dwutygodnik internetowy
3.07.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

O łaknących sprawiedliwości

Wykluczamy możliwość, że bezdomni zostali oszukani, opuszczeni, zranieni i pozostawieni bez ratunku. Być może ta perspektywa wydaje nam się zbyt przerażająca. Życiorysy konkretnych osób dowodzą jednak, że jest realna.

ilustr.: Karolina Burdon

ilustr.: Karolina Burdon

Tekst pochodzi z 33. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Bezdomność”.

Ojciec Święty Franciszek powiedział w jednej ze swoich homilii, że dopóki na świecie głoduje choć jedno dziecko, chrześcijanin nie może spać spokojnie. Być może chcielibyśmy zinterpretować te słowa jako figurę retoryczną. Należy jednak rozumieć je dosłownie. Całe nauczanie Papieża to konkretne wezwanie do przebudzenia społecznej wrażliwości. W tym świetle musi dziwić, że w Polsce – kraju (przynajmniej statystycznie) katolickim – wielu ludzi wciąż żyje w nędzy. Jej najbardziej radykalną formą jest bezdomność. Mimo że ze względu na swój ekstremalny wymiar domaga się ona zdecydowanej interwencji, bezdomność obrosła szeregiem stereotypów. Nierzadko można usłyszeć, że to kwestia wyboru, niezaradności czy wreszcie słabości moralnej. Takie stwierdzenia mają usprawiedliwiać naszą obojętność na los osób bezdomnych.

Dostrzec krzywdę

„Ludzka doskonałość jak winorośl wzrasta, karmiona zieloną rosą, wśród mądrych i prawych ludzi pnie się w toń nieba”. Tak grecki poeta Pindar opisywał w jednej ze swych pieśni ludzki los. Człowiek jest jak winny pęd, dążący nieustannie wzwyż. A jednak, choć z natury wciąż chce wzrastać, narażony jest na spiekotę dnia, wrogi wiatr i zacinający deszcz. Rozwinie się i wyda owoc tylko w odpowiednich warunkach. Dlatego, jak zauważa Pindar, potrzeba mu dobrych ogrodników. Bez nich zdziczeje albo obumrze, jak delikatna roślina, bezbronna wobec kaprysów nieczułej pogody. Nasz rozwój moralny zależy od wielu ludzi – rodziców, wychowawców, przyjaciół. Nigdy też się nie kończy i w każdym wieku potrzebuje silnych i wspierających ram społecznych.

Wielu współczesnych etyków, na przykład Martha Nussbaum, dostrzegło, że w dotychczas konstruowanych teoriach oceny moralnej istniała poważna luka. Polega ona na wykluczeniu z rozrachunku czynników zewnętrznych. Doceniając człowieka jako istotę rozumną, filozofowie dochodzili do wniosku, że powinien on uzyskać maksymalną kontrolę nad swoim losem. Mądrość i roztropność – to znaczy umiejętność zastosowania mądrości w praktyce – pomagają uniknąć nieszczęść. A jeśli nieszczęścia mimo wszystko na nas spadną, roztropność pozwoli nam we właściwy sposób się do nich odnieść, co ograniczy związane z nimi cierpienia. Przekonanie o prewencyjnej i terapeutycznej roli filozofii pojawiło się już w starożytności, zwłaszcza u stoików i epikurejczyków. Mimo kilku wyjątków, główny nurt europejskiej tradycji etycznej do dziś wskazuje na rozum jako na siłę, która pozwala ustrzec się przed życiową klęską.

