dwutygodnik internetowy
27.02.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

„Nie czytałeś? Koniecznie!” – lekcje kultury według Jacka Kaczmarskiego

Jacek czytał przez cały czas, dosłownie okładał się książkami. Miał w zwyczaju czytać kilka książek naraz. Ja – chłopak z „warsiawskiej” Pragi – uczyłem się od Jacka tego wszystkiego. To nie lekcje języka polskiego i historii, a twórczość i rozmowy z Jackiem otworzyły mi oczy na literaturę i sztukę.

ilustr.: Andrzej Dębowski

ilustr.: Andrzej Dębowski

Tym, czego najbardziej brakuje mi od trzynastu już lat – od śmierci Jacka Kaczmarskiego – jest jego komentarz rzeczywistości: odkrywczy i niebanalny. Nie chodzi tylko o brak nowych piosenek (choć o to oczywiście przede wszystkim), ale też o niebywale inspirujące rozmowy z Jackiem. Każda wymiana kilku choćby zdań dawała mi temat do rozmyślań na długie tygodnie. Dziś wiem, że przyczyna tego zjawiska tkwiła w Jackowej umiejętności celnego nazywania rzeczy po imieniu z jednoczesnym przedstawieniem zagadnienia w szerszym kontekście. Podczas jednej z takich rozmów Jacek powiedział: „Wiadomo, jak napisać powieść na Nobla, ale nie wiadomo, jak napisać powieść wybitną”. Celność tego stwierdzenia doskonale widać na przykładzie filmu. Wiadomo, jak nakręcić dobrego kandydata do „Oscara”, nie wiadomo natomiast, jak nakręcić film wybitny. Nośny temat, rozmach, „wielkie kino”, efekty specjalne – i już. Nie istnieje jednak przepis na film, który przetrwa kilkadziesiąt lat i się nie zdezaktualizuje.

Jacka interesowały wszystkie gatunki sztuki, w tym kino. Filmy, podobnie jak książki, dosłownie pożerał – zarówno te ambitne, trudne, głośne i nośne, jak też popularne „kasowce” – choćby po to, żeby być na czasie, znać i rozumieć kody łączące nacje i społeczeństwa.

***

Jacek czytał przez cały czas, dosłownie okładał się książkami. Miał w zwyczaju czytać ich po kilka naraz. Na jego biurku, na stole w jadalni, na parapecie leżały książki, które aktualnie czytał. W zależności od nastroju i pory dnia spośród właśnie czytanych wybierał tę książkę, która mu w danym momencie odpowiadała. Mówił, że lubi czytać grube tomy, bo one zbyt szybko się nie kończą. Czytał jednocześnie co popadło, o czym usłyszał i co akurat mu się przypomniało. Uwielbiał rozmawiać o przeczytanych książkach, obejrzanych filmach, obrazach, muzyce. Można było odnieść wrażenie, że zna dosłownie każdą książkę i każdy film. Często opowiadając, o czym jest dane dzieło, mówił: „Nie czytałeś? Koniecznie!”. Z filmów szczególnie cenił „Amadeusza” Formana, „Don Giovanniego” Loseya i „Barry’ego Lyndona” Kubricka. O tym ostatnim powiedział, że jeśli za sto czy dwieście lat ludzkość będzie jeszcze istniała i przetrwa choć jeden film, będzie to z pewnością „Barry Lyndon”. Fascynująco opowiadał, że jego zdaniem „Kariera Nikodema Dyzmy” i „Lalka” to dwie najwybitniejsze powieści polskiej literatury albo że swój tak zwany „program donkichotowski” tak przekombinował, że sam zaczął gubić się we własnych konstrukcjach i zawiłościach logicznych i dlatego z żalem musi go porzucić.

Jacek cieszył się jak dziecko, jeśli rozmówca znał i lubił cenione przez niego dzieła sztuki. Podczas koncertu 19 grudnia 2001 roku w Piwnicy pod Harendą (był to ostatni koncert Jacka w Polsce) przed wykonaniem piosenki „Obłomow, Stolz i ja” w pierwszym rzędzie zrobiło się małe poruszenie. Jacek rozpoznał swoich stałych słuchaczy i zwrócił się do Piotra Stankiewicza (znanego w pewnych kręgach jako „Kraśny”): „A ty przeczytałeś wreszcie «Obłomowa»?”. Piotr odpowiedział, że jeszcze nie zdążył, na co Jacek: „Wstań, pokaż się. Oto człowiek, który nie przeczytał «Obłomowa»”. Oczywiście wszystko żartobliwie, w przyjaznej atmosferze.

Kiedyś zażartowałem, że nie ma chyba takiej książki, którą ja przeczytałem, a Jacek by jej nie znał. Odpowiedział – jak zawsze on, z sympatią dla interlokutora – że na pewno niejedna taka istnieje. Powiedziałem żartobliwie, że nie czytał zapewne „Wstępu do rachunku prawdopodobieństwa” Jakubowskiego i Sztencla, na co Jacek spuentował: „No widzisz, miałem rację, że niejedna taka istnieje”.

