dwutygodnik internetowy
18.12.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

O pracy od podstaw

Niepewność jutra, majaczące na horyzoncie ubóstwo czy bezdomność – to codzienność ludzi młodych, posiadających kapitał społeczny i kulturowy, zamieszkujących duże miasta, a nie wyłącznie wykluczonych obywateli Polski B. O tej stronie polskiego rynku pracy opowiadają wydane niedawno książki Olgi Gitkiewicz, Kamila Fejfera i Rafała Wosia.

Ilustr.: @marjacielecka

ilustr.: @marjacielecka

Statystyki kolejny rok pokazują wzrost przeciętnego wynagrodzenia i spadek bezrobocia, Minister Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej obwieszcza nastanie w Polsce „rynku pracownika”, a premier w expose zapowiada „przestawienie polskiego kapitalizmu na zachodnie tory”, aby zapewnić obywatelom godziwą płacę za efektywną pracę. Nie wszyscy podzielają jednak te optymistyczne wizje. W ostatnich miesiącach wydane zostały aż trzy książki, które otwarcie polemizują z tezą o nastaniu dobrych czasów dla pracowników w Polsce. Ich autorzy, zamiast publicystycznych fraz i wyrwanych z kontekstu liczb, w swojej krytyce wykorzystują historie – opowieści z życia codziennego – oraz historię – dzieje rozwoju ideologii i instytucji. W kontrze do dominującego dyskursu pokazują, że marginalizowanie problemów z zatrudnieniem nie sprawi, że przestaną one być codziennością wielu Polek i Polaków.

Rodacy są w pracy

„To o nas”, głosi podtytuł „Zawodu” Kamila Fejfera – hasło, którym obdarzyć można by zresztą także pozostałe omawiane książki. O nas, czyli o kim? Kim jest polski pracownik, gdzie i na jakiej umowie pracuje, ile zarabia? Odpowiedzi na te pytania zależeć mogą na przykład od tego, jakich statystyk użyje się do zobrazowania sytuacji na rynku pracy. Chcąc pokazać na przykład, że sytuacja polskiego pracownika już jest niezła, a do tego rokrocznie się poprawia, można odwołać się do średniej wysokości wynagrodzenia, która w październiku 2016 roku wyniosła 4347 złotych brutto. Tyle lub więcej zarabia nieco powyżej 30 procent ogółu zatrudnionych. Duża więc szansa, że dane te wcale nie mówią o nas. Są jednak także inne statystyki – na przykład mediana wynagrodzeń, a więc kwota, poniżej (oraz powyżej) której zarabia połowa Polek i Polaków. Nieco ponad rok temu wyniosła 3510 złotych brutto, co daje około 2350 złotych „na rękę”. Co druga i co drugi z „nas” to ta gorsza połowa, zarabiająca poniżej tej kwoty. Pozostaje jeszcze dominanta, najczęściej występująca kwota. W październiku 2016 wyniosła 2074 złotych brutto i otrzymało ją ponad 15 procent pracownic i pracowników. To także „my”.

Powyższe dane pochodzą z publicznie dostępnego raportu GUS. Odwołania do statystyk tego urzędu można znaleźć w każdej z omawianych książek – nie jest to więc wiedza tajemna, głęboko skrywane sekrety, o których wie wyłącznie garstka ekonomistów. Mimo to w sferze publicznej zwykle mówi się tylko o pierwszej z trzech przywołanych miar – średniej, tej najwyższej, najbardziej optymistycznej. Pozostałe zdają się funkcjonować w świadomości społecznej o wiele słabiej. Wiąże się to z podwójną funkcją dyskursu, który, odkrywając i uwidaczniając jedne sytuacje, fakty oraz dane, jednocześnie ukrywa i przemilcza inne. Konfrontując medialne obrazy rynku pracy z historiami bohaterów minireportaży Fejfera i Gitkiewicz, można odnieść wrażenie, że polski pracownik ma Schrödingerowską naturę. Z jednej strony, w opowieściach zatrudnionych w gastronomii, ratownictwie medycznym, wielkomiejskich korporacjach i firmach transportowych przewijają się te same doświadczenia monotonii, frustracji, niepewności, a nawet obrzydzenia czy poczucia braku alternatywy. Z drugiej strony, neoliberałowie, a także część populistów, snują narrację o kraju ludzi przedsiębiorczych i z optymizmem patrzących w przyszłość, która w pełni zależna jest od ich woli i pracowitości. W końcu wystarczy „zmienić pracę i wziąć kredyt”. To jacy my w końcu jesteśmy?

