamiętnej okładki „Tygodnika Powszechnego” ze zdjęciem ojca Rydzyka i napisem „Kto niszczy polski Kościół”. Do niczego dobrego nie prowadzi reagowanie na każdą (słowo klucz) usłyszaną bzdurę, którą wypowiedział dowolny biskup, bez jednoczesnego, bardzo jasnego i twardego stawania po stronie tych samych pasterzy, gdy mają oni rację, i nagłaśniania ich celnych i trafnych wypowiedzi. Niczemu dobremu nie służy robienie wielkiego szumu wokół ostatniego listu biskupów na niedzielę świętej Rodziny, kiedy nie zrobiło się podobnie dużego szumu wokół zdecydowanie lepszego listu sprzed roku.

 

Szansa na zmiany

Pytanie, do którego zmierzam, brzmi: czy nie wpadamy przypadkiem w podobną pułapkę, przed którą przestrzegamy innych – czy z naszej otwartości wobec świata nie uczyniliśmy podstawy zamknięcia na naszych braci i siostry w wierze? Gdy swego czasu opublikowałem artykuł o Kościele ubogim w „Gazecie Wyborczej”, mój nieco inaczej myślący o Kościele niż ja kolega stwierdził, że szkoda, iż nie ukazał się on w „Gościu Niedzielnym”. Warto byłoby – przekonywał – gdyby podobne teksty przeczytało jak najwięcej katolików.

Dało mi to do myślenia o tyle, że ani przez moment nie brałem pod uwagę, żeby zaproponować ten tekst największemu katolickiemu tygodnikowi, będąc raczej przekonanym, że dużą wartość stanowi właśnie to, jeśli podobny artykuł przeczytają ludzie spoza Kościoła. Pytanie, czy nasze środowiska nie skupiły się zbyt mocno na budowaniu wizerunku Kościoła na zewnątrz i docieraniu do ludzi spoza niego – kosztem prowadzenia dialogu wewnątrz wspólnoty, wydaje mi się zatem w pełni zasadne.

Co na to wszystko poradzić? Nie mam, co jasne, gotowych rozwiązań. Odpowiadam jednak na apel Konrada Sawickiego i przedstawiam swoje trzy postulaty, których realizacja, w mojej ocenie, mogłaby zwiększyć wiarygodność, pole oddziaływania, a także zrozumienie dla przedstawicieli Kościoła otwartego – także wśród innych wiernych. To tylko punkt wyjścia do dyskusji, na której kontynuację mam dużą nadzieję, dlatego postulaty te jedynie sygnalizuję. Rozwinięcie każdego z nich domagałoby się bowiem osobnego tekstu.

 

Postulat pierwszy: mniejszy nacisk na indywidualną duchowość, większy zaś na liturgię i wspólnotę

Wobec indywidualizującego się społeczeństwa, Kościół staje się jedną z niewielu enklaw nawoływania do wspólnoty i solidarności. A przynajmniej powinien taką enklawę budować. Swego rodzaju paradoksem wydaje mi się, że te środowiska katolickie, które, zdawałoby się, w swoim myśleniu skręciły nieco bardziej w lewo, w rozważaniach nad religijnością skupiają się głównie na budowaniu kapliczek osobistej, najlepiej niezależnej od innych, religijności.

Na łamach mediów z nurtu „Kościoła otwartego” przeważają (choć wrażenia tego nie umiem poprzeć analizą statystyczną) materiały o osobistych zmaganiach, wątpliwościach, pracy nad sobą, duchowości indywidualnej. Dużo trudniej znaleźć pogłębioną refleksję nad liturgią (chyba że nad jej „miejscem w życiu chrześcijanina” – w liczbie pojedynczej!), o budowaniu wspólnoty (także rodzinnej), o życiu parafialnym i jego wartości. W uproszczeniu, zaburzone wydają mi się proporcje między przesłaniem księdza Halika (którego myśl uwielbiam, żeby była jasność) i księdza Ziei.

Ludzie zaś przeżywają wiarę (i potrzebują to czynić) przede wszystkim we wspólnocie, z innymi, w twarzy drugiego odkrywając Chrystusa. Zresztą, nie jest to potrzeba wydumana. Jezus mówił: „Gdzie dwóch albo trzech gromadzi się w Moje imię, tam jestem pośród nich”. Także w osobistej kapliczce można rzecz jasna Go spotkać, ale jest to na ogół znacznie trudniejsze.

