dwutygodnik internetowy
04.03.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Nowe miasto Medellín

Kto by się spodziewał, że w ścisłym finale plebiscytu na najbardziej innowacyjne miasto świata, obok Nowego Jorku i Tel Awiwu, znajdzie się Medellín – dotychczas kojarzone głównie z Pablo Escobarem i mafią narkotykową? Kto by pomyślał, że miasto, które nawet nie jest stolicą Kolumbii, pokona obie o wiele słynniejsze metropolie?

ilustr.: Olga Micińska

Kto by się spodziewał, że w ścisłym finale plebiscytu na najbardziej innowacyjne miasto świata, obok Nowego Jorku i Tel Awiwu, znajdzie się Medellín – dotychczas kojarzone głównie z Pablo Escobarem i mafią narkotykową? Kto by pomyślał, że miasto, które nawet nie jest stolicą Kolumbii, pokona obie o wiele słynniejsze metropolie?

 

To nie pierwszy raz, gdy w dyskusjach o nowoczesnej polityce miejskiej pada nazwa Kolumbii. Dziesięć lat temu głośno było o stolicy tego kraju, Bogocie, w której dwóch światłych burmistrzów, Antanas Mockus i Enrique Peñalosa, przeprowadziło „miejską rewolucję”. Ich naprzemienne rządy trwały od 1995 do 2003 roku. Mockus, filozof i były rektor Uniwersytetu Narodowego, promował wśród mieszkańców poczucie współodpowiedzialności za miasto, nieraz uciekając się do niekonwencjonalnych metod (na przykład zatrudniając mimów do pracy na ulicach). Z kolei Peñalosa gruntownie przebudował infrastrukturę po to, by uczynić z miasta przestrzeń przyjazną dla obywateli. Bogota do dziś pozostaje modna w środowiskach zajmujących się polityką miejską, choć jej zapał rewolucyjny już dawno opadł [więcej: „Bogota, laboratorium miejskich przemian”, 25 lutego 2013].

Tymczasem pałeczkę przejęła stolica regionu Antioquia…

 

Miejska akupunktura

Medellín zaczęło wprowadzać te zmiany, których Bogota wprowadzić nie zdążyła – mówi mi Armando Silva, kolumbijski socjolog zajmujący się „miastami wyobrażonymi”.

Tak samo jak w stolicy, tak i tutaj trudnego zadania podjęło się dwóch postępowych burmistrzów, Sergio Fajardo i Alfonso Salazar. Zainspirowały ich doświadczenia Berlina z zakresu urbanizmu kontekstualnego. Postanowili skupić środki miejskie na jednym zadaniu: zintegrowaniu terenów najbardziej zmarginalizowanych, a przez to niebezpiecznych, z resztą miasta.

 

Pod ich ośmioletnimi rządami (2004-2011) powstało kilkanaście imponujących parków-bibliotek, w tym słynna Biblioteca España; ruchome schody w stromych, biednych dzielnicach; a także system kolejek górskich połączonych z metrem i włączających te dzielnice w obręb miasta, zarówno pod względem praktycznym, jak i symbolicznym. A to dopiero początek. Jak podkreśla Gerard Martin w monumentalnej kronice „Medellín 1975-2012”: „Najważniejszym elementem transformacji były interwencje małego zasięgu z gatunku miejskiej akupunktury. Stawiając gdzieś niewielką kładkę albo renowując zapuszczony skwer, udało się wewnętrznie pozszywać poszczególne dzielnice”.

Wiele różni od siebie doświadczenia Bogoty i Medellín. O ile Antanas Mockus realizował w stolicy politykę odgórną, starając się nauczyć mieszkańców kultury obywatelskiej, o tyle władze Medellín wybrały podejście bottom-up. Przebudowę najbardziej zmarginalizowanych dzielnic poprzedzały warsztaty z mieszkańcami, którzy sami wypowiadali się na temat tego, co chcieliby w swoich okolicach zmienić. Wyniki takich warsztatów były nieraz zaskakujące. „Okazało się, że mieszkańcy, choć chcieliby więcej drzew, mimo wszystko woleli przestrzeń zabudowaną od zielonej, a to dlatego, że każda przestrzeń zielona, w ich przekonaniu, prędzej czy później zamienia się w śmietnisko”, opowiadał Martinowi architekt Francisco Corsini.

 

Transformacja, jakiej doświadczyło miasto, została dostrzeżona także za granicą, czego świadectwem wygrana Medellín w plebiscycie na najbardziej innowacyjne miasto świata.

 

Uporczywe drugie dno

Niemniej, wędrując po tym mieście, jest się skazanym na ambiwalentne uczucia.

Owszem, czysto tu i nowocześnie, jak w żadnym innym miejscu w Kolumbii. Komunikacja działa sprawniej niż w większości europejskich miast. Gdzie nie spojrzeć, wyrastają nowe budowle: biblioteki, biurowce, muzea, często projektowane przez światowej sławy architektów. W oczy rzucają się siedziby międzynarodowych korporacji: Hewletta Packarda, UNISYS, Kimberly-Clark, które postanowiły tutaj umieścić swoje regionalne centra innowacji. Po drogach jeżdżą luksusowe samochody, a niektóre ulice są jakby żywcem wyjęte z najbardziej ekskluzywnych dzielnic handlowych Londynu, Paryża czy Nowego Jorku.

