dwutygodnik internetowy
16.07.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Nierówności dochodowe w Polsce jak w Chinach

Myliliśmy się, myśląc, że Polska nie ma problemu z nierównościami. Jest dużo gorzej, niż nam się wydawało – wynika z przełomowych badań, których współtwórcą jest polski naukowiec.

Ilustr.: Mateusz Różalski

ilustr.: Mateusz Różalski

Nierówności dochodowe w Polsce są dużo większe, niż dotąd sądzono. A na transformacji w naszym kraju najmocniej zyskali najbogatsi – takie wnioski płyną z badań polskiego naukowca Pawła Bukowskiego z Centre for Economic Performance, London School of Economics oraz Chorwata Filipa Novokmeta z Paris School of Economics.

Byliśmy w błędzie

Dlaczego te badania są przełomowe? Okazało się, że nierówności dochodowe w Polsce są mocno niedoszacowane, a powszechne myślenie, że „u nas nie ma tego problemu”, jest po prostu nieprawdziwe. Jak to możliwe, że tak długo tkwiliśmy w błędzie? Wszystko za sprawą niezbyt precyzyjnych danych, z których przez lata wyciągano wnioski dotyczące nierówności. Dotąd badania opierały się na sondażach na próbie losowej – ankieterzy pukali do wylosowanych gospodarstw domowych i pytali, ile zarabia dana osoba. Problem w tym, że bogaci albo nie otwierali im drzwi (bo nie musieli), albo zaniżali swoje dochody (bo nie groziły przecież żadne konsekwencje). Z drugiej strony nieoszacowany był też dochód najbiedniejszych, bo do nich również trudno dotrzeć.

– Problemem było też to, że próba była losowa. A przez losowanie trudno trafić na przykład do rodzeństwa Kulczyków. Dlatego w naszej metodzie wykorzystaliśmy dane podatkowe. Ma to taką zaletę, że każdy musi złożyć zeznanie PIT i zazwyczaj są one prawdziwe, bo tego wymaga prawo. Łącząc dwa źródła danych, czyli wyniki sondaży i dane podatkowe, uzyskaliśmy bardziej dokładny i bliższy prawdy obraz – wyjaśnia dr Paweł Bukowski i dodaje, że zeznania podatkowe w mierzeniu poziomu nierówności (ale tylko dla województwa dolnośląskiego) wykorzystał też kilka lat temu dr. hab. Marek Kośny z Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu. Efekty? Nierówności dużo wyższe, niż wcześniej myślano.

Naukowiec z Wrocławia ustalił, że w 2010 roku według badań budżetów GUS udział dochodów 10 procent najlepiej zarabiających podatników w całkowitym dochodzie podatników stanowił około 27 procent. Tymczasem z zeznań podatkowych wynikało, że udział ten to aż około 40 procent. Tym tropem poszli Bukowski oraz Novokmet, którzy w serii artykułów dotyczących nierówności w Polsce wykorzystali dane o dochodach przed opodatkowaniem z zeznań podatkowych. Efekt ich pracy to ogólny obraz nierówności w naszym kraju w latach 1892–2015 i bardziej szczegółowy, analizujący cały rozkład dochodu od roku 1983.

Co ustalili naukowcy? Przede wszystkim to, że rozwarstwienie ekonomiczne w Polsce, szczególnie w okresie transformacji ustrojowej, rosło gwałtowniej i szybciej, niż dotąd sądzono. Według współczynnika Giniego, który przyjmuje wartości z przedziału od 0 do 1 (im wyższa wartość, tym bardziej nierównomierny rozkład i większe nierówności), tworzonego w oparciu o niepoprawione dane sondażowe w 1989 roku, nierówności wynosiły około 0,26 i rosły do 1995 roku, osiągając poziom 0,33. W kolejnych latach ich poziom ustabilizował się i nie przekraczał 0,34. Ten wynik stawiał nasz kraj w roli średniaka na tle państw członkowskich Unii Europejskiej. Dlatego nikt nie bił na alarm z tego powodu. Jednak z badania Bukowskiego i Novokmeta płyną już alarmujące wnioski. Wynika z nich bowiem, że w 1995 roku nierówności wynosiły niemal 0,40, a w kolejnych latach nie ustabilizowały się, lecz stopniowo rosły, osiągając w ostatnim roku badania poziom niemal 0,45.

