dwutygodnik internetowy
5.11.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

O niepodległości wieloma głosami

Z okazji stulecia odzyskania niepodległości publikujemy wielogłos o naszych lewicowych bohaterach, którzy działali na rzecz Polski nie tylko wolnej, lecz również sprawiedliwej.

ilustr.: Wika Krauz

ilustr.: Wika Krauz

Bohaterki niepodległości

Anna Dobrowolska

Wiedza o tym, że stulecie niepodległości oznacza również sto lat praw wyborczych kobiet, nie była jeszcze do niedawna powszechna. Teraz jednak (po części dzięki wielu projektom herstorycznym, jak powstający właśnie film „Siłaczki” czy akcja „Ulice dla kobiet”) informacja, że w listopadzie 1918 roku Polki uzyskały czynne i bierne prawa wyborcze, przebija się do zbiorowej świadomości.

Warto jednak wiedzę o tej rocznicy kontekstualizować. Łatwo popaść w hurraoptymizm i ogłosić, że w odrodzonej po latach zaborów Rzeczypospolitej prawa kobiet były oczywistością, lecz byłoby to bardzo poważne niedomówienie. Prawa wyborcze stanowiły efekt wielu lat walki polskich emancypantek. I choć walka ta częściej prowadzona była piórem czy podczas wieców, a rzadziej za pomocą widowiskowych blokad czy dramatycznych głodówek (tak jak w przypadku podobnych ruchów w Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii), to jej wynik do ostatniej chwili nie był wcale oczywisty.

Ruch na rzecz emancypacji kobiet był siłą rzeczy kolektywny, trudno więc wybrać jedną bohaterkę, która uosabiałaby wszystkie – czy chociaż najważniejsze – jego cechy. Tę różnorodność i wielowątkowość ukazuje na przykład wystawa „Nasze bojownice”, którą od 7 listopada oglądać można w Warszawie. Również wśród postulatów historyczek i historyków gender często pojawia się odejście od narracji „wielkich bohaterów” na rzecz doświadczenia „zwykłych ludzi” (w tym wypadku kobiet). Badacz(k)om zajmującym się historią emancypacji towarzyszy zatem trudny dylemat – jak z jednej strony przywracać pamięć o bohaterkach, a z drugiej strony pisać o przeszłości takiej, jakiej doświadczała zdecydowana większość kobiet. Ruch feministyczny przez długi czas pozostawał przecież polem aktywności przedstawicielek klas wyższych i różnice klasowe na długie lata zdefiniowały horyzont jego postulatów.

Były jednak działaczki, które swoją aktywnością próbowały tę przepaść zasypać. Należała do nich z pewnością Justyna Budzińska-Tylicka – z wykształcenia i zawodu lekarka (po studiach w Paryżu), zaangażowana w działalność kół lewicowych, najpierw na emigracji, potem w Polsce. Walczyła o prawa wyborcze kobiet, ale dostrzegała też, że emancypacja nie może się na nich zakończyć. Pamiętajmy, że II Rzeczpospolita wcale nie była państwem zrealizowanej równości płci. Do końca okresu międzywojennego nie zmieniono przepisów dotyczących nieślubnych dzieci – w takich przypadkach kobiety dalej nie miały prawa dochodzić ojcostwa. Nie wprowadzono również instytucji cywilnych małżeństw i rozwodów, a pracujące Polki, które wychodziły za mąż, musiały liczyć się z możliwością zwolnienia z pracy. Szczególnie dyskryminujące było prawo dotyczące małżeństw z obcokrajowcami – po wejściu w taki związek kobiety automatycznie traciły obywatelstwo polskie. Na te nierówności prawne nakładały się kwestie ekonomiczne: kobiety zarabiały mniej niż mężczyźni, zwykle zatrudniane były na gorszych stanowiskach i zajmowały pierwsze miejsce w kolejce do zwolnienia. Brakowało też wsparcia socjalnego w postaci żłobków i przedszkoli, a także dostępu do elementarnej opieki zdrowotnej.

