dwutygodnik internetowy
26.01.2015
magazyn papierowy


Nieprzytulalne

Ostatnio widziałam, jak jakiś tata w parku wziął na kolana dziewczynkę, żeby wyjąć jej kamyczek z sandałka. To było dla mnie takie wzruszające. Pomyślałam, że ja tego nigdy dla Hani nie zrobię.

ilustr.: Olga Micińska

ilustr.: Olga Micińska

Z Katarzyną Doboszyńską-Markiewicz i Kamilem Markiewiczem rozmawia Ignacy Dudkiewicz. Wywiad pochodzi z 26. numeru Kwartalnika “Kontakt” pt. “Zielone pojęcie”

Kiedy Hania zmarła?

Katarzyna Doboszyńska-Markiewicz: Pięć lat temu. Umarła nagle, we śnie, kiedy miała siedem miesięcy. Znaleźliśmy ją martwą w kołysce.

Śmierć łóżeczkowa?
K.D.-M.: Nie. Hania urodziła się z rozszczepem podniebienia. To wada genetyczna, która zdarza się często i której dzisiejsza medycyna jest w stanie szybko zaradzić. Hania umarła na trzeci dzień po rutynowej, kosmetycznej ponoć operacji.

Co poszło nie tak?
Kamil Markiewicz: Sama operacja była przeprowadzona profesjonalnie. Wszystko sprowadzało się do niedostatku opieki i informacji, do obojętności wobec tego, co się dzieje z pacjentem potem. Przekonywano nas, że nie należy się spodziewać komplikacji. Nie byliśmy na nie przygotowani. Hania była osłabiona, ale sądziliśmy, że to chwilowy stan.

Co było przyczyną śmierci?
K.D.-M.: Zachłyśnięcie się pokarmem. W protokole z sekcji napisano, że doszło do czasowej zbieżności zdarzeń. Operacja zbiegła się w czasie z osłabieniem organizmu, czego skutkiem było zachłyśnięcie.

Macie do kogoś żal?
K.D.-M.: Teraz już do nikogo.
K.M.: Obojętność lekarzy była bolesna. Pewien żal wciąż w sobie noszę. Ale dokonałem w swoim sumieniu aktu przebaczenia lekarzowi prowadzącemu Hanię. Snu z oczu mi ten człowiek nie spędza.

ilustr.: Olga Micińska

ilustr.: Olga Micińska

 

***

Pytacie jeszcze: dlaczego?
K.D.-M.: Na to pytanie można odpowiadać bez końca. Chce się za wszelką cenę znaleźć racjonalne wytłumaczenie śmierci swojego dziecka. Bo może gdybyśmy to wytłumaczenie znaleźli, bylibyśmy spokojniejsi? Wszystko w tym świecie, który się rozpadł, znowu by się poukładało? Człowiek próbuje to objąć rozumem, ale rozum dochodzi do ściany. W pewnym momencie zauważyliśmy, że trzeba to pytanie odsunąć.

Bóg tak chciał?
K.M.: Są wciąż osoby, które tak myślą i mówią. Bóg zabrał ci dziecko, bo wiedział lepiej. Kiedyś się dowiesz. Bóg chciał je ocalić przed jeszcze większym cierpieniem. Albo Bóg chciał ci coś pokazać. Nie widział innego rozwiązania. Wariantów jest wiele.
K.D.-M.: Bardzo mnie bolało już samo słowo „zabrał”. Bóg nie „zabrał” mojej Hanulki. Wierzę, że kiedy umarła, On „przejął” jej duszyczkę. Tak delikatnie, żeby nie zdążyła się nawet przestraszyć. Zrobił to z największą delikatnością, taką, jaką tylko On jest w stanie dziecko otoczyć. Lubię myśleć o tej delikatności Boga wobec naszych dzieci, o tym, że tak naprawdę Jemu jeszcze bardziej od nas zależało, żeby nie cierpiały w momencie śmierci. Śmierci, której na pewno nie chciał.
K.M.: Nie można mówić o czyjejkolwiek śmierci, że Bóg jej chciał, że chciał coś za jej pomocą osiągnąć. Najgorsze jest to, że na siłę szuka się wytłumaczenia tam, gdzie nie jesteśmy w stanie go znaleźć.