Język frustracji, mowa nienawiści

Siłą „Zawodu” i „Nie hańbi” jest przede wszystkim oddanie głosu tym, którzy pracują. Nie tym, którzy zatrudniają, zarabiają na udziałach w przedsiębiorstwach czy tworzą zza biurek krajową politykę zatrudnienia. Język, którym operują wszyscy ci aktorzy obserwujący pracę z dystansu, z konieczności pełen jest uogólnień, okrągłych fraz, teoretycznych konstruktów. Przywiązaniu do tej gładkości języka dał niedawno pełen wyraz Leszek Balcerowicz, który zaapelował o uznanie frazy „umowy śmieciowe” za… mowę nienawiści. W końcu elastyczne formy zatrudnienia brzmią o wiele ładniej. Młodzi, sprekaryzowani i sfrustrowani, którym głos na kartach swojego debiutu literackiego oddał Kamil Fejfer, nie przejmują się jednak urodą języka. Monika, historyczka sztuki, tłumacząc swoją słowną agresję, mówi: „To wynik tej roboczej młócki”. Od przekleństw czy wulgarnych metafor nie stronią także inni bohaterowie, jak Kinga, pracowniczka korporacji, czy Janek, tłumacz z angielskiego. Także sam Fejfer bywa bardzo bezpośredni i dosadny w słowach, przez co momentami „Zawód” ociera się stylistycznie o turpizm. Być może miejscami jest to celowy zabieg, jednak częściej stanowi to raczej efekt braków warsztatowych i zbyt pobieżnej redakcji. Brak szczególnych walorów literackich „Zawodu” rekompensowany jest jednak jego szczerością i otwarciem na bohaterów. Każdy rozdział pokazuje wycinek pracowniczej rzeczywistości przez pryzmat prywatnej historii, na zasadzie pars pro toto.

Poza pojedynczymi wypadkami, historie te nie są szczególnie dramatyczne czy wyjątkowe. Nie znaczy to jednak, że nie są interesujące. Oddanie głosu w jednym z rozdziałów Katji Schrödinger, prowadzącej bloga o życiu z ASD (ang. Autism Spectrum Disorder), daje wgląd w zupełnie normalną, lecz jednocześnie niezwykłą codzienność. Fejfer nie tworzy dystansu wobec osób, których życiorysy relacjonuje, nie stara się pokazać ich inności, odrębności od reszty społeczeństwa. To nie „życie zawodowe dzikich”, lecz panorama znajomych, wiarygodnych, a mimo to wciąż przejmujących obrazów. Także w ten sposób tworzy się język alternatywny wobec neoliberalnego dyskursu, powiązany z coraz silniejszymi głosami krytykującymi polską transformację ustrojową. Pokazanie spektrum klas i grup społecznych, które nie mogą korzystać z dobrodziejstw 28 lat wolności pozwala na odejście od mitu o wygranej większości i przegranym marginesie. Mitu, dodajmy, od lat podtrzymywanego przez architektów polskiego kapitalizmu oraz tych, którzy z jego owoców mogą swobodnie korzystać. Niepewność jutra, majaczące na horyzoncie ubóstwo, bezdomność spowodowana przez dwie niespłacone raty za mieszkanie – to codzienność ludzi młodych, posiadających kapitał społeczny i kulturowy, zamieszkujących duże miasta, a nie wyłącznie wykluczonych obywateli Polski B.

