dwutygodnik internetowy
23.04.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Nowa Muzyka Żydowska

Od kiedy nie dotarłem do Poznania na V Tzadik Festival, często zaglądałem na stronę wydawnictwa Multikulti Project, by sprawdzić, czy przypadkiem występ kwartetu Robinson/Zerang/Rogiński/Zimpel nie przybrał może formy płyty. Już sam polsko-amerykański, międzypokoleniowy zestaw artystów gwarantował sukces temu projektowi. Atrakcyjności dodawał fakt, że na swój twórczy warsztat wzięli oni muzykę jemeńskiej diaspory żydowskiej, która ze […]

Od kiedy nie dotarłem do Poznania na V Tzadik Festival, często zaglądałem na stronę wydawnictwa Multikulti Project, by sprawdzić, czy przypadkiem występ kwartetu Robinson/Zerang/Rogiński/Zimpel nie przybrał może formy płyty. Już sam polsko-amerykański, międzypokoleniowy zestaw artystów gwarantował sukces temu projektowi. Atrakcyjności dodawał fakt, że na swój twórczy warsztat wzięli oni muzykę jemeńskiej diaspory żydowskiej, która ze względu na sytuację geopolityczną rozwijała się w swoistej izolacji i oderwaniu od głównego nurtu muzyki żydowskiej. W efekcie, bardziej niż chasydzkimi nigunami, przesiąknięta jest surową muzyką Beduinów. Ze względu na swą unikalność tradycja muzyczna jemeńskich Żydów została wpisana na listę dziedzictwa UNESCO.

Moje oczekiwanie zostało podwójnie wynagrodzone. Premiera płyty „Yemen. Music of the Yemenite Jews” zbiegła się w czasie z koncertem kwartetu w ramach trzeciej edycji festiwalu Nowa Muzyka Żydowska w warszawskim kinie Praha. Miron Zajfert, dyrektor artystyczny imprezy, powiedział, że gdy tylko w Poznaniu wybrzmiały ostatnie dźwięki tego koncertu, wiedział, że zrobi wszystko, by usłyszała je również publiczność jego festiwalu. I chwała mu za to.

 

Występ rozpoczął się bardzo nastrojowo. Michael Zerang, przebierając palcami po bębenku darbuka, wystukiwał transowe rytmy, a wtórował mu Raphael Rogiński, którego pełna delikatnych ozdobników gra na gitarze elektrycznej przypominała brzmienie tradycyjnej arabskiej oud (lutni perskiej). Do tego dołączył duet klarnetowy Robinson-Zimpel, który rozpoczął wspólnym motywem muzycznym, by po chwili rozpleść go na dwie osobne, lecz uważne wobec siebie melodie. To wystarczyło, by myślami znaleźć się nagle gdzieś na bezdrożach jemeńskiej pustyni.

W kolejnym utworze Zerang odłożył darbukę i chwycił sporych rozmiarów tamburyn, z którego wydobywał nieprzebrane bogactwo barw i rytmów. Z dużą obręczą w rękach przypominał trochę szamana przywołującego duchy jemeńskich muzykantów. A te przyszły nagle i z wielką mocą! W trzecim utworze nastąpiła radykalna zmiana nastroju. Zerang zasiadł za zestawem perkusyjnym i cały zespół uderzył z niemal rockową siłą. Nie ulegało wątpliwości, że muzyka wprowadziła w trans nie tylko publiczność, lecz także samych artystów. I w tym transie, w obecności jemeńskich duchów pustyni, oddali się własnym poszukiwaniom i twórczym interpretacjom, ani przez moment nie zapominając jednak, z jak drogocennym i unikalnym, muzycznym zabytkiem mają do czynienia.

Gdy ucichły już długie oklaski po bisie i chciałem wracać do domu, by przy świeżo nabytej płycie przedłużyć jeszcze mistyczne przeżycia z koncertu, okazało się, że to nie koniec festiwalowych atrakcji na ten dzień. Wiadomość o koncercie muzyki Żydów z Jemenu do tego stopnia mnie ucieszyła, że już nie doczytałem, iż po krótkiej przerwie na scenę miał wejść jeszcze drugi zespół.