To przekonanie posiada jednak swoje ograniczenia. Jest prawdą, że rozum i wola to główne motory moralnego wzrostu. Pomysł jednak, że dzięki nim człowiek uzyskuje pełnię władzy nad sobą i nad swoim otoczeniem, jest etyczną utopią. Utopią na tyle silnie zakorzenioną w kulturze, że zdarza nam się automatycznie kojarzyć ludzkie niepowodzenia z niedostatkami w myśleniu. Złamana biografia to rzekomo konsekwencja złych wyborów, a więc – krótko mówiąc – głupoty. Takim wnioskom bliżej do zabobonnego przekonania o dopuście Bożym lub o złośliwych bóstwach zsyłających karę za winy niż do racjonalnej analizy. Owszem, odpowiadamy za własne czyny, jesteśmy jednak także podatni na krzywdę. Posiadamy pewną kontrolę, ale nie nad wszystkim i nie zawsze. Widzimy szlachetnych ludzi popadających w ruinę i niegodziwców odnoszących sukcesy. Nie ma prostego przełożenia między cnotą a życiowym powodzeniem. Oprócz tego, co zależne od naszych starań, w grę wchodzi też los – to, co przychodzi do nas z zewnątrz i bez naszej woli. To, czemu musimy stawić czoła, licząc na swoją odporność psychiczną i swoją zaradność. Nawet w przypadku najsilniejszych jednostek nasze zasoby są ograniczone. Kiedy się wyczerpują, konieczne okazuje się wsparcie innych ludzi. Jeśli i tego zabraknie, stajemy całkowicie odsłonięci wobec niebezpieczeństwa. Nic dziwnego, że zadane w takiej sytuacji ciosy mogą przynieść tragiczne rezultaty. Słuszne decyzje, które podejmujemy w chwilach kryzysu, nie zawsze są owocami zalet naszego charakteru. Zawdzięczamy je najczęściej tym, którzy udzielają dobrych rad, stanowią emocjonalne wsparcie i biorą na siebie ciężar naszych trudów. Być może możliwość otrzymania takiej pomocy stanowi istotę różnicy pomiędzy życiorysami osób bezdomnych i tych, którym się powiodło.

Każdemu to, na co zasłużył

Wyniki badań amerykańskiego psychologa Melvina Lernera sugerują, że mamy tendencję do myślenia, iż każdy otrzymuje w życiu to, na co sobie zasłużył. Jest to tak zwana „hipoteza sprawiedliwego świata” – irracjonalne przekonanie, że rzeczywistość sama wynagradza roztropnych, a postępujących niewłaściwie karze. Lerner twierdzi, że istnieje psychologiczny mechanizm tłumaczący obwinianie ofiar o ich niepowodzenia: nieszczęście interpretowane jest jako słuszna konsekwencja ich działań. Tymczasem liczba zmiennych, które oprócz czynów i decyzji należy uwzględnić przy rozważaniu historii ludzkiego życia, jest tak wielka, że precyzyjne określenie granic odpowiedzialności za życiową porażkę jest niemożliwe. Wpływają na nią choćby nieumiejętność poradzenia sobie z krzywdą, niewłaściwa interpretacja faktów, osamotnienie i nieszczęśliwy wypadek. Każda sytuacja jest skomplikowana i wymaga osobnego wglądu, zwłaszcza gdy zrozumiemy, że trzeba brać pod uwagę rzeczywistość przeżyć wewnętrznych, która z natury musi pozostać nie w pełni przejrzysta dla obserwatora. Zdaje sobie z tego sprawę chrześcijański personalizm, pojmujący osobę całościowo i konkretnie. Tworząc zaś etyczne normy w oparciu o jej wybiórczy i abstrakcyjny obraz, niebezpiecznie zbliżamy się do bezdusznego formalizmu.

Gdy mowa o problemie bezdomności, dostrzegamy w publicznie wygłaszanych opiniach wyżej wymienione, stereotypowe ścieżki myślenia. Przekonanie o tym, że mamy pełnię kontroli nad swoim życiem i zdolność do zapobiegania nieszczęściom, powoduje, że nie chcemy dopuścić myśli, że również nas mogła spotkać utrata dachu nad głową. Badania socjologiczne wykazują, że często uważamy bezdomnych za patologicznie niezaradnych. Wśród badanych, których wypowiedzi przeanalizowała swego czasu Katarzyna Górniak, niektórzy wyrażali opinię, że ubodzy sprowadzili na siebie taki los własną słabością moralną i intelektualną, czy nawet, mniej lub bardziej świadomie, wybrali ten „styl życia”. Powielając takie oceny, wykluczamy możliwość, że bezdomni zostali oszukani, opuszczeni, zranieni i pozostawieni bez ratunku.

