dwutygodnik internetowy
18.02.2019
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Niepiosenki wojenne

„Trypolis” to impresja o rozpadającym się świecie, powstała na kanwie opowieści spotkanego przypadkiem w barze najemnego żołnierza. Najwłaściwszym punktem odniesienia do opisywania konceptu tej płyty byłoby potraktowanie jej jak muzyczno-literackiego eseju.

 

materiały prasowe

materiały prasowe

W łódzkim powietrzu musi być coś szczególnego. Jakieś dziwne pierwiastki albo mutageny. Tamtejszy artystyczny underground jest w ciągłym ruchu, w skokowym, chaotycznym rozwoju. Rezultaty można znaleźć choćby na wydanej właśnie płycie „Trypolis” postpunkowej „supergrupy” TRYP.

Cudzysłów w poprzednim zdaniu pojawił się nie bez przyczyny. Termin „supergrupa” pasuje do undergoundowych muzyków równie dobrze jak plerezki lub lakierki. Ale trudno traktować ten skład jak „zwykły zespół”, skoro znajdują się w nim tak zasłużeni i oryginalni artyści jak Jakub Wandachowicz (Cool Kids of Death, NOT, Mister D), Marcin Pryt (19 Wiosen, 11, Niebiescy i Kutman), Robert Tuta (między innymi Agresiva 69, 1984, Bielas i Marynarze), Piotr Połoz (Psychocukier, Tsvey) i Marcin Zabrocki (Pogodno, Mordy), a studyjne oblicze zespołu na prawach regularnego członka kreuje producent Paweł Cieślak (m.in. 19 Wiosen, Fonovel). Siódmą osobą w grupie jest odpowiedzialny za stronę wizualną Paweł Giza.

Poza okołopunkowe ramy TRYP wyrasta także przez rzadkie w tym środowisku ambicje tworzenia płyt o cechach concept albumów. Debiutancką epkę wydał z okazji stulecia ogłoszenia „Manifestu futuryzmu” przez Filippa Tommasa Marinettiego. Głównym wątkiem albumu „Kochanówka” była niemiecka zbrodnia na pacjentach szpitala psychiatrycznego w Łodzi, dokonana w ramach akcji T4. „Trypolis” to impresja o rozpadającym się świecie, powstała na kanwie opowieści spotkanego przypadkiem w barze najemnego żołnierza. Najwłaściwszym punktem odniesienia do opisywania struktury i konceptu tej płyty byłoby potraktowanie jej jak muzyczno-literackiego eseju.

Choć grupa złożona jest z mocnych osobowości, największe piętno odciska na niej Marcin Pryt. Nie tylko jako wokalista o charakterystycznym, mrukliwym, zupełnie niepiosenkowym głosie, ale przede wszystkim oryginalny, antyestetyczny poeta. Pryt tworzy specyficzny literacki „art brut”, czerpiąc z poetyki industrialnej i punkowej, budując teksty na paradoksalnych zestawieniach tego, co wysokie i niskie, skali globalnej i lokalnej (łódzkiej), na sprzężeniu grozy i codziennego banału.

Opowieść toczy się pomiędzy Libią a Łodzią, do której wraca najemnik. W opowieści gra rolę pośrednika pomiędzy tymi światami. Daleko jest wojenna apokalipsa i doświadczenia, których nie da się zapomnieć, a blisko – pozorny spokój i dobrobyt, podszyty melancholią i przeczuciami nadchodzącej tragedii. Narracja zaczyna się od zdziwienia, kiedy narrator spotyka żołnierza i słysząc jego wspomnienia, robi minę „głupka średniowiecznego”, próbuje zrozumieć, „jak to jest nie mieć problemu z zabiciem pierwszego, drugiego, trzeciego, czwartego”. W tekstach przewijają się literackie obsesje Pryta. Rychła zagłada, rozpaczliwa chęć ocalenia człowieczeństwa i zbudowania normalnego życia, rachunek sumienia, który powinien dotyczyć całej ludzkości, ale jest udziałem tylko jednostek szczególnie wrażliwych, zwykle życiowych rozbitków.

Grupy, które współtworzy Pryt, zawsze oscylują gdzieś pomiędzy punkowymi piosenkami a muzyką awangardową. TRYP w nowej odsłonie prezentuje pastisze konwencji popularnych osadzone w eksperymentalnym kontekście. „1, 2, 3, 4” brzmi jak upiorny walczyk, „Widzimy się” jak numer z „cyberpunkowego wodewilu”. „Wracam” to ckliwy szlagier odegrany przez popsutą aparaturę. Grupa z wykrzywionych sampli i orientalnych cytatów buduje zamknięte w piosenkowej formie mikrosłuchowiska. Momenty silnie zrytmizowane sąsiadują z plamami dźwięku. W elektronicznym pejzażu pojawiają się partie gitar i saksofonu. Raczej na prawach cytatu i odniesienia niż jako oczywiste elementy rockowego instrumentarium.

Na antyestetyczne, chropawe brzmienia nakłada się niechlujny, naturszczykowski głos Pryta, który dodatkowo wzmacnia efekty, melodeklamując i krzycząc rwanymi frazami. „Trypolis” ma hipnotyczną moc. Tej płyty słucha się bez prosto pojmowanej przyjemności, za to z uwagą i poczuciem, że to muzyka doskonale oddająca moment historyczny. Podobnie musiał działać na słuchaczy skandynawski hardcore punk w latach osiemdziesiątych, kiedy opisywał zimnowojenne lęki i realną groźbę atomowego pojedynku między mocarstwami. Podobne muzyczne doznania serwuje wtajemniczonym nowoczesny londyński underground. To dalekie skojarzenia, bo TRYP nie stara się wpisywać w konwencje i naśladować modnych trendów. Najbliżej mu do ordynarnego punkowego elektro. „Brudna elektronika” święci w ostatnich latach tryumfy, ale jej twórcy rzadko mają coś do powiedzenia. Septet z Łodzi nie epatuje radykalnymi dźwiękami. Używa ich do budowy wiarygodnego i przejmującego obrazu współczesności.

W czasach, kiedy muzyka wszelkich nurtów i gatunków (a osobliwie najbardziej tych uważanych za buntownicze) zdaje się błaha i wyalienowana z codziennego życia, „Trypolis” można uznać za jeden z mocniejszych okołopunkowych albumów ostatnich lat. Hałaśliwe kompozycje budzą niepokój, ale płynie z nich ważne humanistyczne przesłanie: „Każdy ma swoje Morze Śródziemne / przestrzeń, którą musi przepłynąć” („Muamar”).

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Acta Bryleviana

Co po OFF-ie?