dwutygodnik internetowy
25.02.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Nudne “Porwanie”

Jedną z wielkich i, niestety, nielicznych zalet jest temat – dobry, ciekawy i praktycznie nieobecny w kinie, tym bardziej więc wart poruszenia. Jest to historia załogi duńskiego statku porwanego przez somalijskich piratów, którzy rzecz jasna żądają wielkiego okupu.

Film duńskiego reżysera, Tobiasa Lindholma, pt. „Porwanie” zdobył sporo nominacji do nagród Duńskiej Akademii Filmowej. Mimo to podejrzewam, że obraz ten nie wzbudzi większego zainteresowania widzów.

 

Jedną z wielkich i, niestety, nielicznych zalet jest temat – dobry, ciekawy i praktycznie nieobecny w kinie, tym bardziej więc wart poruszenia. Jest to historia załogi duńskiego statku porwanego przez somalijskich piratów, którzy rzecz jasna żądają wielkiego okupu (rozmowy zaczynają od 15 milionów dolarów). Z drugiej strony mamy prezesa firmy, do której należy łajba, osobiście negocjującego warunki zwolnienia zakładników.

 

To, co jest moim głównym zarzutem wobec „Porwania”, to mimo interesującego tematu bijąca z ekranu nuda – film trwa półtorej godziny, a na zegarek zdarzyło mi się patrzeć z dziesięć razy. Wynika to z tego, że obraz nie ma w sobie żadnego napięcia, widz nie ma więc poczucia realnego zagrożenia. W zasadzie wszyscy bohaterowie są papierowi, jednowymiarowi, nic o nich nie wiemy. O ile jeszcze w przypadku porywaczy dałoby się to wybaczyć, o tyle jeśli jedyną rzeczą, którą można powiedzieć o głównej postaci wśród zakładników, kucharzu Mikkelu, jest to, że chce wrócić do domu, gdzie czeka na niego żona z córką, to mamy do czynienia ze sporym problemem. W tego typu filmach konieczna jest identyfikacja odbiorcy z bohaterami, którym powinno się współczuć i trzymać kciuki, by nic im się nie stało. Tymczasem film Lindholma tego nie dostarcza, nie ma w zasadzie możliwości, by zaangażować się emocjonalnie w to, co widzimy na ekranie.

 

I niestety nie zmienia tego całkiem niezła gra Johana Philipa Asbaeka (Mikkel) oraz Sorena Mallinga (Peter, prezes firmy), których wysiłki spełzają na niczym. Tak samo jest zresztą z dwiema scenami, które są ewidentną próbą wstrząśnięcia widzem, przy czym jedna wynika z tak głupiego (choć w jakiś sposób zrozumiałego) czynu Mikkela, że przez chwilę miałem wrażenie, iż była to ostatnia, desperacka próba, by wywołać w odbiorcy jakąś reakcję.

 

Od biedy dałoby się tu doszukać pewnej opowieści o starej jak świat opozycji między cywilizacją i technologią a barbarzyństwem i naturą. Widać to, co oczywiste, nie tylko na przykładzie ubioru ludzi przebywających w korporacji i na statku, ale też w kolorach, w jakich fotografowane są te dwa światy. Tylko po co to wszystko, skoro w zasadzie nic z tego nie wynika, a do tego człowiek ma ochotę zapytać reżysera, czemu do diabła wszystko pokazuje w sposób tak nudny? Czemu nie pokazał więcej momentów jakichś prób nawiązania relacji między zakładnikami i ich porywaczami? Czemu rodziny uwięzionych marynarzy są kompletnie zmarginalizowane i ich jedyną rolą jest dwukrotne pokazanie łez?

 

Oczywiście, dociera do mnie możliwość, że tak to wszystko może w rzeczywistości wyglądać. Że negocjacje są bardzo długie i żmudne, a życie na porwanym statku w zasadzie toczy się dalej w oczekiwaniu na ratunek. Wszystko to rozumiem. Niekoniecznie jednak nadaje się to na film fabularny, który przecież rządzi się swoimi prawami. Może więc lepszym pomysłem było zrobić dokument?

 

Przeczytaj inne teksty Autora.