Ustalenia Bukowskiego oraz Novokmeta potwierdził raport organizacji Oxfam, który uwzględnia dane dotyczące osób najbogatszych. Pokazuje on, że nierówności w Polsce w latach 2012–2014 były o kilkadziesiąt procent wyższe, niż pokazywał to współczynnik Giniego. Według Oxfamu nierówności w naszym kraju są wyższe niż w Rosji czy Grecji.

Zdaniem dr hab. Michała Brzezińskiego z Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego nowe badania pokazują, że nierówności w Polsce są duże, a nie średnie, jak wcześniej myśleliśmy.

– Ten poziom nierówności stawia nas w jednym szeregu z Chinami i Wielką Brytanią, gdzie nierówności są wysokie. Okazało się, że badania robione na podstawie danych sondażowych plasujących nasz kraj w średniej unijnej są mylące. Na ich podstawie uważano, że nie mamy problemu z nierównościami, ale teraz dzięki badaniom Bukowskiego i Novokmeta wiemy, że prawdziwy obraz jest inny – mówi Michał Brzeziński.

Co jeszcze?

Bukowski oraz Novokmet zajęli się również udziałem dochodu osób najlepiej zarabiających w całkowitym dochodzie społeczeństwa. Wcześniej wskaźniki dotyczące grupy 10 procent najlepiej zarabiających oparte na danych sondażowych znów nie budziły wielkich obaw. Według nich udział tej grupy w dochodzie w okresie transformacji, czyli w latach 1989–1995, zwiększył się z około 22 procent do 26 procent. Jednak nowe badania pokazują, że wspomniana wyżej grupa społeczna w okresie transformacji gwałtownie się wzbogaciła. Ich udział w dochodzie narodowym zwiększył się z około 23 procent w 1989 roku do około 34 procent w 1995 i nie ustabilizował się – jak pokazywały dane sondażowe – ale niemal nieprzerwanie rósł, osiągając w 2015 roku poziom niemal 40 procent.

Podobne wnioski płyną z badania dla 1 procentu najlepiej zarabiających. Według danych sondażowych w 1989 roku ich udział w dochodzie społeczeństwa wynosił niecałe 5 procent i do 1995 roku wzrósł zaledwie do 6 procent, a następnie utrzymywał się na niezmienionym poziomie. Natomiast według badań Bukowskiego i Novokmeta wskaźnik ten z 6 procent w 1989 roku zwiększył się gwałtownie do 11 procent w 1995 roku, aby w 2015 roku osiągnąć około 13 procent dochodu narodowego.

– Oznacza to, że na wzroście gospodarczym najbardziej zyskali najbogatsi – mówi Bukowski, dodając, że najłatwiej przedstawić to na przykładzie rosnącego ciastka. – Przez lata tort stawał się coraz większy, ale i bogatsi zagarniali coraz większą jego część. W świetle tych wyników Polska jest w europejskiej czołówce pod względem nierówności ekonomicznych.

Michał Brzeziński zwraca uwagę na przebadaną przez Bukowskiego i Novokmeta skumulowaną stopę wzrostu dochodu społeczeństwa: – Dochody większości społeczeństwa, czyli około 90 procent, zwiększyły się w okresie od 1989 do 2015 roku o mniej więcej 25–50 procent. Natomiast najbogatsze 5 procent zyskało około 150–250 procent. Oznacza to, że ci superbogaci zyskali na przemianach wyraźnie więcej niż reszta społeczeństwa. Wszyscy wygrali na transformacji, ale nie wszyscy po równo.

Co to oznacza?