Z pracą przez dzieje

Inaczej, lecz także skutecznie – a przy tym ciekawie literacko – do kwestii normalności problemów z pracą podeszła Olga Gitkiewicz. Jej reporterski modus operandi jest bardziej złożony od tego przyjętego przez Fejfera. W „Nie hańbi” autorka również podąża śladami jednostkowych biografii osób w różnym wieku, zatrudnionych w różnych zawodach i rozsianych po całej Polsce. Osadza je jednak w szerszej ramie narracyjnej, którą stanowią dzieje jej własnej rodziny, splecione z Żyrardowem i tamtejszymi zakładami włókniarskimi. Splecione wręcz dosłownie – poświęcone tej historii rozdziały opatrzono wymownym tytułem: „Nici”. Nici te nie wiodą jednak do żadnego kłębka w postaci momentu kulminacyjnego, punktu zetknięcia się światów przeszłego i teraźniejszego. Stanowią raczej narracyjną sztuczkę. Budują wehikuł czasu, który, wyrywając czytelnika ze współczesności, pozwala autorce uniknąć wrażenia tworzenia dołującej wyliczanki problemów. Ten artystyczny koncept pokazuje jednak przede wszystkim, że wątek trudów pracowniczego życia snuje się (nomen omen) przez dekady historii Polski. Między losami przedwojennych robotnic i robotników oraz współczesnych kasjerek w Almie czy kierowców tirów istnieje wiele paralel. Z jednej strony, obecne są one na poziomie przeżywanych emocji, szeroko pojmowanej sytuacji życiowej, określanej rzeczownikami, które w niniejszym tekście pojawiły się już nie raz: frustracja, niepewność, zmęczenie, zrezygnowanie.

Tam jednak, gdzie Gitkiewicz głębiej wchodzi w tkankę opisywanych wydarzeń, wciela się w rolę reporterki śledczej, odkrywa także mniej oczywiste płaszczyzny podobieństw. Prezes Mazgaj, były właściciel sieci delikatesów Alma, dla którego „dawanie ludziom pracy to tylko jeden z aspektów biznesu”, to godny kontynuator filozofii zarządzania praktykowanej przez Marcela Boussaca i Gastona Koehlera-Badina, odpowiednio właściciela i dyrektora żyrardowskich zakładów lniarskich, którzy doprowadzili je do ruiny w latach 30. XX wieku. Sam Żyrardów zaś ma pewne pokrewieństwo z Wronkami, siedzibą firmy Amica. W obu miejscowościach życie codzienne mieszkańców splotło się, na dobre i złe, z pracą w lokalnej fabryce. Autorytarny styl kierowania firmą, cięcia dodatków socjalnych w celu zwiększenia zysków, wyzysk poprzez obowiązkowe nadgodziny. Wszystkie te zjawiska, jak udowadnia Gitkiewicz, prześladowały i prześladują Polaków niezależnie od panującego ustroju politycznego czy obowiązującego prawa. Analogie te niekoniecznie podawane są w sposób bezpośredni, autorka „Nie hańbi” wiele rzeczy sugeruje, podważa jednoznaczność sytuacji, pozostawia czytelników wyłącznie z pojedynczymi obrazami czy urywkami zdań. Mimo to szerszy zamysł polegający na pokazaniu powszechności – dziejowej, klasowej, geograficznej – zmagań z ciężką sytuacją zawodową w Polsce jest jasny.

Warte docenienia są również językowe refleksje autorki. Po raz kolejny bowiem podkreślić należy, że sposób, w jaki mówi się o pracy, wpływa na otaczający ją dyskurs, świadczy o samoświadomości (czy wręcz świadomości klasowej) pracowników czy wreszcie stanowić może punkt zapalny dla działań w celu poprawy ich sytuacji. Lingwistyczną wrażliwość Gitkiewicz najpełniej wydać w rozdziale poświęconym korporacjom. Zatytułowany „Coaching dla Orków” fragment pełen jest nowomowy znanej z fanpejdży takich jak „Mordor na Domaniewskiej” czy „Junior Brand Manager”, a także cytatów z „Głosu Mordoru. Bezpłatnej gazety dla korpoludków”. W następnym rozdziale czytelnika czeka jednak zaskoczenie – żaden z rozmówców Gitkowskiej nie posługuje się takim językiem, nie mówi o sobie per „ork” czy „korposzczur”. Żyjący „na ASAPie” pracownicy korporacji często stają się, ze względu na stereotypy, obiektem pełnych politowania żartów. Ujawniając rozdźwięk między tym stereotypem a rzeczywistością, autorka zdaje się obnażać jeszcze smutniejszy problem. Postacie orków i biznesowy slang to maski mające zasłonić realne problemy, czerstwy humor to mechanizm radzenia sobie z trudnościami. Tworzenie nowego języka do opisu sytuacji pracowniczej w Polsce oznacza wyjście nie tylko poza oficjalne formułki i ekonomiczne frazy-wytrychy, lecz także konfrontację z autostereotypizacją, „brakiem języka do wyrażenia niewoli”, o którym pisał Slavoj Žižek.

