dwutygodnik internetowy
4.04.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

O terroryzmie bez przesady

Przed przeprowadzką do Turcji nie sądziłam, że do terroryzmu można się przyzwyczaić. A można. I choć to stwierdzenie może pozornie wyrażać obojętność wobec milionów ludzi na całym świecie, dla których terror stał się codziennością, jest wręcz przeciwnie.

ilustr.: Fatih Dağlı, źródło: http://aponiastore.com

ilustr.: Fatih Dağlı, źródło: http://aponiastore.com

Aleja Istiklal w piątkowy wieczór pęka w szwach. Stambulczycy wyszli na ulicę, by świętować zakończenie tygodnia, a wraz z nadejściem wiosny miasto ponownie zapełnili turyści. Wysiadam z metra na placu Taksim, który od czasu protestów w parku Gezi stanowi symbol niezadowolenia z polityki partii rządzącej oraz oddolnego sprzeciwu wobec postępującej komercjalizacji Turcji. W czerwcu 2013 Park Gezi stał się domem dla kilkunastu tysięcy aktywistów, którzy wyszli na ulicę w obronie zieleni, mającej według rządowych planów zniknąć z centrum miasta i zostać zastąpioną przez nowoczesną galerię handlową. Oddolny protest przerodził się w największą w historii nowoczesnej Turcji antyrządową manifestację, w której uczestniczyło ponad trzy i pół miliona osób z całego kraju. Ulica Istiklal jest tętniącym sercem Istambułu. Zamknięta dla ruchu samochodowego, rozpoczyna swój bieg od Placu Taksim i ciągnie się aż do zabytkowej wieży Galata. Wesoły gwar przechodniów miesza się z dźwiękami tradycyjnej muzyki tureckiej, wykonywanej przez artystów ulicznych oraz klubowej, dochodzącej z licznych dyskotek, które są częścią Istiklal. Każdego dnia aleją przechadza się około trzech milionów ludzi, wszyscy jesteśmy potencjalnym celem zamachu terrorystycznego. A jednak, świadomi zagrożenia, wciąż przyjeżdżamy na Taksim i podążamy za dźwiękami ulicy Istiklal.

O terroryzmie

Polityka w Turcji jest wszechobecna. W niemal każdym domu, barze, restauracji, na promie i w autobusie, w codziennych rozmowach, na półkach księgarni, w szkole i na uniwersytecie jest, czuć ją, jest namacalna. Nie tylko żywo się o niej dyskutuje przy szklance tureckiej herbaty, ale niezauważona wkrada się w codzienność, dzieląc społeczeństwo. Poczynania prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana, nieprzerwanie rządzącego krajem od czternastu lat, są nie tylko kontrowersyjne, ale także uznane przez wiele międzynarodowych organizacji za łamiące prawa człowieka. Turecka armia oraz policja używa siły zbrojnej do walki z szeroko pojętym terroryzmem, często przekraczając swoje uprawnienia. Każdego dnia media pokazują śmierć: tureckich żołnierzy ginących z rąk PKK (Partia Pracujących Kurdystanu, nielegalna bojówka kurdyjska, która przez tureckie media przedstawiana jest jako organizacja terrorystyczna) lub Daesh (ISIS), niewinne ofiary kurdyjskich separatystów, a także nasilające się w ostatnich miesiącach terrorystyczne ataki samobójcze, przeprowadzane zarówno przez PKK, jak i ISIS, według oficjalnych, rządowych informacji. Cenzura i gloryfikacja tureckich działań militarnych są częścią mediów kontrolowanych przez Erdoğana. Sytuacja w południowo–wschodniej części kraju zdaje się wykraczać poza kompetencje przeciętnego obserwatora, który stara się uchwycić i rzetelnie opisać rzeczywistość. Ponad trzydzieści lat historii konfliktu kurdyjsko–tureckiego, zaangażowanie zagranicznego kapitału, niejawna polityka tureckiego rządku sprawiają, że określenie swojego stanowiska w tej sprawie jest niezwykle trudne.

Od czerwcowych wyborów parlamentarnych zamachy terrorystyczne nasiliły się: Diyarbakır, Suruç, trzy eksplozje w Ankarze, dwie w Stambule, w których łącznie zginęło ponad dwieście trzydzieści osób, a osiemset zostało rannych.

Bez przesady

Bomba wybuchnie w barze trzynasta dwadzieścia.

Teraz mamy dopiero trzynastą szesnaście.

Niektórzy zdążą jeszcze wejść.

Niektórzy wyjść.

[…]

 

Trzynasta dziewiętnaście.

Nikt jakoś nie wchodzi.

Za to jeszcze wychodzi jeden gruby łysy.

Ale tak, jakby szukał czegoś po kieszeniach i

o trzynastej dwadzieścia bez dziesięciu sekund

wraca po te swoje marne rękawiczki.

 

Jest trzynasta dwadzieścia.

Czas, jak on się wlecze.

Już chyba teraz.

Jeszcze nie teraz.

 

Tak, teraz.

Bomba, ona wybucha

 

Fragment wiersza Wisławy Szymborskiej „Terrorysta, on patrzy”.

 

Wybuchła w sobotę, 19 Marca o godzinie 10.55. Głośna eksplozja przy alei Istiklal uciszyła gwarne miasto na kilka dni. Terrorysta–samobójca odebrał życie czterem zagranicznym przechodniom, którzy w bardzo niewłaściwym czasie znaleźli się w niewłaściwym miejscu. Świadkowie zdarzenia uciekli w milczeniu. Mówią o przerażającej ciszy tuż po wybuchu. Stambuł na chwilę zamilkł. Ulica została zamknięta, miasto opustoszało, Stambułczycy pozostali w domach przez kilka dni, w obawie przed kolejnymi atakami. Niewyobrażalnie długie korki zniknęły z autostrad metropolii. Wszystkie drogi były przejezdne. Miasto wymarło. Na chwilę.