Nic dziwnego, że działalność Budzińskiej-Tylickiej skoncentrowana była właśnie na tych problemach, najbardziej dotkliwie odczuwanych przez robotnice. Jak wzywała w 1925 roku:  „Musimy więc my, polskie socjalistki, wypowiedzieć się, co uważamy za najważniejsze i najpilniejsze, ażeby los robotnicy poprawić, ażeby niedostatek i nędzę rodzin pracowniczych zmniejszyć, ażeby matce i dziecku stworzyć jak najlepsze warunki zdrowia, spokoju i dobrobytu; ażeby podnieść moralność, która nigdy nie będzie mogła się rozwinąć, dopóki będzie istnieć pijaństwo i prostytucja, dopóki mężczyzna nie stanie się na równi z kobietą odpowiedzialnym za danie życia nieślubnemu dziecku; musimy również domagać się, ażeby lud pracowniczy miał dach nad głową i tyle miejsca w swym mieszkaniu, żeby i dorosły i każde dziecko miało swoje oddzielne łóżko, a choć tyle powietrza, światła i słońca, żeby przestała nam w tak straszliwy sposób zagrażać gruźlica”.

Oprócz działalności w Wydziale Kobiecym PPS Budzińska-Tylicka zaangażowała się w ruch na rzecz świadomego macierzyństwa. Choć w dwudziestoleciu przez krytyków przedstawiany był on jako moralne zagrożenie, a obecnie łatwo nam patrzyć na ówczesne debaty przez pryzmat współczesnych argumentów ruchów pro- i anti-choice, to warto przypomnieć, że aktywist(k)om takim jak Budzińska-Tylicka chodziło o sprawy zupełnie podstawowe. Stan wiedzy na temat zasad higieny czy ludzkiej fizjologii był wówczas tragiczny, podobnie jak dostęp do porad lekarskich. Szczególnie uderzało to w przedstawicielki klas ludowych, pozbawione nawet elementarnej wiedzy na temat opieki nad dziećmi i planowania ciąży (warto przypomnieć, że poradnie świadomego macierzyństwa jako jedną z metod promowały kalendarzyk małżeński!). Stąd krytyka, jaką działacze kierowali wobec istniejącego wówczas ustawodawstwa. Budzińska-Tylicka pisała: „Nielegalne zabiegi u lekarzy są dostępne tylko dla zamożnych, a biedne kobiety padają ofiarą chorób, kalectwa i śmierci od zakażenia”. Niedostateczna wiedza o metodach planowania rodziny, w połączeniu ze wszechobecną wśród robotników (szczególnie w latach wielkiego kryzysu) biedą i bezrobociem, skutkowała dramatycznymi warunkami życia i wysoką śmiertelnością wśród dzieci. Problemów tych nie udało się rozwiązać do końca II Rzeczypospolitej. O postulatach i działalności aktywistek takich jak Budzińska-Tylicka warto pamiętać, kiedy celebrujemy stulecie niepodległości. Prawa wyborcze dla kobiet nie gwarantują przecież pełnego równouprawnienia – ani wtedy, ani teraz.

Walka o reformę rolną

Andrzej Mencwel

Juliusz Poniatowski (1886–1975) był pierwszym i ostatnim ministrem rolnictwa w II Rzeczpospolitej. Informacje biograficzne mówią nam, że sprawował to stanowisko sześciokrotnie. Za każdym razem funkcja ta była dla niego misją, a nie urzędem, który zresztą bywał nazywany ministerstwem rolnictwa i reform rolnych. Jak dojmująco pierwszorzędne było rozwiązanie w Polsce odwiecznej „kwestii chłopskiej”, powinniśmy dobrze wiedzieć, choć dziś jest to już wiedza o przeszłości, czyli prawdziwie historyczna. Pierwsze manifesty niepodległości zapowiadały radykalną reformę rolną, ale ziemiański opór ją powstrzymywał i Poniatowski zmagał się z nim do września 1939 roku. Niepodważalnym świadectwem walki o tę reformę i oporu przed nią jest książka Marii Dąbrowskiej „Rozdroże” (1937), która wywołała taką polemikę, że pisarka odpowiedziała na nią osobną broszurą („Refleksje nad polemiką z Rozdrożem”).