Czy to Polska właśnie?

Czy jednak na pewno sytuacja polskiego pracownika maluje się w tak czarnych barwach, czy też może Fejfer i Gitkiewicz próbują manipulować swoimi czytelnikami? Po pobieżnym zapoznaniu się z ich książkami można zadać sobie pytanie, czy nie dobrali przypadków pod z góry obraną tezę zgodnie z myślą „złe wiadomości to dobre wiadomości”. Gdyby faktycznie cała argumentacja obojga autorów sprowadzała się wyłącznie do kilkunastu dowodów anegdotycznych i odwołań do emocji czytelników, należałoby poddać ją surowej krytyce. O tym jednak, że tworzony przez „Zawód” i „Nie hańbi” obraz Polski jako kraju nieprzyjaznego dla pracowników nie jest fałszywy, świadczą przynajmniej dwa argumenty.

Krytyka sytuacji pracowniczej w Polsce zawarta w omawianych książkach broni się przede wszystkim ze względu na jej odpowiednie wyważenie. Ani Fejfer, ani Gitkiewicz nie prezentują wizji apokaliptycznych – zasadność takich ciężko byłoby obronić. Faktem jest, że poziom wynagrodzeń powoli się podnosi, kiełkuje społeczna świadomość szkodliwości umów cywilnoprawnych, pojawiają się nowe programy polityki socjalnej. „Te historie to nie jest roller-coaster” – pisze we wstępie „Zawodu” autor. Nieprzypadkowo tak często w jego i Gitkiewicz książkach przewijają się słowa „frustracja”, „zmęczenie” – nie zaś „rozpacz” czy „tragedia”. Owszem, jedna z zawartych w „Nie hańbi” historii dotyczy mobbingu i samobójstwa, stanowi jednak przykład ekstremalny. Częściej przewijają się problemy mniejszej skali. Zarabiać tyle, żeby, oprócz na jedzenie i mieszkanie, starczyło pieniędzy „na ciuchy” – ta powracająca w opowieściach pracowników myśl dobrze obrazuje ich codzienne zmartwienia.

Drugi argument za prawdziwością perspektywy oferowanej przez autorów tych książek stanowią przywoływane w nich dane oraz opinie ekspertów. Co prawda „Zawód” robi pod tym względem gorsze wrażenie, statystyki odnaleźć można głównie we wstępie książki, zaś później pojawiają się incydentalnie. W „Nie hańbi” są one bardziej rozsiane, obficie cytowane są fragmenty gazet, pojawiają się także odwołania do wypowiedzi specjalistów. Przykładowo w rozdziale o Szydłowcu autorka powołuje się na (świetną skądinąd) książkę „Łowcy, zbieracze, praktycy niemoc” autorstwa etnografa Tomasza Rakowskiego, poświęconą polskiej biedzie. W ten sposób wzbogaca własną refleksję o dorobek badań terenowych wśród osób wykluczonych, żyjących w biedzie pokoleniowej. W kontekście głośnych dyskusji o problemach polskiej szkoły reportażu z przywiązaniem do faktów odpowiednie uźródłowienie „Nie hańbi” (w tym obecność bibliografii) warte jest odnotowania.

Związki przyczynowo-skutkowe

Najlepszą być może ramę faktograficzną dla smutnych obrazów Polski malowanych przez Fejfera i Gitkiewicz odnaleźć można jednak nie na stronach ich debiutów, lecz w książce Rafała Wosia pod tytułem „To nie jest kraj dla pracowników”. Zarówno „Zawód”, jak i „Nie hańbi” starają się jakoś rozwiązać problem zawieszenia opisywanych historii w próżni. Biografie przedstawianych postaci mają wiele punktów wspólnych, paralel i podobieństw. W żadnym momencie jednak czytelnikowi nie zostaje przedstawione głębsze i wspólne źródło ich niedoli. Echem w tle odzywają się co prawda przywoływane już pojęcia takie jak neoliberalizm czy prekariat. Autorzy nie poświęcają jednak zbyt wiele czasu na ich wytłumaczenie. Idąc ramię w ramię z bohaterami swoich opowieści, nie zatrzymują się w celu podjęcia szerszej, makrostrukturalnej refleksji nad sytuacją społeczną, polityczną i gospodarczą.