Dotyczy to zwłaszcza księży?
K.M.: Reakcje księży to temat rzeka. Często ich słowa zamiast pocieszyć przynoszą odwrotny skutek. Trudno mówić o śmierci w ogóle, o śmierci dziecka jeszcze trudniej. I nawet duchowni, którzy mają duże doświadczenie duszpasterskie, też ciągle się tego uczą. A gdyby ksiądz powiedział chociażby: „wydaje mi się, że może to czemuś służyło, ale przecież nie jestem Bogiem i tego nie wiem. Ale wiem, że Bóg jest dobry”, to byłoby to dla mnie uczciwe postawienie sprawy. Ale księża niestety często aspirują do posiadania wyższej wiedzy. Mówienie, że śmierć twojego dziecka była w pewnym sensie pożądana, sprzyja kształtowaniu negatywnego obrazu Boga.

A jednak człowiek chciałby widzieć w tym jakąś celowość.
K.M.: Gdyby człowiek widział w tych wszystkich okropnościach świata jakiś Boży plan, to chyba musiałby zwątpić. Do mnie bardziej przemawia myśl, że Bóg płacze w takich chwilach. To dla mnie bardziej kojąca wizja niż obraz wszechmocnego Boga, który ustawia sobie wszystko na szachownicy i zbija pionki.

Kolejny slogan: Bóg wyprowadzi z tego jakieś dobro.
K.M.: To akurat bywa sensowne. Wierzę, że tak może być.
K.D.-M.: Może, ale nie musi.

A w waszym wypadku?
K.M.: Nie wiem. To doświadczenie na pewno otworzyło nam oczy na różne sprawy. Na ogół nie okazuję uczuć i kiedyś z trudem przychodziło mi spotkanie z człowiekiem w żałobie. Teraz nie mam oporów, żeby objąć taką osobę, powiedzieć coś od serca…
K.D.-M.: Śmierć dziecka jest czymś złym. To, co nas spotkało, obiektywnie jest złem. A zło ma tendencję do pociągania za sobą kolejnego zła. Można zacząć się wzajemnie obwiniać. Inne dzieci mogą zostać zaniedbane, bo tylko to jedno się liczy. Od nas zależy, czy temu złu postawimy szlaban. Czy pozwolimy Bogu zadziałać tak, żeby coś dobrego z tego wyszło. Bóg nic na siłę nie zrobi.

Skoro tego nie chciał i nie ma w tym ukrytego celu…
K.M.: Ale jest miłosierny i solidaryzuje się z ludźmi w cierpieniu.
K.D.-M.: W najcięższym okresie po śmierci Hanulki trudno było mi się modlić. Z drugiej strony bardzo potrzebowałam kontaktu z Bogiem, chociażby dlatego, że właśnie tam, przy Nim, była moja córeczka. Poprzez Niego mogłam być wciąż blisko niej. I w tej niemocy modlitwy, powtarzały się we mnie dwa słowa: obecność i miłość.
Cały obraz Boga, który budowałam przez lata, w chwili śmierci mojego dziecka się zawalił. Ale jednocześnie On pozwolił mi odkryć wtedy swoją obecność i ogromną miłość, którą otoczył mnie niemal fizycznie.

To znaczy?
K.D.-M.: Nie opiszę ci tego słowami. Ale tęsknię za tym. Był to czas w moim życiu, kiedy byłam najbliżej Boga, kiedy pozwolił mi dotknąć tajemnicy. Czułam wtedy Jego miłość, która przenosi przez najgorszy czas w życiu. Świadomość tego, że moja córeczka jest tą miłością już na zawsze otoczona, była dla mnie pocieszająca. W języku polskim mówimy o żalu, smutku „nieutulonym”. Mój został „utulony” – przez Boga, a także przez dobrych ludzi. Żal nie zniknął, ale z takim „utulonym” żalem można dalej żyć.
K.M.: Papież Benedykt pisał, że nieważne jest to, w kogo się wierzy, ale komu się wierzy. Zawierzyliśmy Bogu, zamiast powtarzać prawdy o Nim, które gdzieś zostały zapisane, ale są zupełnie abstrakcyjne. Bożej miłości trzeba doświadczać, a nie o niej teoretyzować. I na naszych spotkaniach rodziców po stracie staramy się wprowadzać jak najwięcej konkretów, dzielić się wspomnieniami, zwłaszcza dobrymi. Pokazywać tę Bożą miłość, a nie zarzucać ludzi „prawdami”.

