dwutygodnik internetowy
21.03.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Nordbahnem do nowego świata

Wysiadając dziś z pociągu w Bohuminie, pierwszym mieście Czeskiej Republiki, nie czujemy ani kulturowej degradacji, ani awansu. Dawniej pruscy celnicy badaliby tu nasze cesarsko–królewskie wizy, teraz miniemy tabliczkę z polskim orłem.

ilustr.: Zuzia Wojda

ilustr.: Zuzia Wojda

Bielsko-Biała. W krzakach przy dworcu kolejowym otynkowany na szaro budynek. Ledwo widoczny z ulicy, piętrowy, okratowany. O, zdziwilibyście się panowie w kolejarskich mundurach, panowie z bokobrodami à la Franz Joseph, widząc, jak urosły równo posadzone przy ulicy drzewa, nie poznalibyście swojego budynku. Was, Stations-Vorstand, zarządu stacji, sfotografowanych w 1874 roku, tu nie ma. Jest za to stołówka z polskim jadłem i szkoła nauki jazdy.

Co innego ceglany, neorenesansowy gmach kilkaset metrów dalej. Ten poznalibyście bez problemu. Większy, lepiej utrzymany, ukwiecony, odmalowany. Na suficie kaduceusz, herby Bielska, cesarskie orły, wszystko namalowane przez wiedeńskich artystów firmy Wild und Weygand. Tak, ten dworzec też pamiętacie, zbudowano go, gdy wasz okazał się zbyt skromny, niewystarczający. Ciągle na fasadzie widniał jednak ten sam co na starym napis „Kais. Ferd. Nordbahn”. Kolej Północna Cesarza Ferdynanda. I ten dodatek – „K.K. privilegierte”. Cesarsko–Królewska Uprzywilejowana. Bo przecież nie byliście jakimiś tam zwykłymi kolejarzami. Nie, dbaliście o jedną z najważniejszych linii w cesarstwie. To od was zależało bezpieczeństwo przejazdu ze stolicy na północ, do Galizien. Część z was może i nawet z niej pochodziło, to w końcu tak niedaleko. Galicja była już za rzeką, w Białej.

źródło: fotopolska.eu

źródło: fotopolska.eu

Posąg

Tak samo dumnie jak bielscy kolejarze stoi na zdjęciu Salomon Mayer von Rotschild. Może pewniej, z większym obyciem, prawą ręką przytrzymując kamizelkę. Ale on w odróżnieniu od pracowników stacji miał więcej czasu na próby. Salomon Mayer von Rotschild jest bowiem marmurowym posągiem stojącym w hali Nordbahnhof, ostatniego dworca linii cesarza Ferdynanda. Tutaj stał przez siedemdziesiąt lat i witał podróżnych przybywających do stolicy.

Mijali go morawscy chłopi, galicyjscy Żydzi, śląscy drobni przedsiębiorcy. W biegu, w drodze do urzędów, po sprawunki. Oszołomieni wiedeńskim gwarem, pierwszy raz w tak dużym mieście. Przyzwyczajeni do jego widoku zdążali do wyjścia lub przeciwnie, stojąc przy kutym, niewysokim płotku otaczającym Rotschilda, zastanawiali się, jak będzie wyglądało ich nowe życie. Nowe życie emigrantów.

Dziś w miejscu ceglanego dworca stoi prosta szklana hala, okolona gigantycznym rondem, nazwana dla niepoznaki inaczej, Praterstern. Ten stary zniszczyły alianckie bomby w marcu i kwietniu 1945 roku. Pomnik bankiera jednak przetrwał, ocalili go naziści, za niewłaściwą rasę karząc przenosinami do Muzeum Techniki. Pewnie czuł się tam nieswojo, otoczony zębatkami i kotłami. Jego bracia i siostry, habsburscy monarchowie i greckie bóstwa dłuta tego samego Czecha Johanna Meixnera porozstawiani są po całym mieście. A on samotny, zesłany. No to go przenieśli, na Dorotheergasse, znowu do muzeum, ale żydowskiego. Nie żeby był jakimiś wielkim rabinem, w końcu miał austriacki tytuł szlachecki i kontakty lepsze z dworem niż kahałem. Jednak gdyby nie on, to tego całego muzeum by nie było. Nie byłoby też bielskiego dworca i jego kolejarzy.