Badania Bukowskiego i Novokmeta pokazują, że problem nierówności dotyczy także Polski. Dlaczego problem? Bo sytuacja, w której przepaść pomiędzy superbogatymi a resztą społeczeństwa rośnie, zagraża naszej przyszłości. Na świecie od czasów kryzysu finansowego o rosnących nierównościach mówi się coraz częściej. Na związane z nimi niebezpieczeństwa zwracają uwagę lewicowi politycy i filozofowie, do których dołączają też kolejni ekonomiści. Wśród nich jest chociażby profesor Uniwersytetu Columbia, Joseph E. Stiglitz, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii. Stiglitz, który był między innymi wiceprezesem Banku Światowego, w swojej książce „Cena nierówności” opisał, jak obecne podziały społeczne zagrażają naszej przyszłości. Noblista uważa, że najzamożniejsi dzięki zgromadzonemu majątkowi (tym razem zwracamy uwagę na nierówności majątkowe), wykorzystując luki w prawie, braki w nadzorze czy monopolistyczną przewagę, mają ogromny wpływ na decyzje podejmowane przez polityków. Dzięki zgromadzonemu kapitałowi finansują kampanie wyborcze, a następie zarabiają krocie na rządowych zleceniach. Stiglitz pokazuje też, jak potężne korporacje i zarządzający nimi miliarderzy gonią za coraz większym zyskiem, co nie tylko szkodzi społeczeństwu, ale uderza też we wzrost gospodarczy.

Dlaczego gospodarka zwalnia, gdy poziom nierówności jest wysoki? Na to składa się kilka przyczyn. Pierwsza to sytuacja, w której bogaci stają się coraz bogatsi, a skumulowane przez nich środki są już tak duże, że nie są oni w stanie ich wydać. W końcu ile można mieć luksusowych jachtów czy rezydencji? Jeśli więc pieniądze nie są konsumowane, a zamiast tego leżakują w bankach, to nie pobudzają koniunktury, nie tworzą nowych miejsc pracy i w efekcie nie pobudzają rozwoju gospodarki.

Druga przyczyna to brak konsumpcji, ale po drugiej stronie przepaści. Z wspomnianego już raportu Oxfam wynika, że w minionym roku połowa ludzkości, czyli ponad 3,7 miliarda osób, w ogóle się nie wzbogaciła. W tym czasie 82 procent wygenerowanego bogactwa trafiło do 1 procentu najlepiej zarabiających. Zatem najbiedniejsi nie wydają, bo nie mają czego (kapitał mają najbogatsi), a gospodarka znowu nie jest pobudzana.

Trzecia przyczyna to nieaktywne wykorzystywanie dziedziczonych fortun. Dzieci i wnuki najbogatszych otrzymują w spadkach ogromne majątki, ale nie zawsze w genach dostają też talent do biznesu. W efekcie bajońskie sumy i warte miliardy aktywa są zarządzane nie przez najzdolniejszych, lecz tych, którzy po prostu mieli szczęście i urodzili się w bogatej rodzinie. Legendarny inwestor Warren Buffett takie osoby nazywa członkami „Lucky Sperm Club” (z ang. „klubu szczęśliwego nasienia”). Mają one ogromne pieniądze, bo ich rodzice lub dziadkowie zbili fortunę, jednak sami nie potrafią tego majątku pomnażać. Pieniądze zatem nie pracują tak efektywnie, jak by mogły, co szkodzi gospodarce.

I to szkodzi podwójnie, bo jednocześnie na drugim biegunie są zdolne osoby, które nie mają dostępu do kapitału. Mogłyby one wykorzystać swój talent, pomysły oraz wyjątkowe umiejętności i przyczynić się do rozwoju gospodarczego, być może nawet zbić fortunę, ale uderzają w sufit, nie mogąc rozwinąć skrzydeł ze względu na brak możliwości rozwoju i ograniczoną mobilność społeczną już na starcie.

Skapywanie nie działa

Gospodarczy liberałowie, słysząc powyższe argumenty, natychmiast sięgną po kontrargument w postaci tak zwanej teorii skapywania. Według niej bogatsi mogą być coraz bogatsi (i nie należy im w tym przeszkadzać, na przykład nakładając na nich wysokie podatki), bo wraz ze wzrostem ich majątku polepsza się sytuacja reszty społeczeństwa. Ich przelewający się dobrobyt skapuje niżej.

