dwutygodnik internetowy
16.01.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

(Nie)rzeczywistość przenicowana – o „Centurii” Giorgio Manganellego

Arcydzieło włoskiego pisarza i krytyka jest atlasem świata zrujnowanego i zamkniętego na jakąkolwiek zbawczą interwencję, bez względu na to, czy mowa o interwencji słowa, pamięci czy Boga.

materiały prasowe

materiały prasowe

Silnie ekscentryczny, naznaczony indywidualnym, prekursorskim podejściem projekt literacki Giorgio Manganellego należy do najciekawszych w dwudziestowiecznej literaturze włoskiej, wcale przecież nieubogiej w dzieła awangardowe i wizjonerskie, tak jak chociażby dobrze znane w Polsce wspaniałe powieści Carlo Emilio Gaddy czy Italo Calvino. Dobrze zatem, że wreszcie mamy możliwość zapoznania się z propozycją Manganellego za pośrednictwem chyba kluczowej jego książki, czyli „Centurii”, wydanej przez PIW w świetnym tłumaczeniu Haliny Kralowej. Sto zawartych w niej króciutkich tekstów określonych w drugiej części tytułu paradoksalnym mianem krótkich powieści rzek składa się na mozaikowe arcydzieło, mające w sobie zarówno coś ze współczesnej aktualizacji barokowego konceptyzmu, jak i postmodernistycznej gry z fikcjonalnością.

Na początek należy powiedzieć jedno – utwory Manganellego nasycone są czystą niemożliwością. Precyzyjnie konstruowany przez autora świat wydaje się z początku bardzo podobny do świata rzeczywistego, ale za sprawą niekiedy bardzo drobnego przesunięcia staje się nagle niesłychanie od niego odległy. Jedno zdanie, czasem nawet słowo, uświadamia czytelnikowi/czytelniczce, że ma do czynienia z dziwnym literackim kłamstwem, które w perfidny sposób podszywa się pod bezpieczną prawdę realistycznej narracji. Można powiedzieć, że Manganelli z elegancją uruchamia pewną tekstową machinę – lubi korzystać z formy przypowieści, obrazka, nawet czegoś w typie zagadki logicznej – by następnie metodycznie ją rozmontować i ośmieszyć, uwidaczniając rusztowanie tekstu. Łamigłówkom brakuje potrzebnych szczegółów, a parabole rozpadają się z hukiem. Podobnie bezlitośnie pisarz obchodzi się z rozmaitymi kulturowymi motywami i kodami – notorycznie ujawnia ich tekstualną umowność, przez co stają się one bezskuteczne jako składniki narracji.

Być może uzasadnione będzie w tym kontekście określenie „Centurii” mianem ironicznego, ciemnego rewersu „Morfologii bajki” Władimira Proppa. Manganelli znęca się bowiem nad narracyjnymi konwencjami na różne sposoby: ścigany stwierdza zatem, że żaden ścigający nie istnieje, a rycerz, który zabija smoka, orientuje się, że właśnie zlikwidował jedyną przyczynę istnienia świata. Najsilniejszą kompilację tego typu zabiegów stanowi nieco odstające od reszty opowiadanie dziewięćdziesiąte piąte, w którym Specjalista od Rzeczy Nieistniejących „napotyka jedną Chimerę, jednego Feniksa i jednego dwugłowego węża na rowerze”, co skłania go do przypuszczenia, że „Świat jest Rzeczą Nieistniejącą”.
To właśnie nieistnienie, nicość, pustka stanowią faktyczny rdzeń konstruowanej przez Manganellego papierowej (nie)rzeczywistości. Jeden z bohaterów odkrywa w swoim mieszkaniu „strefę nieobecności”, która jednocześnie, jak twierdzi, pozwala mu w ogóle istnieć; w innym tekście mieszkańcy pogrążającego się w chaosie miasteczka nawiedzeni są przez przekonanie, że nie powinni czekać na koniec świata, ponieważ to oni sami są końcem. Brak sensu jest tutaj czymś tak stałym i przewidywalnym, że wręcz zawiesza się potrzebę nadziei, która i tak nie jest możliwa.

Książka Manganellego jest w tej mierze nadzwyczaj niepokojąca, jako że stanowi swoisty atlas świata zrujnowanego i zamkniętego na jakiekolwiek zbawcze interwencje – słowa, pamięci czy Boga.
To reprezentacja najbardziej posępnej wersji szeroko rozumianego postmodernizmu, który głośno obwieszcza krach wszelkich spójnych systemów symbolicznych. Z tej perspektywy „Centurii” jest zresztą zaskakująco blisko do najwspanialszej ze wszystkich historii o klęsce struktur rzeczywistości, czyli „Kosmosu” Witolda Gombrowicza. Zaskakująca wydaje się stąd zamieszczona na czwartej stronie okładki polskiego wydania książki Manganellego uwaga o tym, że opisane w niej sytuacje stanowią ponoć „przejrzystą metaforę ludzkiego niepokoju i wyobcowania”. Na pewno nie można tu mówić o metaforze, słowo „przejrzysty” także wydaje się nie na miejscu. Ten świat utkany jest z alegorii, ale alegorii pustych, okradzionych ze znaczenia, skompromitowanych. Dowód na słuszność takiej tezy autor z chirurgiczną precyzją przeprowadza w opowiadaniu osiemdziesiątym czwartym, w którym bohater gorączkowo usiłuje przydzielić członkom swojej rodziny alegoryczne role, by zorientować się w końcu, że on sam jest ostateczną „Alegorią Niezdolności zrozumienia Alegorii”.

Manganellemu nie wystarcza prosta wywrotka znaczeń i jednorazowe stwierdzenie, że nicość i bezsens stanowią podszewkę świata. Zależy mu bowiem na uwidocznieniu wszelkich trybów ich, ogromnie przecież znaczącego, oddziaływania – w szczególności zaś ich ważkiego wpływu na wymiary czasu i przestrzeni. Bohaterowie ze śmiertelną powagą umawiają się ze sobą na wczoraj albo starają się zatrzymać czas za pomocą umiejscowionego na głowie „guzika czasu”, zajmują się także wyznaczaniem centrum wszechświata w swoim ciele, czasem zaś okazuje się, że „ulica, wiadomo, złożona jest zawsze z kwadransów”. Może jednak najbardziej przerażająca związana z tym aspektem sytuacja ma miejsce w tekście sześćdziesiątym dziewiątym, w którym pewien astrolog oblicza, że spotkanie z przeznaczoną mu kobietą może się odbyć wyłącznie dwadzieścia dni po jego śmierci. W tym świecie nie można nigdy być pewnym, że wie się, na jakich czasoprzestrzennych zasadach się funkcjonuje, ponieważ w pewnym sensie występują tu tylko nieustanne wyjątki od słabej reguły. Bohaterowie każdorazowo ponoszą porażkę, kiedy starają się jakoś tę czasoprzestrzeń uporządkować, by znaleźć w niej miejsce dla siebie.

U Manganellego pewne jest tylko to, że nic nie jest pewne, przez co także czytelnik/czytelniczka nigdy nie jest w stanie przewidzieć, co znajdzie się w kolejnym zdaniu i kiedy kunsztowna, precyzyjnie konstruowana budowla runie w gruzach. Jest w tych postmodernistycznych ćwiczeniach z demontażu coś głęboko niepokojącego i ryzykownego, co sprawia, że „Centuria” to nie tylko metaliteracka gra kodami i konwencjami, ale także fenomenalne studium bez-nadziei.

***
Giorgio Manganelli, „Centuria. Sto krótkich powieści rzek”, przełożyła Halina Kralowa, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2016.