Gdy Salomon Mayer Rotschild, frankfurcki bankier, starał się o koncesję na budowę pierwszej w cesarstwie kolei parowej, stolica miała trzysta tysięcy mieszkańców. Gdy pełni gniewu na serbskich morderców wiedeńczycy ruszali na Wielką Wojnę – ponad dwa miliony. Wielu z tych odważnych, pełnych nadziei dotarło nad Dunaj właśnie wagonami przedsiębiorstwa finansowanego przez Rotschilda. Po raz pierwszy, jeszcze niepewnie, powoli ruszyły po torach w listopadzie 1837 roku. Ale gazety już witały rewolucję pary, chwaląc K.u.K. privilegierte Kaiser Ferdinands-Nordbahn. C.K. Uprzywilejowaną Kolej Północną Cesarza Ferdynanda, rządzącego szczęśliwą Austrią epileptyka.

Trzy bilety na jeden pociąg

Wysiadając dziś z pociągu w Bohuminie, pierwszym mieście Czeskiej Republiki, nie czujemy ani kulturowej degradacji, ani awansu. Dworzec porządny, ale nie po niemiecku lśniący, budynki naprzeciwko odpowiednio zapakowane w reklamy, nawet sąsiednia ulica nosi imię Mickiewicza. Gdybyśmy przeszli dwa kilometry do Starego Bogumina, dołączyłby typowy przygraniczny bałagan – kantory, monopolowe i punkty sprzedaży winiet. Dzika pozostała jeszcze Odra, tu jeszcze wąska, skromna. Dawniej pruscy celnicy badaliby tu nasze cesarsko–królewskie wizy, teraz miniemy tabliczkę z polskim orłem.

Tu, do Oderbergu, jak nazywano wtedy miasto, Kolej Północna dotarła po dziesięciu latach budowy. Nie było w końcu tak blisko, przypomina żeliwna tabliczka na fasadzie dworca – 275,7 kilometrów do Wiednia. Ale warto było. Na przykład rodzina Larisch-Mönnich, panów pobliskiej Karwiny i Cieszyna, mogła już wygodnie wybrać się do stolicy. Albo ród Henckel von Donnersmarcków, śląskich multimilionerów. Oni co prawda nie mieszkali na Śląsku Cieszyńskim, lecz tuż obok, w pruskich Chałupkach, za rzeką. No i pewnie nie podejrzewali, że na drodze z ich pałacu na stację powstanie jedyna w mieście pizzeria. Choć coś by tam zrozumieli, bo pizzeria nazywa się Annaberg. Tak jak Chałupki za Wilhelmów.

Dostojni von und zu wsiadali więc w wozy pierwszej klasy i jechali na południe, do cesarza. Do Matki Izraela, Galicji, ciągle było jednak daleko. Ci, co im pilno, jakoś kombinowali. Fiakrem wyprawiali się do Krakowa, tam kupowali bilet na Kolej Krakowsko–Górnośląską, potem do Myslowitz, w kierunku Prus, następnie richtung Annaberg, mostem do Bohumina i już byli na miejscu. Śniadanie jedli pewnie na kolację, ale przynajmniej docierali. Na trzech biletach, trzęsło nimi przez godzin kilkanaście, ale byli. A to my narzekamy na trzydzieści osiem spółek kolejowych, co to się dogadać nie mogą.