Problem w tym, że w praktyce ta teoria nie działa. Niedawno przyznali to nawet zwykle liberalni analitycy Międzynarodowego Funduszu Walutowego, którzy także uważają, że rosnące nierówności szkodzą gospodarce. W jednym ze swoich raportów radzili nawet rządom państw, aby dbały o poprawienie sytuacji najuboższej części społeczeństwa, bo to może pomóc zakopać przepaść między najbogatszą elitą a uboższą resztą.

Skutki nierówności badali również brytyjscy naukowcy Richard Wilkinson i Kate Pickett. W książce „Duch równości” udowadniają, że zjawisko jest groźne dla wszystkich wymiarów życia społecznego. W społeczeństwach, w których panuje większa równość, ludzie żyją dłużej, rzadziej cierpią na otyłość, zaburzenia psychiczne czy choroby układu krążenia i są bardziej zadowoleni z życia. Mieszkańcy tych krajów mogą również liczyć na wyższy poziom edukacji i wzajemnego zaufania, a także bardziej angażują się w sprawy społeczne. Wysokie nierówności sprawiają też, że społeczeństwo jest mniej spójne, co prowadzi do wewnętrznych konfliktów i może być polityczną beczką prochu. Dlaczego? Bo nierówności wpływają na nastroje polityczne i potencjalnie mogą wynieść do władzy populistów.

Bogaci mają wpływ

Jednak zdaniem Pawła Bukowskiego nierówności mogą mieć dobre strony, na przykład motywować ludzi do większego wysiłku czy sprawiać, że więcej ludzi zechce uzyskać wyższe wykształcenie, co przekłada się na produktywność kraju i wzrost gospodarczy.

– Ale kiedy nierówności są wysokie, tak jak u nas, mogą prowadzić do powstania „społeczeństwa rentierów”, w którym o bogactwie będzie decydować urodzenie, a nie umiejętności czy przedsiębiorczość. Gdy sukces dzieci zależy od sukcesu rodziców, wysokie nierówności mogą spowodować, że „Skłodowska” z biednej rodziny nie będzie miała szans na realizację swojego geniuszu – mówi Bukowski. Wyjaśnia też, że wysokie nierówności rodzą ryzyko, iż osoby najbogatsze będą miały polityczny wpływ na gospodarkę i będą skutecznie lobbować, aby ustanawiane prawo było dla nich korzystne, co sprawi, że staną się jeszcze bogatsze – wspierając tym samym przytaczane wyżej tezy Stiglizta.

Zdaniem Michała Brzezińskiego taki polityczny wpływ osoby najbogatsze mają także w Polsce: – Było to widać na przykładzie propozycji rządu PiS, który dużo mówi o redystrybucji, ale i tak nie był w stanie wprowadzić jednolitego podatku zwiększającego obciążenia podatkowe dla klasy średniej i wyższej. Pomysł odrzucono, bo protestowały silne grupy interesu, czyli między innymi przedsiębiorcy, ludzie biznesu, menedżerowie wysokiego szczebla, w których uderzyłyby takie zmiany – mówi Brzeziński i dodaje, że redukcja nierówności poprzez podnoszenie podatków w Polsce jest nierealna. – To paradoks, bo duża część społeczeństwa w badaniach deklaruje poparcie dla redystrybucji, ale jednocześnie nie zgadza się na podnoszenie podatków, a bez tego w dłuższej perspektywie nie da się realizować transferów socjalnych, jak choćby program 500+, dzięki któremu nierówności na pewno zmalały.

Co można zrobić?

Zdaniem Michała Brzezińskiego większe obciążenia podatkowe dla najbogatszych, czyli na przykład osób zarabiających setki tysięcy złotych miesięcznie, niemal mechanicznie i w krótkim czasie doprowadziłyby do zmniejszenia nierówności dochodowych. Naukowiec podkreśla jednak, że mogłoby to spowodować sytuację, w której jeszcze więcej osób zakładałoby własną działalność i rozliczało się przez tak zwany podatek liniowy, który pozwala płacić mniejsze podatki dochodowe. – Dlatego reforma podatkowa musiałaby być kompleksowa i eliminować wszystkie podobne możliwości optymalizacji podatkowej – wyjaśnia Brzeziński.