Juliusz Poniatowski był kolegą Dąbrowskiej jeszcze ze studiów brukselskich i demokratycznej organizacji studenckiej Lelewel, w której zajmowali się problematyką wsi, reform rolnych, spółdzielczości i oświaty ludowej. W Lublinie podczas pierwszej wojny redagowali pismo „Polska Ludowa”, potem Poniatowski współtworzył Polskie Stronnictwo Ludowe „Wyzwolenie”, wielokrotnie zasiadał w jego władzach i uczestniczył w różnych peeselowskich akcjach zjednoczeniowych. Był również legionistą, współpracownikiem Józefa Piłsudskiego, pierwszym ministrem rolnictwa w lubelskim Tymczasowym Rządzie Ludowym Republiki Polskiej, a potem jeszcze kilkakrotnie kierował tym resortem, z czego najważniejsze były lata 1935–1939, kiedy pracował jako minister.

Obok Eugeniusza Kwiatkowskiego, wicepremiera i rządowego kolegi, oraz Henryka Józewskiego, swego przyjaciela, Juliusz Poniatowski należał do czołowych postaci nurtu reformatorskiego pierwszej połowy wieku XX. Wizja „szklanych domów”, czyli Polski wyzwolonej z okowów niewoli społecznej i narodowej, a tworzącej nową cywilizację, nie była dla nich imaginacją symboliczną, lecz zobowiązaniem osobistym. Kwiatkowski, budowniczy Gdyni i patron gospodarczej modernizacji Polski, jest najszerzej znany i odświętnie czczony. Józewski, rzecznik porozumienia polsko-ukraińskiego i twórca tak zwanego eksperymentu wołyńskiego, zaczyna być częściej przypominamy, zwłaszcza dlatego, że może być jednym z patronów pojednania. Do Poniatowskiego natomiast nikt się nie odwołuje i nawet ludowcy o nim nie pamiętają, więc tym śmielej się o niego upominam. Nurt ten także w oficjalnej polityce przedwojennej był marginalizowany i wyjątkowo tylko przebijał się do jej centrum. Z polityki powojennej został wyeliminowany, choć akurat ci trzej jego przedstawiciele – i nie oni jedni – znając zło systemu, byli jednak gotowi pracować dla dobra kraju i społeczeństwa.

Oczekiwany świat jest między nami i jest do wzięcia

Aleksandra Bilewicz

Edward Abramowski, którego setna rocznica śmierci zbiega się z setną rocznicą odzyskania przez Polskę niepodległości, pamiętany jest niedostatecznie, i niedostatek ten dotyczy właściwie każdego aspektu jego różnorodnej myśli i działalności – czy to jako konspiracyjnego działacza socjalistycznego i niepodległościowego, twórcy Zjednoczenia Robotniczego, autora „Zmowy powszechnej przeciw rządowi”, czy to jako tego, kto stworzył podwaliny polskiej psychologii, czy to jako twórcy polskiej teorii spółdzielczej i inspiratora jej praktycznej realizacji – autora pism takich jak „Kooperatywa jako sprawa wyzwolenia ludu pracującego” i „Znaczenie spółdzielczości dla demokracji” oraz współzałożyciela, w 1906 roku, Towarzystwa Kooperatystów.

Abramowski, urodzony w kresowym majątku Stefanin, w czasie studiów znalazł się na emigracji politycznej. Był wówczas działaczem niepodległościowym i socjalistycznym. W 1892 roku w Paryżu znalazł się wśród założycieli przyszłej PPS. Jego zainteresowanie ideą kooperatywy wiąże się jednak z odejściem od doktryny socjalizmu, a przynajmniej głównego, obowiązującego wówczas nurtu marksistowskiego. Młody myśliciel i działacz doszedł do wniosku, że nie rewolucja polityczna jest drogą do lepszego urządzenia społeczeństwa i państwa, lecz oddolne budowanie demokratycznych stowarzyszeń, które będą władne przekształcić materialne podstawy bytu człowieka. Jego koncepcja rzeczpospolitej spółdzielczej, nawiązująca do zachodniej teorii kooperacji, w szczególności prac francuskiego ekonomisty Karola Gide’a, zakłada powolną ewolucję społeczeństwa w kierunku samoorganizacji opartej na współpracy, co doprowadziłoby do stopniowego zniesienia kapitalizmu. To właśnie na fundamentach spółdzielczych miała wyrosnąć odrodzona Polska – jako federacja demokratycznych zrzeszeń, państwo tworzone od dołu.

