dwutygodnik internetowy
30.09.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Nikogo nie brak w tym więźniu

Serial „Orange is the New Black” nie ucieka się do nachalnego dydaktyzmu. Jest przede wszystkim celebracją różnorodności rodem z trzeciej fali feminizmu.

 

W Orange is the New Black brak koncentracji na jednej bohaterce sprawia, że więzienie ukazane zostaje jako bardzo skomplikowany organizm. Pod tym względem jest to serial feministyczny. Nie ucieka się do nachalnego dydaktyzmu, nie próbuje też być wielką krytyką systemu więziennego w Stanach Zjednoczonych, ani traktatem o niesprawiedliwościach społecznych. Jest przede wszystkim celebracją różnorodności rodem z trzeciej fali feminizmu.

 

O wydanym w lipcu tego roku Orange is the New Black przeczytałem przez przypadek na jakimś blogu. Jest to trzeci serial produkowany przez Netflix, największą amerykańską wypożyczalnię DVD, zajmującą się udostępnianiem filmów i seriali za pomocą Internetu. W przeciwieństwie do dwóch pierwszych, House of Cards i Arrested Development”, Orange nie miał zbyt wielkiej kampanii reklamowej ani dużego budżetu. Mimo tego popularnością przebił obydwie pozycje, a stało się to głównie dzięki dobrym recenzjom na blogach i wirusowym efekcie na portalach społecznościowych. Nie wszyscy wierzą, że w dzisiejszych czasach krytyka może mieć wpływ na sukces sztuki. Okazuje się, że może i ma.

 

Orange is the New Black jest luźną adaptacją wspomnieniowej książki Piper Kerman, opublikowanych pod tym samym tytułem w 2010 roku. Produkcją serialu zajęła się Jenji Kohan, twórczyni serialu – czarnej komedii Weeds. Akcja Orange rozgrywa się w żeńskim więzieniu. Główna bohaterka, Piper Chapman (grana przez Taylor Schilling) trafia tam za młodzieńczy wyskok, kiedy to pomogła swojej pracującej dla kartelu kochance w przemycie narkotyków. Po kilkunastu latach Chapman ułożyła sobie spokojne życie, zaręczyła się. Jednak członkowie kartelu zostają złapani i w zeznaniach pojawia się jej nazwisko. Zamiast się procesować postanawia przyznać się i odsiedzieć 15 miesięcy w żeńskim więzieniu.

 

Punkt wyjścia Orange jest bardzo podobny do innego więziennego serialu sprzed lat – Prison Break. Do zakładu karnego trafiała biały, wyedukowany przedstawiciel klasy średniej, co samo w sobie stanowi rzadkość. Umieszczenie wśród przedstawicieli społecznych nizin czyni bohatera wyjątkowym. Według liberalno-popkulturowych konwencji staje się on figurą mesjańską, jedynym, który może ocalić swych towarzyszy. Wydawać by się mogło, że Chapman w Orange też przyjmuje taką rolę. Podobnie jak bohater Prison Break, nie wpasowuje się w ścisłą, opartą głównie na rasizmie i podziale klasowym, hierarchię współtowarzyszek. Jednak twórcom Orange udaje się zręcznie podważyć te tropy narracyjne. Kiedy Chapman prosi o przydział do pracy w przywięziennej szkole, gdyż uważa, że tam mogłaby pomagać innym, trafia do warsztatu i jest zmuszona do naprawiania urządzeń elektrycznych. Porażką też kończy się jej próba pomocy w poprawianiu listów apelacyjnych pisanych przez uwięzione kobiety.

 

Główna fabuła serialu opiera się właśnie na tego typu dynamice, na konfliktach między codziennym życiem w więzieniu a wyobrażeniach i działaniach głównej bohaterki. To nie znaczy, że Chapman jest co chwilę upokarzana. To by było zbyt nudne i za proste. Fabuła Orange zręcznie balansuje między zwycięstwami oraz mniejszymi i większymi porażkami. Nie udaje się złapać chodzącej na wybiegu kury (która w świecie więzienia urasta do istoty niemal boskiej). Udaje się za to uzyskać pozwolenie na uprawianie joggingu. Itp.

 

Przy takiej konstrukcji fabularnej trudno produkcję Netflix zaklasyfikować gatunkowo. W założeniu ma to być komedia, jednak nie ma tam nagromadzenia typowo sitcomowych żartów. Humor Orange opiera się na absurdach więziennego życia, nie dominuje jednak wymowy całości. Twórcy wiedzieli kiedy należy zmienić ton i w jaki sposób przekazać autentyczne problemy i dramatyczne historie. Perypetie Chapman są główną, ale nie najważniejszą osią fabularną, w każdym odcinku poznajemy bowiem historię innej uwięzionej. Mamy tu do czynienia raczej z fragmentarycznymi scenkami pozwalającymi zrozumieć pewne aspekty charakteru danej postaci, ale nie dającymi prostych rozwiązań i uproszczonych rysów psychologicznych. To rozdrobnienie i dbałość o zarysowanie wszystkich planów sprawia, że oglądając ten serial ma się wrażenie, że wszystkie bohaterki i bohaterowie Orange są kompletni, posiadają własne cechy i motywacje.

 

Taki brak koncentracji na jednej bohaterce sprawia, że więzienie ukazane zostaje jako bardzo skomplikowany organizm. Najważniejsza wartość Orange is the New Black polega właśnie na próbie oddania wielowymiarowego charakteru rzeczywistości i kreślenia skrajnie indywidualnych historii bohaterów. Pod tym względem jest to serial feministyczny. Nie ucieka się do nachalnego dydaktyzmu, nie próbuje też być wielką krytyką systemu więziennego w Stanach Zjednoczonych, ani traktatem o niesprawiedliwościach społecznych. Wątki te oczywiście porusza, ale jest przede wszystkim celebracją różnorodności rodem z trzeciej fali feminizmu.