Być może ta perspektywa wydaje się tak przerażająca, że wolimy ją zanegować. Życiorysy konkretnych osób dowodzą jednak, że jest realna. Dopiero konfrontacja z tą prawdą może stać się punktem wyjścia do budowania społecznej sprawiedliwości. Myśl o niej musi się pojawić, ponieważ problem bezdomności jest problemem funkcjonowania całej wspólnoty. Sam fakt jego istnienia, ale także próby jego rozwiązania, wiele mówią o tym, jak rozumiemy sprawy obywatelskiej solidarności i więzi między członkami społeczeństwa. Franciszek wielokrotnie podkreślał, że zabieganie o nie stanowi miarę autentyczności naszej wiary. Podczas ubiegłorocznej homilii na temat przypowieści o bogaczu i Łazarzu z całą mocą zaznaczał, że zamykanie się w świecie luksusu i lekceważenie biednych oznacza pogardę dla Boga, który powiedział: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnie uczyniliście”. Fakt, że Chrystus łączy ubóstwo z miłosierdziem, powinien być zatem podstawowym źródłem inspiracji dla sprawiedliwej wspólnoty.

ilustr.: Karolina Burdon

ilustr.: Karolina Burdon

Pewny grunt pod nogami

Francuska filozofka i mistyczka Simone Weil uważała zakorzenienie za podstawową potrzebę człowieka. Jej zdaniem potrzebujemy stałego środowiska, by móc szczęśliwie żyć i właściwie się rozwijać. Sprzeciwiając się wyzyskowi robotników w fabrykach, twierdziła, że nieludzkie warunki pracy „wykorzeniają” ich z kultury – wyrywają ich z domów, z rodzin, odłączają od owoców ich pracy. Stają się więc oni zawieszonymi w społecznej próżni jednostkami, pozbawionymi więzi i szans moralnego rozwoju.

Choć Weil posługiwała się marksistowskim językiem alienacji, a metodą na przezwyciężenie problemu było według niej przede wszystkim dostarczanie robotnikom intelektualnych i kulturalnych bodźców, jej myśl ma znaczenie uniwersalne. Habitus, miejsce zamieszkania wraz z jego kulturową oprawą, jest fundamentem społecznego funkcjonowania człowieka. Bez niego tracimy grunt pod nogami; nie możemy normalnie działać, ponieważ nie posiadamy naturalnego zaplecza. Weil uważała, że brak zakorzenienia prowadzi do patologii moralnej – nie w tym sensie, że człowiek staje się zły, lecz w tym, że znacząco ograniczona zostaje jego społeczna, kulturalna i intelektualna aktywność. To zaś stanowi prawdopodobne podłoże dalszej degeneracji.

Teza postawiona przez Weil pozostaje w zgodzie z wieloma konstruowanymi współcześnie teoriami sprawiedliwości. Mówi się w nich o istnieniu tak zwanych dóbr podstawowych, to znaczy takich, które stanowią warunek godnego funkcjonowania człowieka w społeczeństwie. Jednym z najważniejszych takich dóbr, oprócz wolności i nietykalności cielesnej, jest posiadanie domu. Nietrudno to zrozumieć, gdy uświadomimy sobie, że stałe schronienie jest potrzebą z gatunku tych wegetatywnych: jego brak stanowi bezpośrednie zagrożenie dla ciała. Człowiek pozbawiony domu nie może w prosty sposób zaspokoić głodu, wyspać się, ochronić przed zimnem, zadbać o higienę lub o zdrowie – już choćby z tego powodu żyje w obliczu cielesnego niebezpieczeństwa, a przecież należy do tego dodać permanentne narażenie na kryminalne napaści. Pomijając już druzgocący wpływ takiego stanu rzeczy na psychikę, realizowanie innych dóbr, takich jak wykształcenie czy aktywność obywatelska, jest wówczas zwyczajnie niemożliwe.