Dobrą odpowiedzią na taką potrzebę jest praca Wosia. Zainspirowany Howardem Zinnem autor próbuje dać podwaliny pod „Ludową historię Polski”, umiejscawiając pracę w centrum przemian politycznych, ekonomicznych i społecznych w Polsce i Europie – przeszłych, trwających oraz przyszłych. Zadanie to jest niezwykle ambitne i poważne. Przed tą powagą, a być może przed akademicką nudą, Woś ucieka w publicystyczną zadziorność. Śmieje się z, mającej znamiona fobii, niechęci liberałów do Marksa, zwraca się do czytelnika w pierwszej osobie i wykorzystuje jako motta podrozdziałów hiphopowe wersy. Choć same w sobie zabiegi te nie są niczym złym, to przeplecione z bardziej naukowymi fragmentami, tworzą czasem wrażenie stylistycznego chaosu.

Mimo wszystko ambicją Wosia jest stworzenie nowej, konkurencyjnej wobec neoliberalnej narracji, historii przemian rynku pracy w Polsce. Tym sposobem staje on w kontrze do dominującego dyskursu nie poprzez oddanie głosu samym pracownikom, ale polemizując na gruncie nauk ekonomicznych, historii, socjologii. Rozwijanie nowego języka do opisu sytuacji pracowniczej w Polsce potrzebne jest także wewnątrz akademii i w kręgach intelektualistów. Woś nie tylko przedstawia swoje przemyślenia, lecz przede wszystkim przywołuje klasyczne oraz nowe badania obnażające antypracowniczy charakter późnego kapitalizmu, ujawniające fiasko transformacji gospodarczej i przestrzegające przed dalszym rozwojem neoliberalizmu.

Przechodząc jednak do konkretnych wniosków: gdzie kryją się źródła współczesnego kryzysu pracy w Polsce? Woś szuka ich w immanentnej naturze kapitalizmu, dla którego człowiek jest tylko elementem procesu wytwarzania i akumulacji kapitału – towarem do nabycia na rynku pracy. W polskim kontekście odrębnym problemem była „terapia szokowa”, jaką zafundował krajowi, zainspirowany Jeffreyem Sachsem, Leszek Balcerowicz. Rewolucja ta doprowadziła do erozji fundamentalnych z punktu widzenia sytuacji pracowników instytucji społecznych – zarówno w szerokim, jak i wąskim rozumieniu – oraz zastępowania ich nowymi, nieprzystającymi jednak do krajowych realiów. Przykłady to między innymi: drastyczny spadek uzwiązkowienia, jeszcze bardziej drastyczny wzrost bezrobocia, zanik szacunku dla robotników oraz kult „protokapitalistów”. Współcześnie ta deinstytucjonalizacja doprowadziła do szeregu szkodliwych zjawisk: alienacji pracowników od siebie nawzajem, zepchnięcia umowy o pracę do rangi jednej z wielu opcji zatrudnienia czy wreszcie narodzin prekariatu. W każde z nich Woś zagłębia się z uwagą badacza, lecz także z naturą społecznika. Ta druga sprawia, że książka napisana jest z dużą wrażliwością i wyczuleniem na indywidualne tragedie skrzywdzonych przez system.

Razem głośniej niż osobno

Woś potrafi pokazać, w jaki sposób wielkie procesy historyczne i decyzje polityczne odbijały się na życiu pojedynczych obywateli, brak jednak w jego książce miejsca na oddanie im głosu. Misję tę wypełniają, każde na swój sposób, Fejfer i Gitkiewicz – którzy z kolei pozostawiają na boku rozważania o korzeniach i szerszych implikacjach dzisiejszej trudnej sytuacji pracowników. Uzupełniając nawzajem swoje perspektywy, autorzy rzucają o wiele większe wyzwanie dominującemu dyskursowi, niż uczyniłoby to każde z nich z osobna.

***

O. Gitkiewicz, „Nie hańbi”, wyd. Dowody na Istnienie, Warszawa 2017.

K. Fejfer, „Zawód. Opowieści o pracy w Polsce. To o nas”, wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa 2017.

R. Woś, „To nie jest kraj dla pracowników”, wyd. W.A.B., Warszawa 2017.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Mem nasz powszedni

Kontakt 22/2013: Cześć pracy!