Abramowskiego łatwo uznać za marzyciela i utopistę. Tak mówili o nim przyjaciele, którzy powzięli się praktycznej realizacji jego idei –hurtowni, a także zrębów organizacyjnych związku „Społem” (który wykiełkował z Towarzystwa Kooperatystów, a w okresie międzywojennym stał się największą polską organizacją handlową). Traktowali go jak teoretyka wskazującego drogę. A jednak to, co stało się po śmierci Abramowskiego, każe nam myśleć, że jego przesiąknięta romantycznym duchem myśl opierała się na przesłankach w gruncie rzeczy niezwykle realistycznych. Jeśli zniesienie kapitalizmu przez pączkujące kooperatywy było iluzją, to z pewnością nie była nią wizja „oczekiwanego świata między nami”, który tworzy się dzięki przemianie moralnej zachodzącej w jednostkach, dzięki sile wyznawanych przez nie wartości. Kluczem do tego, co wspólne, jest więc to, co indywidualne – o czym łatwo zapomnieć, odkrywając z fascynacją dawne idee wspólnotowe. Braterstwa, współpracy i solidarności nie da się zaszczepić odgórnie, drogą ustawy obwarowanej państwowym aparatem przemocy. Muszą one powstać w żywej relacji między ludźmi, tam, gdzie tworzy się to, co bardziej prozaicznie nazywane jest kapitałem społecznym. W socjalizmie państwowym Abramowski proroczo dostrzegał rozrost biurokracji i zaprzeczenie wolności – twarz rewolucji, którą Europa miała poznać już po jego śmierci. Socjalizm abstrahujący od „moralności osobistej”, jak pisał w „Socjalizmie i państwie”, „nie może postawić żadnego ideału etycznego”, jest więc niezdolny do dokonania prawdziwej przemiany w duszach ludzkich.

Myśl Abramowskiego wyrosła w sprzeciwie wobec państwowej opresji, w warunkach carskiego ucisku – co może stanowić zaletę, ale też pewne ograniczenie. Podkreślająca indywidualizm, wolność i znaczenie ideału, wyrażająca niechęć do biurokracji i sformalizowanych instytucji, jest chyba na wskroś polska. I choć może się zdawać zbyt górnolotna, może też okazać się wartościowym klejnotem, który polska myśl społeczna ma do ofiarowania światu. Stanowi bowiem antidotum na wszelkie doktryny instrumentalizujące człowieka – w imię państwa, postępu, gospodarki czy rozwoju. Antidotum, które znów może okazać się nam niezbędne.

Ksiądz radykał i Boży szaleniec

Jan Jęcz

„Na ścianie znajdował się wielki stary krucyfiks i jasnogórski wizerunek Matki Boskiej. Stół służący za ołtarz, kilka fotografii, wśród nich duże zdjęcie księdza Jerzego Popiełuszki, zamordowanego rok wcześniej przez bandytów ze Służby Bezpieczeństwa, jak również widok Jerozolimy. Dwie półki z książkami: były tam rozmaite wydania Pisma Świętego, a także słowniki – hebrajskie, szwedzkie, włoskie i inne. Kilka wydań dzieł Daga Hammarskjölda. W kącie zwinięty na drzewcu – biało-czerwony sztandar. Z czasem dowiedziałem się, że wyhaftowano na nim napis: «Nie zabijaj nigdy nikogo»”.

(Ks. J. Zieja, „Życie Ewangelią. Spisane przez Jacka Moskwę”. Kraków 2010, s. 16).