Kraj przemysłowy, pozbawiony uroku

Za to akcjonariusze Kolei Północnej jakoś się dogadali i tory pociągnęli dalej. W grudniu 1855 roku do Dzieditz, z krótką odnogą do Bielitz, Bielska. Tam już młodzi palili się do pracy, do mundurów, podkręcali bokobrody. I pewnie przekazywali sobie najnowsze wiadomości w drodze na ewangelicko–augsburgski bielski Syjon, przy pomniku augustiańskiego reformatora. Bo śląscy kolejarze to byli w większości luterańscy Niemcy.

Na stacji w Dziedzicach też słyszano głównie niemiecki. Tu podróżni zachwycali się posadzką z grecką wstęgą falistą, zapraszali się wzajemnie do dworcowej restauracji z polichromowanymi ścianami, grzali się przy masywnych kaflowych piecach. Dziś zajrzeć można do pizzerii Pigallo (dania barowe i sałatki), wypić kawę z automatu i wstąpić do fryzjera. Trochę to wszystko zapuszczone, no ale czy dla strzyżenia damskiego za 10 złotych nie warto zaryzykować?

No właśnie, nie ma co narzekać. Ale narzekali. Ksiądz Antoni Macoszek, proboszcz tutejszy, w 1901 roku pisze: „Zwykły podróżny polski, przejeżdżając tędy ku Wiedniowi, nie bardzo korzystne odniesie wrażenie ze Śląska: będzie to dla niego kraj przemysłowy, pozbawiony uroku”. Ja to wrażenia odnoszę korzystne, drzew sporo, reklamoza w normie (czyli źle, ale nie bardzo źle), parę ulic bez samochodów się znajdzie. No i ten przemysł w sumie też dobry, że nawet nie trzeba reindustrializować.

Kiedyś w Dziedzicach była rafineria Schodnica (duma Galicyjskich Spółek Naftowych), Vacuum Oil Company (protoplasta dzisiejszego Mobila), dziś po prostu Orlen. I tak do nich ciągnęły cysterny z ropą ze wschodu i południa, z Borysławia i Tustanowic, ze Skiby Orawskiej. A potem te cysterny, już z benzyną i naftą, opuszczały Dziedzice, przypominając, że Kuwejt XIX wieku był właśnie tu, w Austro-Węgrzech. Trudno się jednak dziwić, że Przewodnik po Śląsku Cieszyńskim, ks. Macoszka, o kominach milczy, bo to przecież hałas i zapach nieznośny. Bo proboszcz był ideowy, edukował, do Śląska zachęcał. Aż go styczniowego poranka trzech znacznie mniej ideowych bandziorów zamordowało, na własnej plebanii, dla pieniędzy.

A Śląska to w tych Dziedzicach zresztą tak dużo nie ma. Trzy kilometry od stacji płynie Biała, rzeka graniczna – dalej już Galicja, nizinna, biedna. Tylko te karpie ze stawów Brzezinki i Oświęcimia dawały parę halerzy. Eksportowe oczywiście, na pruski stół, bo Biała niedaleko Dziedzic wpada do Wisły i wyznacza kolejną granicę. W samym Oświęcimiu nauczono się zresztą eksportować nie tylko karpie. Mieczysław Orłowicz: „[Oświęcim] jest głównym dworcem emigracyjnym Galicyi – a rocznie przewijają się tędy setki tysięcy galicyjskich nędzarzy, emigrujących za zarobkiem do Prus lub na stałe do Ameryki. Dla tych ostatnich kursują stąd bezpośrednie wozy IV kl. do Hamburga. Na wiosnę i w jesieni jest dworzec natłoczony emigrantami, dla których zbudowano osobne baraki”.

