dwutygodnik internetowy
05.03.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Nie wystarczy być przyzwoitym

Nade wszystko jest jednak przyzwoitość Bartoszewskiego wysiłkiem myślenia przeciwko samemu sobie: „Czy naprawdę uczyniłem wystarczająco dużo? A jeśli mogłem uratować jeszcze jednego albo dwóch ludzi, i tego nie zrobiłem?”. Bolesne to pytania, lecz my także winniśmy je powtarzać. Winniśmy je powtarzać na przekór pokojowi swoich sumień i pomimo usypiających naszą czujność przemian, do których doszło w ciągu dwóch ostatnich dekad.

fot: Mikołaj Grynberg

 

„Przyzwoitość” jest słowem niebezpiecznym. Z łatwością można za jego pomocą usprawiedliwiać swoją bierność wobec zła, swoje zaniechania, swoją ślepotę na krzywdę drugiego człowieka. W pewnym bowiem sensie niemal wszyscy jesteśmy dziś ludźmi przyzwoitymi: nie dopuściliśmy się zabójstwa, kradzieży czy zdrady, bardziej lub mniej sumiennie wywiązywaliśmy się z powierzonych nam obowiązków, mało tego, od czasu do czasu wspomagaliśmy ubogich i bezdomnych z tego, co nam zbywało. To prawda, zdarzały się również potknięcia, ale przecież żaden człowiek nie jest doskonały. Z Bożą pomocą zejdziemy więc z tego świata w błogosławionym przeświadczeniu, że nic nikomu nie jesteśmy dłużni.

Historia poucza nas o tym, że tacy właśnie „przyzwoici” ludzie, którzy w każdej chyba społeczności stanowią większość, swoim milczeniem przyzwalali na popełnianie czynów najbardziej nieludzkich. Przypomnijmy sobie owego młodzieńca, który, wzięty przez Niemców za Żyda i zmuszony do rozbierania resztek barykady przy placu Unii Lubelskiej, oficerowi Wehrmachtu pokazywał medalik z Matką Boską, tłumacząc: „Kein Jude, kein Jude”. Świadek tego wydarzenia, zaprzęgnięty do tej samej zresztą pracy, zanotował: „Zrobiło mi się do głębi wstyd”. A przecież w gruncie rzeczy ów młodzieniec nie zrobił nic złego. Nie zabił, nie ukradł, nie zdradził. Być może był to właśnie jeden z nas, ludzi „przyzwoitych”…

Wiele lat później, w smutny wieczór wigilijny roku 1981, Władysław Bartoszewski – bo to on był owym świadkiem – w obozie dla internowanych w Jaworzu powiedział: „Nie życzę wam przede wszystkim, żebyśmy szybko wrócili do domu, choć każdy z nas by tego bardzo chciał. Życzę wam, abyście wrócili do domu w takiej kondycji, by móc waszym żonom, dzieciom i wszystkim waszym przyjaciołom spojrzeć w oczy”. Byśmy zaś mogli bez wstydu spojrzeć im w oczy, nie wystarczy, że będziemy „w porządku”. Przyzwoitość, o której całym swoim życiem świadczy Władysław Bartoszewski, nie jest cnotą zadowolonych z siebie, szczelnie zapiętych mieszczan z wiersza Juliana Tuwima. By sprostać jej wymaganiom, trzeba umieć zdobyć się na niemieszczański zgoła heroizm. Jak wtedy, niosąc pomoc ofiarom tragedii rozgrywającej się za murami warszawskiego getta, i wiele lat później, gdy w geście pokoju, samotnie niemal, należało wyciągnąć rękę do narodu oprawców.

Nade wszystko jest jednak przyzwoitość Bartoszewskiego wysiłkiem myślenia przeciwko samemu sobie: „Czy naprawdę uczyniłem wystarczająco dużo? A jeśli mogłem uratować jeszcze jednego albo dwóch ludzi, i tego nie zrobiłem?”. Bolesne to pytania, lecz my także winniśmy je powtarzać. Winniśmy je powtarzać na przekór spokojowi swoich sumień i pomimo usypiających naszą czujność przemian, do których doszło w ciągu dwóch ostatnich dekad. Wbrew pozorom, zło nie zostało ostatecznie wyparte ze świata ludzi, a tylko przybrało nowe, bardziej subtelne formy. Ogień trawiący niegdyś getto wciąż tli się w naszych sercach, ilekroć płaszczykiem przyzwoitości maskujemy swoją obojętność na krzywdę bliźniego. I to byłaby chyba najistotniejsza spośród nauk, jakich udzielił nam Władysław Bartoszewski.

 

Tekst pochodzi z tomu „Ku przyszłości. Księga jubileuszowa z okazji 90. urodzin Władysława Bartoszewskiego”.

  • http://www.facebook.com/piotr.cywinski Piotr Cywiński

    Autorem zdjęcia jest  Mikołaj Grynberg.