W takim mieszkaniu na warszawskim Powiślu w latach 80. mieszkał Jan Zieja — ksiądz i antyklerykał; kapelan Szarych Szeregów i pacyfista; anarchista z pokorą poddający się władzy przełożonych. Tych kilka przedmiotów, świadectwo jego ubóstwa, łączy się w opowieść o bogactwie jego życia.

Krzyż, jasnogórski obraz i stół-ołtarz tworzyły prywatną kaplicę księdza Ziei. Choć często spotykał się z niezrozumieniem hierarchów – gdy głosił rekolekcje dla robotników w „czerwonym” Radomiu, odprawił kościelny pogrzeb samobójczyni, odmawiał zapłat za posługę – to trwał przy powołaniu. Nawet, gdy w 1958 roku pozbawiono go funkcji kościelnych, pisał: „za swą «parafię» w Warszawie będę odtąd uważał wszystkich żyjących tak czy inaczej poza Kościołem (Żydzi, niewierzący, sekciarze, publiczni grzesznicy, prostytutki itp.) i wśród nich będę się starał pracować”.

Był księdzem radykałem. Dziś hasło to kojarzy się głównie z sympatykami skrajnej prawicy, dla niepoznaki noszącymi koloratki. Radykalizm ks. Ziei był natomiast radykalizmem Jezusa w świątyni, radykalizmem biskupa Oscara Romero czy wreszcie księdza Popiełuszki. Był postawą sprzeciwu wobec wyzysku, przemocy władzy, prześladowań słabszych i mniejszości.

Żyjąc w wielokulturowej II Rzeczypospolitej, targanej konfliktami na tle wyznaniowym, etnicznym, narodowym, ksiądz Zieja głosił dialog i pokój. W leżącym dziś na terenie Białorusi Łohiczynie zbliżał zwaśnionych sąsiadów – polskich katolików i białoruskich prawosławnych. Szczególnie mocno przyjaźnił się, wbrew powszechnemu w ówczesnym kościele antysemityzmowi, z Żydami. Studiował hebraistykę, poznawał judaizm, nie chcąc ich nawracać, lecz wzajemnie umacniać się w wierze.

Jego horyzonty sięgały daleko poza granice jednego kraju, jednej religii, jednej kultury, a nawet jednych czasów. Jan ze wsi Osse był wizjonerem, „Bożym szaleńcem”. Słowniki włoskie służyły zapewne Ziei w pisaniu listów do Watykanu, szwedzkie zaś – do nauki języka, z którego na polski przetłumaczył „Drogowskazy” Daga Hammarskjölda. Podobnie jak ten sekretarz ONZ, ks. Zieja starał się być „sługą pokoju”. Pacyfizmu i głoszenia bezwzględnej miłości do bliźniego, jak również interpretowania piątego przykazania „nie zabijaj” w wersji „nie zabijaj nigdy i nikogo”, nie porzucił ani w trakcie powstania warszawskiego, służąc jako kapelan Szarych Szeregów, ani po wojnie, gdy angażował się w działalność opozycyjną.

Sztandar z pacyfistycznym haftem wiele mówi o tym, jak ks. Zieja pojmował patriotyzm. Cechowała go ogromna miłość do ojczyzny, rozumianej jako zbiór mieszkańców kraju, wraz z tworzoną przez nich różnorodną kulturą. Deklaracja takiej miłości, opartej na różnych, choćby i słabych więziach, jest jednak o wiele prostsza niż deklaracja miłości do tych, z którymi nie łączy człowieka, obywatela, patrioty, zupełnie nic – do wrogów, najeźdźców, krzywdzicieli. „Powiedziano nam nie tylko «nie zabijaj», ale nawet «nie gniewaj się na swojego brata» – to mnie wiąże” – mówił ks. Jan Zieja. Przez sto lat niepodległości Polski niewiele było w niej osób tak pięknie radykalnych jak on.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Nie łączy nas nic poza niepodległością

1918. Polska ludowa?

Spóźniona polskość