ilustr.: Olga Micińska

ilustr.: Olga Micińska

***

Szukaliście pomocy?
K.D.-M.: Od samego początku. Znaleźliśmy informację o rekolekcjach dla osób w żałobie – nie tylko po stracie dziecka – organizowanych przez księdza Stanisława Szlassę i jego współpracowników. Bardzo nam pomógł ten wyjazd.
K.M.: Prowadzący nie narzucali nam żadnych rozwiązań. Przedstawili kwestię żałoby w ujęciu psychologicznym, podkreślali, że mamy prawo ją przeżywać. Na spotkaniach też staramy się dowartościować wymiar psychologiczny. Nie da się przejść przez stratę z uśmiechem na ustach. To nie działa tak, że człowiek się trochę pomodli, zyska pewność, że dziecko jest szczęśliwe u Boga i wszystko już jest w porządku.
K.D.-M.: Wyjazd był okazją do uporządkowania wszystkiego, co się w nas działo, a także do zrozumienia, co jeszcze może się dziać i że wszystkie nasze reakcje są normalne. To, że jedni na początku chodzą kilka razy dziennie na cmentarz, jest tak samo normalne, jak to, że inni nie są w stanie tam pójść w ogóle. To, że ktoś płacze całymi dniami, jest tak samo normalne, jak to, że ktoś nie potrafi z siebie tych łez wycisnąć.
To mi najbardziej z tego wyjazdu zostało – świadomość, że każdy na swój sposób musi sobie pozwolić na przeżywanie smutku i różnych trudnych emocji, które się pojawiają. Także tych, które wydają się nam złe. Wiemy, że teoretycznie emocji nie powinniśmy w ogóle wartościować…

Ale?
K.D.-M.: Ale często jest tak, że osierocony rodzic czuje wielką zazdrość, widząc dziecko w wózku albo kobietę w ciąży. Ludzie, którzy przychodzą na spotkania, często myślą: przecież to złe, że nie chcę widzieć dziecka mojej siostry, że nie chcę spotykać koleżanek, które są w ciąży. A czasami trzeba sobie dać także do tego prawo.

Do wszystkiego?
K.D.-M.: Oczywiście, tej rozpaczy też trzeba powiedzieć kiedyś „stop”. Ale to tak łatwo powiedzieć, a ludzie są zupełnie rozbici. Na spotkania przychodzą rodzice i opowiadają, że ich nastoletnie dziecko, z którym byli w świetnej relacji, nagle popełniło samobójstwo. Takie osoby często myślą, że chcą być tam, gdzie ich dziecko, też chcą się zabić. Inna sytuacja: kilka lat minęło od śmierci dziecka, a ktoś nadal nic nie zmienił w jego pokoju, spędza tam kilka godzin dziennie. Tak naprawdę nie żyje. Kiedy umarło jego dziecko, jego życie się skończyło. Z zewnątrz łatwo jest oceniać…
K.M.: Trzeba jednak powiedzieć, że pewne sposoby przeżywania żałoby na pewno nie są dobre. Poza tym warto się czasem przyznać do bezradności. Bo nie można wymagać od siebie nadludzkich sił. Czasami człowiek po prostu potrzebuje fachowej pomocy z zewnątrz.

***

A wy jak przeżywaliście swoją żałobę?
K.D.-M.: Wiesz, na spotkania na Służewie przychodzą różne osoby. Są takie, które całkowicie tracą grunt pod nogami, kiedy umiera ich malutkie dziecko niedługo po ślubie. My mieliśmy fundament. Był nim nasz najstarszy synek, Jerzyk, który w momencie śmierci Hani, jak się z perspektywy czasu wydaje, był jak na swój wiek, bardzo dojrzały…

W jakim był wieku?
K.M.: Dwa lata i osiem miesięcy. Przeżywał to w niesamowity sposób. Widać było, że próbuje nas pocieszyć, na miarę swoich możliwości podtrzymywać na duchu. Co więcej, kiedy Hania zmarła, Kasia była w ciąży i już po pół roku przyszedł na świat nasz drugi syn. Nie było możliwości, żebyśmy się poddawali rozpaczy. Nie przeżyliśmy klasycznej żałoby.
K.D.-M.: Wszystkie jej etapy „przerabialiśmy” w trybie przyspieszonym. Na początku byłam w strasznym stanie. Ale od razu pomyślałam o tym maleństwie, które noszę pod sercem. Miałam świadomość, że ono razem ze mną przeżywa to wszystko, co się dzieje we mnie.
K.M.: Życie pędziło do przodu, nie oglądając się na nas. Potem pojawił się trzeci syn. Nasi chłopcy to wulkany energii, na co dzień refleksja o Hani schodzi na drugi plan.