Paweł Bukowski dodaje, że obecny system podatkowy w Polsce w dużym stopniu faworyzuje osoby najbogatsze. – Zmiana tego sytemu zmniejszyłaby negatywne skutki nierówności w Polsce. Trzeba jednak pamiętać o tym, że osoby najbogatsze są dużo bardziej mobilne. Jeśli uznają, że są zbyt obciążone, to istnieje ryzyko, że przeniosą swoje dochody do innych państw – przestrzega Bukowski.

Niemożliwe?

A to właśnie progresja podatkowa, czyli system, w którym najbogatsi oddają w podatkach większą część swojego dochodu, jest jedną z recept na zasypanie przepaści między najbogatszymi a resztą społeczeństwa, jakie zaproponował Anthony Atkinson. Zmarły ponad półtora roku temu mentor Thomasa Piketty’ego w książce „Nierówności. Co da się zrobić?” przedstawił 15 propozycji, które mogłyby pomóc w walce z nierównościami.

Jego zdaniem należy przywrócić bardziej progresywną strukturę stawek PIT, z krańcowymi stawkami podatku rosnącymi do górnej stawki 65 procent. Widząc taką stawkę, wielu z pewnością złapie się za głowę, zwłaszcza że dziś najwyższa stawka podatkowa w Polsce wynosi 32 procent. Trzeba jednak pamiętać, że górną stawkę podatku zapłaciliby tylko najbogatsi i to nie od całego dochodu, ale od zarobków przekraczających na przykład milion złotych rocznie. Oznacza to, że większość społeczeństwa de facto płaciłaby mniejszą daninę, a większą – tylko najzamożniejsza elita. Tym, dla których podniesienie podatków dla najbogatszych wydaje się niemożliwe, trzeba przypomnieć, że jeszcze do czasów prezydentury Richarda Nixona najwięcej zarabiający Amerykanie płacili podatki z górną stawką przekraczającą 90 procent, choć dziś trudno w to uwierzyć. Może więc proponowane przez Atkinsona 65 procent nie byłoby takie straszne.

Kolejna propozycja to wprowadzenie spadku powszechnego. Ten nowatorski pomysł Atkinsona polega na tym, aby każdy po osiągnięciu pewnego wieku (na przykład pełnoletności) dostawał od państwa pewnego rodzaju starter na początek dorosłego życia. Taka dotacja zdaniem autora zrównoważy mechanizm kumulacji kapitału drogą dziedziczenia. Inny pomysł to nowa polityka płacowa, która składałaby się z ustawy o płacy minimalnej zapewniającej godziwe wynagrodzenia, oraz kodeks dobrych praktyk dla płac wyższych, aby nie dochodziło do coraz częstszej obecnie sytuacji, w której prezes firmy zarabia setki razy więcej niż zwykli pracownicy.

Zdaniem Atkinsona rządy powinny również rozważyć wprowadzenie dochodu podstawowego na poziomie narodowym, który uzupełniałby istniejący system socjalny. Uniwersalny dochód podstawowy (po angielsku UBI, Universal Basic Income) to wypłacana wszystkim obywatelom bez wyjątku comiesięczna pensja. Kilka miesięcy temu pozytywnie o takim rozwiązaniu wypowiedzieli się nawet ekonomiści z brytyjskiego Instytutu im. Adama Smitha, którzy zajmują się promowaniem idei wolnego rynku i neoliberalizmu.

Wydaje się jednak, że nas nad Wisłą czeka długa dyskusja, bo dla polskiego Centrum im. Adama Smitha ten sam pomysł uniwersalnego dochodu podstawowego jest nie receptą na największe bolączki ludzkości, jak uważają Brytyjczycy, a raczej „socjalizmem” i „ciemnotą umysłową”.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Efektywny altruizm, nieefektywny kapitalizm

Skąd się biorą ekonomiści?

Janyst: Ekonomia od nowa

 

  • Krzysiek Orzechowfski

    Ciekawe, szkoda tylko, że nie przytoczono danych co znaczy w Polsce bogaty, a co biedny.