 

„To mogło zdarzyć się tylko w Marsylii” – czytam więc szybko w programie festiwalu. „Polak – Stef Galeski, grający algierskie châabi spotyka rosyjską, klasycznie wykształconą skrzypaczkę Anakin Startsevą. Dołączają do nich: Ndolé – rapujący basista z Kamerunu i perkusista z Chicago – Luigi Gatto. Piątym w zespole jest Uliphant – berliński mistrz saksofonów i klarnetów, pasjonat analogowych brzmień ‘oldschoolowych’ syntezatorów”. Muszę przyznać, że po koncercie, jaki dali Robinson, Zerang, Rogiński i Zimpel, nie za bardzo miałem ochotę na tego rodzaju zmianę. Ciekawość jednak wzięła górę i zostałem. Na całe szczęście…

Muzycy z zespołu Kabbalah sami nazywają swoją muzykę Jidysz Dada. Żydowska tradycja muzyczna poddana zostaje totalnej dekonstrukcji i w iście postmodernistycznym stylu przefiltrowana przez kosmopolityczną wyobraźnię członków zespołu. Już samo to, że w jednym utworze potrafią zaśpiewać w jidysz, po francusku, angielsku i rosyjsku wydaje się dość ekscentryczne. Gdy dodamy jeszcze, że obok skrzypiec i kontrabasu, kojarzących się muzyką żydowską, pojawia się lutnia podobna do tej, na której przygrywali sobie średniowieczni minstrele i syntezator rodem z hip-hopowego teledysku z lat 90.; oraz to, że Anakin Startseva w trakcie utworu odkłada skrzypce i chwyta za rozpylacz baniek mydlanych, wydawać się może, że jest to przerost formy nad treścią. Jednak, choć trudno w to uwierzyć, wszystko to zadziwiająco zgrabnie trzyma się kupy, a efekt jest powalający. Energia, która w czasie koncertu płynie ze sceny, dosłownie wgniata w fotel. Myślę, że podobnie musiała się czuć uwięziona w rzędach krzeseł publiczność na koncercie Rolling Stonesów w Sali Kongresowej w 1967 roku. I choć ceną, którą musiałem zapłacić za te przeżycia, było nagłe i całkowite wytrącenie z nastroju, w który wprowadziła mnie muzyka Żydów z Jemenu – nie żałowałem.

 

Po koncercie wróciłem więc do domu z dwiema płytami. „Yemen” całkowicie spełnił moje oczekiwania – jest to bowiem zapis tego zeszłorocznego poznańskiego występu, na który nie dotarłem. Wbrew temu, co zdarza się nieraz z nagraniami nawet najwspanialszych koncertów, muzyka ta nie traci swojego ducha i już od pierwszych dźwięków wciąga i oczarowuje. Na ponadgodzinne nagranie składają się cztery długie utwory, które można zarówno wnikliwie analizować, jak też i bezmyślnie się w nie zasłuchać i zatopić, i nadal będzie to wartościowe. Niektórym może przeszkadzać, że płyta jest stosunkowo mało zróżnicowana – próżno tu bowiem szukać tak radykalnych zmian nastroju jak podczas warszawskiego koncertu. Niemniej jest to materiał jednocześnie ambitny, ale i bardzo przystępny, co dla słuchaczy nieobeznanych z muzyką improwizowaną może być dobrym początkiem nowej muzycznej znajomości czy nawet fascynacji.

 

Natomiast studyjne oblicze Kabbalah to już zupełnie nie to samo przeżycie. Mając w pamięci energię, która płynęła ze sceny podczas koncertu, słuchając albumu „Boxes, Bagels & Elephants” nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest on z tej mocy kompletnie wykastrowany. Muzycy Kabbalah to bowiem prawdziwe sceniczne bestie, a ich muzyka niesamowicie zyskuje w kontakcie z publicznością. Nawet, gdy siedzi ona w kinowych fotelach.

 

***