Wywołuje to w was poczucie winy?
K.M.: Czasami czuję dyskomfort. Ludzie często opowiadają nam o tym, jak to cały czas noszą w sercu tę stratę. A ja? Ciężko te dwie rzeczywistości sprowadzić do jednego mianownika.

Jak rozmawialiście z Jerzykiem o śmierci Hani?
K.M.: Ważne, żeby trochę ruszyć głową i nie powtarzać komunałów. W kwestiach dotyczących wiary mamy tendencję do klepania formułek. A jak zapytasz, o co właściwie w nich chodzi, to człowiek na ogół nie potrafi odpowiedzieć. Usłyszał, zapamiętał i powtarza.
K.D.-M.: Mówiliśmy o tym normalnie. Nazywaliśmy rzeczy po imieniu. Nie mówiliśmy, że jego siostrzyczka jest aniołkiem na chmurce, tylko że Hania umarła. Używaliśmy tego słowa. Dziecko, które ma niespełna trzy lata, jeszcze go nie rozumie, ale będzie je miało w pamięci i z czasem doda sobie do niego sens. Pamiętam, że Jerzyk na początku myślał, że Pan Jezus przysłał po Hanię specjalny samolot, którym poleciała do nieba. Tak to sobie tłumaczył.

Teraz ma siedem lat, prawda?
K.D.-M.: Tak. Wzrusza nas, że dla niego jest całkowicie naturalne, że Hania należy do naszej rodziny. Kiedy wymienia jej członków, na przykład rozmawiając z młodszymi braćmi, którzy Hani nie poznali, zawsze dodaje: „ale pamiętajcie, że Hania też jest. Hania jest w niebie, ale jest naszą siostrą”. I my też tak myślimy.

Czujecie jej obecność?
K.D.-M.: Tak. Są takie chwile, kiedy czuję ją szczególnie mocno. Na przykład kiedy chłopcy są w niebezpieczeństwie i okazuje się, że wyszli z tego cało. Niektórzy się śmieją, że dzieci w ogóle mają dodatkowych aniołów stróżów, ale myślę, że nasze dzieci rzeczywiście mają dodatkowe wsparcie swojej siostrzyczki.

Kiedy jeszcze?
K.D.-M.: Momentem, w którym najbardziej chyba odczuwam obecność Hani, jest Msza Święta. Tajemnica świętych obcowania jest dla mnie bardzo obecna w Eucharystii. To moje doświadczenie, dar, który sobie wybłagałam u Pana Boga. Kiedy modlę się po przyjęciu Komunii, czuję, że Hania jest tuż przy mnie. Kiedy słyszę słowa: „Pamiętaj także o naszych zmarłych braciach i siostrach, którzy zasnęli z nadzieją zmartwychwstania”, myślę o niej jako o starszej siostrze w wierze, która już o wiele więcej rozumie z tajemnic nieba niż ja. Która poznała już to, co my na ziemi możemy tylko przeczuwać. Czasem otrzymujemy dotknięcie łaski, przeczucie na modlitwie. A ona już to wszystko wie. To jest tajemnica, ale taka, która niesie pocieszenie.
K.M.: Dla mnie to zawsze było niejednoznaczne. Małe dzieci są zbawione bez żadnej wątpliwości i na pewno są szczęśliwe. Ale bardzo buntuję się wobec podejścia, jakie ma wielu księży, którzy bagatelizują sprawę na zasadzie: „dziecko jest szczęśliwe, wszystko jest dobrze”. Nie jest. Chrystus po Zmartwychwstaniu też wciąż miał rany. Hania również przeżyła konkretne cierpienie fizyczne, ale też duchowe związane z odłączeniem od rodziny, z naruszeniem porządku stworzenia. I myślę, że małe dzieci w niebie są szczęśliwe, ale noszą w sobie to cierpienie. To nie jest przeciwstawne. Można się z tego cieszyć, ale na pewno przez łzy.

ilustr.: Olga Micińska

ilustr.: Olga Micińska

***

Czy ludzie wokół was mieli trudność z tym, czy poruszać temat śmierci Hani?
K.D.-M.: To temat trudny dla wielu osób z zewnątrz. Tych, którzy tego nie przeżyli. Kiedy mija trochę czasu, kiedy bliscy już nie chcą słuchać w kółko tego samego, nie chcą siedzieć przy osobie, która ciągle płacze i na okrągło mówi o swoim dziecku, to szuka się kogoś, kto to zrozumie.