Przed przeprowadzką do Turcji nie sądziłam, że do terroryzmu można się przyzwyczaić. A można. I choć to stwierdzenie może pozornie wyrażać obojętność wobec milionów ludzi na całym świecie, dla których terror stał się codziennością, jest wręcz przeciwnie. Wobec terroryzmu jako jednostka jest się bezbronnym, a więc pozostaje mu się nie poddać i dzielnie kontynuować swoje życie w Istambule, Ankarze, Lahore czy Brukseli. Okazać śmiałość, wyjść na ulicę, żyć. Stambuł po kilku dniach żałoby wrócił do swojego naturalnego, chaotycznego rytmu. Uliczni muzycy, turyści, dzieci uchodźców, sprzedające barwne plastikowe wianki i papierowe chusteczki, powrócili na aleję Istiklal, która zadźwięczała ponownie. Moje początkowe oburzenie zastąpił podziw. Dla nich wszystkich, dla nas. Turcja szybko zapomina o swoich ofiarach, łkała bardzo cicho i tylko chwilę, wtulona w poduszkę. Jej płaczu nie słyszał Zachód, jest samotna, musi radzić sobie na własną rękę, więc przestaje płakać i budzi się następnego ranka do życia.

Śmierć wkradła się do tureckich domów, rozmawia się o niej przy wspólnym obiedzie. Ile dzisiaj? Gdzie? Kto? Konflikt turecko–kurdyjski zbiera żniwa nieprzerwanie od 1984 roku, wojna z Daesh, wyczerpująca wędrówka Syryjczyków do Europy, krwawe wydarzenia ostatnich lat przyzwyczaiły Turków do rozmawiania i zapominania o śmieci.

Rząd w Ankarze usilnie stara się, aby naród nie pamiętał. O terrorystycznych atakach w Istambule i Ankarze publiczne media poinformowały dopiero kilka godzin po wydarzeniach, Facebook oraz Twitter zostały tego dnia zablokowane. W przeciwieństwie do Belgii granice Turcji nie zostały zamknięte, nie ogłoszono też stanu nadzwyczajnego. Erdoğan w publicznym wystąpieniu po sobotnim ataku zapowiedział wzmożoną walkę z największą w historii nowoczesnej Turcji falą terroryzmu, ale nie podjął szczególnych środków, które miałyby zapewnić bezpieczeństwo obywatelom.

***

Współczesna Turcja jest krajem nierówności wobec prawa, w którym policja nie cieszy się powszechnym zaufaniem ze strony obywateli. Jako mieszkanka Stambułu unikam miejsc tłumnie nawiedzanych przez służby mundurowe. Od niepamiętnych czasów policji zdarza się wybiórczo służyć swojemu narodowi, a jej działania są niekiedy zwrócone przeciwko ludziom, których należałoby chronić. Wydarzenia z pokojowego protestu w parku Gezi są tego doskonałym przykładem – policja surowo traktowała gazem pieprzowym i armatkami wodnymi uczestników demonstracji. W tych szczególnie niepewnych czasach brakuje mi wiary w narodowe instytucje, które powinny służyć obywatelom, a nie ograniczać ich wolność. W dobie terroryzmu brak zaufania do policji ma wymiar praktyczny. Niewiara w dobre intencje służb mundurowych generuje strach, niepewność. Spacerując aleją Istiklal, szczególnie chronioną przez funkcjonariuszy prawa, nie myślę o potencjalnym zamachu terrorystycznym, ale o możliwości zostania zaatakowaną gazem pieprzowym, nadużywanym przez tureckie służby w walce z antyrządowymi protestami. Przypuszczam, że prawdopodobieństwo stania się ofiarą zamachu w czternastomilionowym mieście jest mniejsze niż możliwość niezamierzonego doświadczenia postępowania tureckiej policji wobec opozycyjnych aktywistów. Policyjne działania coraz rzadziej są określane przez Turków i Turczynki jako zbrodnicze. Powoli zatraca się granica pomiędzy tym, co dozwolone przez prawo, a jego adaptacją na potrzeby walki z wolnością do zgromadzeń. Policja w miejscach szczególnie narażonych na potencjalny atak jest jak sygnał ostrzegawczy. Mieszkańcy Stambułu czują, że wkrótce coś może się tutaj wydarzyć. Oddalają się od mundurowych pośpiesznym krokiem.

Następnego dnia po ataku Turcja obudziła się pełna obaw. Po chwili zamyślenia zabrała się za wypełnianie swoich codziennych obowiązków. W walce z terroryzmem to jest jej jedyna broń.

Żyjemy, jak gdyby nic się nie stało. Urodziliśmy się w Stambule, Artvinie, Izmirze, Erzurum, Bostonie, Aleppo, Warszawie, Islamabadzie, Hamburgu. Codziennie przemierzamy bezkresne stambulskie autostrady, widzimy się w autobusie, w parku, w metrze. Witamy się, serdecznie życząc sobie nawzajem dobrego dnia, owocnej pracy. Częściej mijamy się w milczeniu, mając nadzieję, że nikogo z nas nie spotka los ofiar terroru. Nie myślimy o tym jednak przesadnie dużo, jesteśmy. Żyjemy.