Sznurkowi, kiedyś odprowadzający przyjezdnych do biur hamburskiego HAPAG-u lub bremeńskiego NDL-u, mogliby się na obecnym modernistycznym dworcu pogubić. Lata 60., marmur na fasadzie, mozaika w hali głównej, neony. W każdym razie lepiej niż dawny hotel Zator, polecany w każdym przewodniku po Galicji. Dawniej neoklasycystyczny, kryty mansardowym dachem, dziś pudełkowaty, z wrakiem jednego z balkonów, pod którym wije się skorpion, patron restauracji na parterze. Ale nie bądźmy zbytnio surowi, coś z tej emigracji się uchowało. Na przykład taki kebab Tourus, obok Skorpiona. Na tureckie lahmacun i Orłowicz dałby się namówić.

Choć z drugiej strony mógł już zjeść w Trzebini, to w końcu niedaleko. Dworzec Kolei Północnej taki sam jak w innych miastach, ale ten bufet. Długi kontuar, za nim dwie panie i czterech oberów, nad nimi trzy rzędy butelek, obok nalewak piwa (może marcowe z borwaru Haberfelda w Oświęcimiu?). A wokół klienci, kolejarze, podróżni. A to wszystko w poczekalni trzeciej zaledwie klasy. Obok, w poczekalni klasy drugiej, wszystko gotowe do obiadu, choć gości ledwo paru. W witrynie czekają ciasta, stoły nakryte, w końcu już dobrze po czwartej. A przecież Orłowicz ostrzegał: „Dworzec kolejowy mały, odrapany, nie przypomina swym wyglądem, że jest to najważniejsza stacya węzłowa Galicyi i wywołuje złe wrażenie u rodaków zza kordonu”. Mnie, rodaka zza kordonu, trochę tylko smuci brak tych trzech poczekalni, zastąpionych malutkim holem o łazienkowej posadzce. Ale w końcu do Wiednia już się stąd nie jeździ, to po co zbytki. Po nie to sobie można pojechać kilkanaście kilometrów do krzeszowickiego pałacu, tam to dopiero jest. A w zasadzie to było, bo pałac jest niestety ruiną. Będzie lepiej jednak, bo Potoccy reprywatyzują, niebawem będą pewnie remontować.

Tradycje inwestowania mają przecież złote. Weźmy takiego Andrzeja Kazimierza Potockiego, z Krzeszowic właśnie, namiestnika Galicji. On to miał rękę do pieniędzy – w Trzebini postawił rafinerię, hutę, kopalnie cynku i węgla. Część ciągle działa, choć już nie pod intrygującymi nazwami w stylu Hanowerskiego Galicyjskiego Gwarectwa Naftowego. Gorzej z samym Potockim, bo tego niestety też zastrzelono, 12 kwietnia 1908 roku. „Zatelegrafować proszę do Cesarza, że byłem zawsze Jego wiernym sługą” – poprosił, a potem wyzionął ducha. Galicję wyprzedził jedynie o lat dziesięć.

Te Brody, Dąbrowy, Tarnopole i Rzeszowy

Kto by to jednak wtedy podejrzewał? Na pewno nie konduktor, który po półtoragodzinnej podróży z Trzebini wołał „Kraków”. Ledwie trzydzieści dziewięć kilometrów, a tak się wleczono. Teraz śmigamy w godzinę. No dobrze, może „śmigamy” jest nie na miejscu. Przynajmniej jednak mamy w miarę czysty dworzec krakowski, taki podziemny, nowoczesny. A wtedy galicjanie się w Nowym Kolejarzu żalili, że nigdy niemyty, że cały zniemczony, czekali na nowy. I czekali na kolejne pociągi Galicyjskiej Kolei im. Karola Ludwika. Na tych wszystkich, co sobie umyślili, że popłyną za wielką wodę, albo na tych, co to liczyli, że w stolicy los im się odwróci. Na te Brody, Dąbrowy, Tarnopole i Rzeszowy. A potem uchylali czapki i żegnali ich jadących dalej. Tym razem już z biletem K.u.K. privilegierte Kaiser Ferdinands-Nordbahn.

 

  • littlejohn

    Fajny artykuł. Z przyjemnością przeczytałem.