Da się to zrozumieć?
K.D.-M.: Do końca nie. Ale śmierć powinna być czymś bardziej naturalnym w rozmowach, niż jest. A ludzie nie wiedzą, co powiedzieć, więc się nie odzywają, przechodzą na drugą stronę ulicy, przestają dzwonić…

Spotkało was to?
K.M.: Aż tak mocne reakcje nas akurat nie. Ale na pewno wielu osobom nie było łatwo.
K.D.-M.: Odzywały się po kilku miesiącach i przepraszały, że tak długo milczały, ale właśnie nie wiedziały, co powiedzieć.

A co powiedzieć?
K.M.: Kiedyś się nawet zastanawiałem, co sam powiedziałbym takiej osobie, zanim stanąłem wobec tego doświadczenia. Pewnie nic mądrego, może nic, a być może coś głupiego. To była dla mnie abstrakcja. Aby przekazać wsparcie w takich chwilach, lepiej mówić mniej niż więcej. Kiedy zaczyna się mówić za dużo, interpretować i szukać we wszystkim sensu, to osiąga się przeciwny skutek.

Chcieliście, żeby ktoś z wami był? Chcieliście, żeby wam coś powiedział?
K.M.: Nie mieliśmy czasu się nad tym zastanawiać. Ale pomoc od znajomych zaczęła od razu spływać w sposób bardzo dyskretny, a jednocześnie konkretny i budujący. Przyjaciółka żony gotowała nam obiady. Naprawdę bardzo mnie wzruszyło, kiedy mój kolega, lekarz, bardzo chciał wystawić mojej żonie lewe zwolnienie. Mówił, że jeżeli potrzebuje odpoczynku, to chorobę się już wymyśli.
K.D.-M.: Nie mam prawa jazdy, więc znajomi wozili mnie w różne miejsca. To drobiazgi, ale świadczą o dużej wyobraźni na temat tego, co można zrobić.
K.M.: Inni znajomi przyjechali się z nami pomodlić. Na co dzień człowiek nie modli się tak po prostu ze swoimi znajomymi. Zamiast mówić od siebie i wymyślać mądrości, odmówiliśmy nieszpory, specjalne oficjum za zmarłych. Jest ono pełne pocieszających słów.
K.D.-M.: Przez pierwsze dni, nawet tygodnie, drzwi się u nas właściwie nie zamykały. Ciągle ktoś przychodził, żeby po prostu pobyć z nami, posiedzieć chwilę. Cenne dla nas było to, że nie bali się mówić o Hani. Zdążyła już zaistnieć w życiu naszych przyjaciół, znajomych. Nie bali się mówić o jej chrzcie, o swoich wspomnieniach. To bardzo ważne, bo często ludzie chcieliby mówić o wszystkim, byle nie o dziecku, które odeszło. A Hania była w te dni cały czas obecna. Tak powinno być.

***

Czuliście gniew wobec Boga?
K.M.: My nie. Szybko zyskaliśmy przekonanie, że to nie jest Jego dzieło. Ale często o tym słyszymy na spotkaniach.
K.D.-M.: Zawsze wtedy mówimy, że jest to normalne, żeby tego nie tłumić, bo Pan Bóg się na pewno nie obrazi. Podkreśla to zawsze dominikanin, ojciec Stanisław Górski, który jest duchowym opiekunem spotkań dla rodziców po stracie dziecka w służewskim klasztorze. Takie myśli mogą przyjść, zwłaszcza gdy ktoś ma bardzo tradycyjny obraz Boga.
K.M.: Wtedy może się poczuć oszukany.