Bezdomna godność

Bezdomny, który musi poświęcać znaczną część uwagi podtrzymywaniu podstawowych funkcji życiowych, jest znacznie bardziej eksponowany na trudności natury moralnej niż przeciętny członek społeczeństwa. Nie oznacza to w żadnej mierze, że bezdomni nie mogą być szlachetnymi ludźmi. Wręcz przeciwnie: w ich sytuacji życiowej więcej czynów osiąga status heroizmu. Nędza, której doświadczają, powoduje jednak, że pewne kryteria oceny muszą zostać zawieszone. Nie można w tym samym kluczu interpretować postępowania człowieka, który po pracy wraca do ciepłego domu i rodziny, i tego, który samotnie walczy o to, by nie zamarznąć. Twierdzenie, że istnieją noclegownie i jadłodajnie, które rozwiązują problem, stwarzając bezdomnym materialne zaplecze, jest argumentem po części nieprawdziwym, a po części nietrafnym. Po pierwsze, takich miejsc jest wciąż za mało, choć działacze społeczni nieustannie zabiegają o zakładanie nowych (patrz: zamieszczone w tym numerze rozmowy z Adrianą Porowską i z Adamem Bodnarem – przyp. red.). Po drugie, żadna noclegownia czy jadłodajnia nie naprawi poczucia złamanej godności po utracie własnego domu. Upokorzenie jest zresztą często tak głębokie, że przeradza się w psychiczną blokadę, uniemożliwiającą przyjęcie wsparcia. Bezdomni nie mogą też stać się społeczną grupą interesu, bo ich kondycja jest dla nich wstydliwa. Nie chcą utożsamiać się z takim światem i przemawiać w jego imieniu, ponieważ oznaczałoby to dla nich zgodę na stygmatyzację.

Pomagając tym, którzy znaleźli się na marginesie społeczeństwa, powinniśmy zatem przede wszystkim walczyć o przywrócenie im świadomości ich własnej godności. Poczucie społecznej sprawiedliwości i chrześcijańskie miłosierdzie to dwie strony tej samej monety. Wierzymy w to, że żaden człowiek nie powinien doznawać upodlenia i nędzy. To, czy i w jakiej mierze są one zawinione, nie liczy się w tym wypadku wcale, ponieważ wiemy, że Chrystus chce naprawić ludzką krzywdę, nie potępiając żadnej i żadnego z nas. W sferze praktycznych rozwiązań obserwujemy, jak zaskakująco dobre rezultaty dają tak zwane mieszkania treningowe, którymi w Polsce opiekuje się między innymi Kamiliańska Misja Pomocy Społecznej. Ludzie, którzy otrzymują stałe miejsce zamieszkania, a w ten sposób szansę na nowy początek, mogą z powrotem włączyć się w społeczną aktywność, w tym przede wszystkim podjąć pracę. Na tej samej zasadzie działają domy Wspólnoty Chleb Życia, prowadzonej przez siostrę Małgorzatę Chmielewską: jeśli człowiek stracił dach nad głową, to trzeba mu go dać, a potem starać się od początku odbudowywać całą resztę. Sposobem na cerowanie podeptanej godności może być jednak coś, na co stać każdego z nas – zwykła rozmowa, dzięki której osoby bezdomne zrozumieją, że nie są dla nas niewidzialne. Bez podobnej styczności ich szanse na powrót do normalności drastycznie maleją. Takie przekonanie leży u podstaw działalności Wspólnoty Sant’Egidio, która składa się nie z wykwalifikowanych pracowników socjalnych, lecz z ludzi starających się bezdomnych po prostu poznać i stworzyć z nimi więzi. Relacje te nierzadko okazywały się ostatnią deską ratunku i pomagały naprawić to, co zostało złamane – małymi krokami, dzięki sieci kontaktów, znaleźć zatrudnienie, schronienie, pomoc medyczną.

Bieda uszlachetnia?

W chrześcijańskiej narracji o biedzie zdarza się przedstawiać ją jako coś, co przybliża do Boga. Kiedy mówimy o „błogosławionych ubogich”, czasem zapominamy o tym, że obiecując wynagrodzenie nędzy w Królestwie Niebieskim, Chrystus pociesza cierpiących, a nie wskazuje drogi postępowania. Powierzchowne rozumienie tradycji ascetyzmu może rodzić przekonanie, że brak środków materialnych staje się prostą drogą prowadzącą do zbawienia, a więc nie jest czymś, co domaga się bezwzględnego zwalczania. Tymczasem należy bardzo wyraźnie odróżnić ubóstwo, zwłaszcza to ewangeliczne, od nędzy, zwłaszcza tak radykalnej jak bezdomność. Czym innym jest dobrowolna rezygnacja z określonych dóbr, szczególnie wówczas, gdy wyrzekamy się zbytku na rzecz potrzebujących bliźnich, a czym innym – skrajna i niepożądana ich niedostępność w zupełnie podstawowym wymiarze.