 

A jednak… Są też miejsca, położone wcale nie na obrzeżach miasta, po których strach chodzić nawet za dnia. Dwie przecznice od centralnej stacji metra, Parque de Berrió, znajduje się zagłębie prostytucji i hazardu. Przed byle bramą, a nawet przed wejściem do kościoła Veracruz, stoją kobiety rzadkiej urody przykryte jedynie makijażem.

A jednak… Przejazd kolejką górską ponad dzielnicą biedoty przypomina wycieczkę po ludzkim zoo. Turyści oraz mieszkańcy dzielnic bezpiecznych, oddzieleni szkłem od rzeczywistości pod ich stopami, są niczym przedstawiciele Cywilizacji, bezkarnie przyglądający się dzikim, barbarzyńcom i fatalnym warunkom, w jakich przyszło im żyć. Lepiej wybrać się za dnia, bo wieczorem znów robi się niebezpiecznie: miejscowe bandy wybijają się wzajemnie, walcząc o strefy wpływów, bo przez najbiedniejsze comunas przebiegają niewidoczne granice.

 

A jednak… Widok ceglanych wieżowców, które niemal w całości pokryły elegancką dzielnicę Poblado, budzi nieuniknione podejrzenia. Kto na to wszystko ma pieniądze? Czy to apartamenty, które służą praniu brudnych pieniędzy pochodzących z handlu narkotykami? A może, niczym w Hiszpanii kilka lat temu, a dziś w Brazylii, tak i w Medellín puchnie nieruchomościowa bańka?

 

Nie tylko widowisko

Tłumaczenie wszystkiego brudnymi pieniędzmi to kolejna pułapka myślenia. Aby zrozumieć Medellín, trzeba jeszcze dotrzeć do trzeciego, czwartego, a może i piątego dna.

Armando Silva sugeruje, abym postarał się obiektywnie spojrzeć na zmiany, które realnie wydarzyły się w tym mieście. – W Kolumbii niewątpliwie jest bogactwo. Ale ono ma źródło w realnej gospodarce, nie tylko w nielegalnym handlu narkotykami. Medellín jest przemysłowym centrum Kolumbii. Tutaj mają też siedzibę jedne z największych banków w całej Ameryce Łacińskiej. Niemniej Kolumbijczycy mają tę przykrą manierę, aby wątpić we własne osiągnięcia. Mówią niemal z radością o tym, że wszystko stoi na narkotykach, bez żadnego krytycyzmu ani poczucia odpowiedzialności. A nie wszystko na narkotykach stoi? – Można łatwo dać się uwieść widowisku; zafascynować systemem metra i kolejek górskich albo nowoczesnymi bibliotekami. Ale w tle tego widowiska, w sferze niewidocznej dla przygodnego obserwatora, wydarzają się zmiany o wiele głębsze; zmiany w postępowaniu mieszkańców. Chodzi zwłaszcza o jedną zmianę: spadek przestępczości. Bo kiedy spada przestępczość, oznacza to, że inne mechanizmy działają prawidłowo.

 

W porównaniu z latami dziewięćdziesiątymi, przestępczość i stopa zabójstw faktycznie spadły. W 1991 roku, w mieście ginęło niewyobrażalne 381 osób na 100 tysięcy mieszkańców. Do 2011 roku, władzom Medellín udało się zbić tę liczbę do poziomu 70, dzięki czemu miasto plasuje się dziś daleko za honduraskim piekłem San Pedro Sula (159), Ciudad Juarez na granicy Meksyku i USA (148) czy brazylijskim Maceio (135).

Mimo to, do pełnej stabilizacji jeszcze daleka droga. Od dwóch lat znów jest w stolicy Antioquii „gorąco” – stąd hiszpańskie określenie tego okresu recalentura. Niektórzy przypisują to walce o schedę pomiędzy niedobitkami kartelu z Medellín; inni, fałszywej demobilizacji prawicowych formacji (paramilitares) rozbrojonych w latach 2003-2006 przez prezydenta Kolumbii Alvaro Uribe, wywodzącego się zresztą z tego miasta. Nikt nie ma wątpliwości co do tego, że uspokojenie sytuacji w Medellín, a zwłaszcza zerwanie łatki „miasta mafijnego”, która funkcjonuje w świadomości nie tylko ludzi z zewnątrz, ale przede wszystkim mieszkańców tego miasta, potrwa jeszcze długie lata.

 

Wykorzenić z głów mieszkańców przeświadczenie o tym, że ich miasto jest podwórkiem kartelu narkotykowego, to – zdaniem Armando Silvy – parszywe zadanie. Aby się udało, potrzebna jest nowa oś, wokół której mieszkańcy mogliby zintegrować wyobrażenia o własnym mieście. Nowa oś… Może właśnie Medellín jako miasto innowacyjne?

 

Przeczytaj inne teksty Autora.