Bo Bóg miał go chronić?
K.D.-M.: Tak. Bo przecież się zawsze modlił, chodził do kościoła. Sama musiałam sobie ten obraz Boga wyprostować o tyle, że miałam w sobie właśnie taką myśl: „On zawsze będzie chronił moją rodzinę”. A okazuje się, że ta ochrona nie polega na tym, że nikomu nic złego się nie stanie, tylko na byciu z nami zawsze, także wtedy, kiedy to zło się dzieje.
Bóg przecież też doświadczył zła. Też jest w końcu rodzicem po stracie. Wie, jak to jest, kiedy umiera twoje ukochane dziecko. Lubię nawet myśleć, że ponieważ dla Niego nie istnieje czas, to być może widząc cierpienia wszystkich osieroconych rodziców w całej historii świata, utożsamił się z nimi do tego stopnia, że postanowił sam tego doświadczyć.

Do końca przez to przeszedł.
K.D.-M.: Tak. Święta Zmartwychwstania już nigdy nie są takie same po stracie dziecka. Całe Triduum przeżywam w pamięci o Hani, o tym, że idziemy do niej, że dla nas zmartwychwstanie będzie czymś bardzo konkretnym. Nie wiemy, jak będzie wyglądało, ale wtedy spotkamy ją będącą całością, razem z ciałem. Element zmartwychwstania ciał stał się dla mnie bardzo ważny. Może umrę wcześniej, zanim Chrystus przyjdzie ponownie, i spotkam Hanulkę w wymiarze duchowym, ale bardzo będę czekała na ten dzień, kiedy znów zobaczę to jej śliczne ciałko, które teraz rozkłada się w tym okropnym grobie. Dlatego właśnie nie bardzo lubię chodzić na cmentarz. I kiedy mówię, że „oczekuję Twego przyjścia w chwale”, to mówię to całym sercem. Bardzo czekam na chwilę, kiedy wszystko znowu będzie na swoim miejscu.

Czyli nie jest. Czyli się wcale nie poukładało.
K.D.-M.: Nie można się pogodzić ze śmiercią swojego dziecka. Żałoba trwa do końca życia. Książkowe jej etapy mam już za sobą, normalnie funkcjonuję, potrafię się śmiać, nie mam wyrzutów sumienia. Życie toczy się dalej. Ale są takie chwile, kiedy smutek wraca jak fala tsunami. Czasami w zupełnie niespodziewanych momentach. Patrzę na nasze dzieci, które się bawią, śmieją się, jest wesoło i nagle uświadamiam sobie, że kogoś tutaj brakuje. Nigdy nie pogodzę się do końca z tym, że Hani w tej grupce nie ma. Jest takim nieprzytulalnym dzieckiem, któremu nie można ani sukienki włożyć na święta, ani nakarmić, ani się z nim pobawić…

Proste rzeczy.
K.D.-M.: Wiesz, ostatnio widziałam, jak jakiś tata w parku wziął na kolana dziewczynkę, żeby wyjąć jej kamyczek z sandałka. To było dla mnie takie wzruszające. Pomyślałam, że ja tego nigdy dla Hani nie zrobię.

Spotkania grupy wsparcia rodziców dzieci utraconych (niezależnie od ich wieku oraz czasu i okoliczności ich śmierci) odbywają się od października do czerwca w każdy drugi piątek miesiąca w klasztorze oo. Dominikanów na warszawskim Służewie. O 17.30 rozpoczyna się wspólnie przygotowana Msza Święta w intencji zmarłych dzieci i ich rodziców, celebrowana w kaplicy klasztornej (wejście przez furtę klasztoru). Następnie uczestnicy mają możliwość podzielenia się swoim przeżywaniem straty i różnych etapów żałoby. Na spotkania zaproszone są również dotknięte stratą dziecka osoby niewierzące lub przeżywające kryzys wiary.



Katarzyna Doboszyńska-Markiewicz i Kamil Markiewicz – małżeństwo od dziewięciu lat, rodzice Hani w niebie i trzech ziemskich chłopaków: Jerzyka, Stefka i Tomka. Wspólnie z innymi osobami prowadzą spotkania grupy wsparcia rodziców dzieci utraconych (zob. notka powyżej). Kasia jest doktorem językoznawstwa, adiunktem na Wydziale Nauk Humanistycznych UKSW w Warszawie. Kamil jest tłumaczem, m. in. książek z dziedziny teologii oraz poradników życia duchowego.