Chrystus był ubogi i nawoływał do niepokładania nadziei w tym, co zniszczalne i doczesne. Miał jednak dom, pracował jako cieśla, otaczali Go bliscy. Posiadał tyle, ile było Mu potrzebne do zaspokojenia podstawowych potrzeb. W latach działalności publicznej Jego wędrowny styl życia był podyktowany wymogami misji, którą miał wypełnić, a nie bezdomnością. Sam nie cierpiał nędzy i nie zgadzał się na nią. Wszystkie Jego słowa o wspieraniu bliźnich, w formułach katechizmu ujęte w listę uczynków miłosiernych względem duszy i ciała, świadczą o tym, że za niesprawiedliwe uważał zarówno spektakularne bogactwo, jak i rażący niedostatek. Biskup Jan Chrapek w swoim liście pasterskim na temat biedy i ubóstwa z 2000 roku zdefiniował nędzę jako wyniszczenie materialne i moralne, wskazując zarazem, że całkowite ogołocenie z ziemskich dóbr oznacza naruszenie ludzkiej godności. Pomoc powinna zaś polegać nie tylko na uzupełnianiu materialnych braków, ale także na odbudowywaniu poczucia wartości i sprzeciwianiu się społecznemu wykluczeniu tych, którym się pomaga.

Chrystus wstawiał się zawsze za pokrzywdzonymi. Bóg jest ucieczką słabych i zranionych. Łatwo jednak o błędne odwrócenie porządku, ponieważ On jest przyjacielem ubogich, ale nędza nie jest kluczem do Jego bliskości. Przekonanie, że ci, którym brakuje środków do życia, są bliżej Niego, a więc otrzymują pewne niezwykłe dobro w ramach rekompensaty za ziemskie trudy, może zaowocować różnego rodzaju błędnymi postawami. Istnieje filantropia oparta na wierze w pewien ustalony porządek świata, którą Bolesław Prus opisał podczas sceny kwesty w „Lalce”. Możni, dysponujący materialnymi środkami, „pochylają się” w niej nad bezbronnymi ubogimi. Dobroczynność taka nie jest jednak walką z niesprawiedliwością, lecz raczej pozostaje w jej ramach – nie dąży do trwałej i realnej poprawy warunków życia potrzebujących. Bazuje na optyce, w której ubodzy przestają być bliźnimi wołającymi o pomoc i zmieniają się w owieczki prowadzone innymi niż nasze ścieżkami przez najlepszego Pasterza. Ścieżkami, w które, protekcjonalnie i wygodnie, nie chcemy ingerować, ponieważ ten Pasterz wie lepiej i chroni Swoich przyjaciół. Między „Bóg tak chciał” a „sami są sobie winni” nie ma w istocie większej różnicy, ponieważ obydwa stwierdzenia zwalniają nas z obowiązku podjęcia starań o przemianę ich sytuacji.

Wspólnota Kościoła – ale i każda inna, także ta największa, rodzaju ludzkiego – nie jest monolitem, lecz zespołem konkretnych osób. Wszystkie one liczą się z osobna; dobry Pasterz zawraca po każdą owcę. Dlatego sprawiedliwość, która wyklucza całe grupy ludzi, zakładając, że nie są oni warci zachodu, nie może być Bożą sprawiedliwością. Nie jest nią także taka, która uznaje, że nie trzeba zabiegać o poprawę losu bezdomnych, ponieważ trudy życia na ulicy zostaną wynagrodzone w Królestwie Niebieskim. To umywanie rąk. W fakt, że jesteśmy istotami społecznymi, wpisana jest współodpowiedzialność. Papież Franciszek naucza, że istnienie skrajnej nędzy stanowi wielki akt oskarżenia naszych społeczeństw. Jeśli ktoś z nas doznaje całkowitej degradacji, to znaczy, że inni albo przyczynili się do jego nieszczęścia, albo mu nie pomogli. Wszystkich nas łączy zaś kondycja ludzka. Wśród słońca i deszczu jak winorośl pniemy się ku niebu. Co nas różni? To, że mieliśmy lepszych i gorszych ogrodników.

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.