 

Postulat drugi: mniej zamknięcia, więcej zaś zrozumienia i wychodzenia naprzeciw

Zapętlamy się w odpowiedziach na odpowiedzi i odnoszeniu się do odniesień, tłumaczymy ciągle, co nam się nie podoba, czego nie lubimy lub czyich listów nie będziemy czytać (ta ostatnia forma jest popularna zwłaszcza ostatnio). Rzadko pojawiamy się na innych łamach niż nasze własne, ewentualnie kisząc się w obrębie kilku zaledwie tytułów, wzajemnie się cytując, czytając i sobie potakując. Tą drogą nie sposób wejść z dialog z nikim spoza hermetycznego grona „otwartych”.

Oczywiście, ktoś może zarzucić mi naiwność, przekonując, że nikt nie chce widzieć naszych tekstów na innych łamach. Warto jednak odpowiedzieć sobie na pytanie: kiedy ostatni raz próbowaliśmy zaproponować swój dopieszczony artykuł redakcji spoza „zamkniętego kręgu otwartości”. Wreszcie, kiedy ostatni raz zaprosiliśmy do publikacji u nas osobę, z którą się choćby diametralnie nie zgadzamy w kwestii spojrzenia na Kościół, ale zdanie której jest dla nas ważne. Jeśli, oczywiście, w ogóle jest. Jeśli jednak nie jest, to cały namysł wziął właśnie w łeb. I cały misterny plan też.

 

Postulat trzeci: mniej apeli, więcej spotkań twarzą w twarz

Dość już napisaliśmy credo, apeli, listów otwartych i manifestów. W polemikach też jesteśmy świetni. Wybieramy sobie wspólnoty, w których jesteśmy rozumiani, rozmawiamy z księżmi, którzy z nami współmyślą i współodczuwają, opuszczamy parafie, udając się do kościołów choćby na drugim końcu miasta.

To wszystko bywa pożyteczne, sensowne i zrozumiałe. Tyle tylko, że tym samym odbieramy sobie możliwość spotykania się co tydzień twarzą w twarz z ludźmi inaczej myślącymi. Odbieramy sobie możliwość wspólnej modlitwy, przekazania znaku pokoju, porozmawiania pod kościołem z kimś, kto myśli zupełnie inaczej niż my. Do czego zaś prowadzi nieznajomość, wszyscy wiemy – do stereotypizacji. Nie ma innej drogi do przełamywania tych uprzedzeń, niż spotkanie. I wspólna modlitwa. Dlatego tak ważne są inicjatywy podobne tej, z którą wyszła ekipa „Dywizu”, by raz na jakiś czas wspólnie – niezależnie od różnic – spotkać się na Eucharystii.

 

***

Niemałe wrażenie zrobiła na mnie kiedyś opowieść księdza Bonieckiego, która nieźle posłuży mi jako puenta. Otóż, będąc niegdyś w Toruniu i szukając kościoła, w którym mógłby koncelebrować mszę, trafił do świątyni tamtejszych redemptorystów. Po początkowej konsternacji, ojcowie przyjęli go, zapraszając do wspólnej uczty przy ołtarzu. Od czasu tej jednej, godzinnej mszy ma zaś poczucie, że na łamach mediów ojca Tadeusza Rydzyka traktowany jest z przynajmniej nieco większym zrozumieniem.

Liturgia i wspólnota. Zrozumienie i wyjście naprzeciw. Spotkanie twarzą w twarz. Wszystko w jednym. I wszyscy – przy jednym ołtarzu. Możemy się kiedyś tam spotkać?

 

Jeśli nie chcą Państwo przegapić kolejnych wydań naszego tygodnika, zachęcamy do zapisania się do naszego newslettera.

 

  • Andrzej Perzyński

    Rzeczywiście wspólny namysł nad tożsamością tych środowisk jest potrzebny nie tylko na łamach pism ale w żywym spotkaniu. Brakiem tzw. Siły przebicia i cytowana opinia z Krytyki Politycznej bym się nie przejmował.

  • Pingback: Mosty między skłóconymi | Magazyn Kontakt()