Kiedy w pierwszej połowie lat 80. zetknąłem się po raz pierwszy z twórczością Jacka, zaskoczyła mnie i zafascynowała jednocześnie mnogość odniesień do literatury, sztuki, historii, muzyki, geografii… Ja – chłopak z „warsiawskiej” Pragi – uczyłem się od Jacka tego wszystkiego: myślenia, ale przede wszystkim języka polskiego. Potem, po dziesięciu latach, kiedy zwierzyłem się, że na początku w każdej właściwie piosence było co najmniej jedno słowo, którego ja-szesnastolatek nie znałem, Jacek powiedział, że to największy komplement, jaki chyba w życiu usłyszał i że to go upewnia, że jego praca ma sens. Kolejną dekadę później z dumą mogłem się pochwalić, że nie potrzebuję już rozszyfrowywać każdej nowej piosenki, odbierając je a vista na zadowalającym poziomie, a wiele Jackowych odwołań do literatury nie miało dla mnie już funkcji poznawczej. Faktem jest jednak i pozostanie, że to nie lekcje języka polskiego i historii, a twórczość i rozmowy z Jackiem otworzyły mi oczy na literaturę i sztukę.

Zawsze byłem bardzo ciekaw, nad czym aktualnie Jacek pracuje. Któregoś razu pokazał mi notatki do powieści. Były to dwa równoważniki zdań: „Główny bohater – alter ego emigranta” i „Tło ironiczne”. „Wiesz – powiedział Jacek – to cały klucz, reszta to tylko realizacja tego pomysłu”.

***

„Pamiętam taki rok, że miałem w swoim karneciku siedemset filmów rocznie obejrzanych w kinie. A Jacek miał niewiele mniej. Były filmy, na których byliśmy pięć razy z rzędu. Na pewno «Lot nad kukułczym gniazdem», «Casanova» Felliniego. Dzień po dniu, dzięki wielu wyrzeczeniom, wystaniu biletów w kolejce” – wspomina Wojciech Stronias. W tym kontekście należy stwierdzić, że niewiele utworów Jacka inspirowanych jest sztuką filmową. „Rublow”, „Stalker” i „Ofiara” według Tarkowskiego, „Casanova-Fellini” według Felliniego, „Kuglarze” według Bergmana i „Nad spuścizną po przodkach deliberacje” według Kubricka („Barry Lyndon”).

Choć ten ostatni utwór to – obok „Rublowa” – najbardziej „filmowa” piosenka Kaczmarskiego, nigdzie nie ma oficjalnej wzmianki o inspiracji filmem Stanleya Kubricka. Piosenka pochodzi bowiem z programu „Sarmatia”, odnotowanie tej filmowej inspiracji nie pasowałoby więc do charakteru całości. Akcja filmu osadzona jest bowiem w kulturze anglosaskiej, a sam Barry Lyndon jest Irlandczykiem. W związku z tym Jacek zostawił tekst z niedopowiedzeniem, przez co wiersz jest bardziej uniwersalny i z powodzeniem może dotyczyć również Polski szlacheckiej. Przewodnim motywem muzycznym filmu Kubricka jest zaś „Sarabanda” Händla, co zainspirowało Jacka również w kwestii oprawy muzycznej utworu.

Nie sposób przejść obojętnie obok wspomnianego już „Rublowa”, podejmuje on bowiem zagadnienie chyba najważniejsze w całej twórczości Jacka Kaczmarskiego: walkę jednostki z siłami natury, które pragną ją zniszczyć. Dlatego też piosenkę inspirowaną tym filmem Andrieja Tarkowskiego uważał on za jeden z najważniejszych swoich utworów. Dla mnie osobiście „Rublow” to film bliźniaczy z „Pianistą” Romana Polańskiego; jednostka ludzka znajduje się w sytuacji ekstremalnej, kiedy ogrom otaczających potworności jest tak groźny i przerażający, że tylko ucieczka w sztukę stwarza nadzieję na przetrwanie. Warto w tym miejscu przytoczyć jedną z najważniejszych dla mnie wypowiedzi Jacka Kaczmarskiego: „Sztuka jest próbą opanowania chaosu; jak samo to słowo mówi – jest czymś sztucznym, powstałym w miejsce tego, co prawdziwe, ale nie do zniesienia. Człowiek jest jedynym zwierzęciem zdolnym do stworzenia tak przedziwnego zjawiska: ani tego zjeść, ani się tym ogrzać, a jednak czasem tylko dzięki temu można przetrwać”. Sztuka pozwoliła – dosłownie i w przenośni – przetrwać zarówno Rublowowi, jak i Szpilmanowi. W ten sposób zrealizowało się przesłanie innej wybitnej piosenki Jacka Kaczmarskiego pod tytułem „Powrót” – w obliczu apokalipsy, upadku wartości, kiedy jednostka zostaje zupełnie sama, sensu istnienia, sensu dalszej egzystencji powinna szukać w sobie.

Inny rodzaj inspiracji filmowych Jacka Kaczmarskiego nazwałbym inspiracjami ukrytymi, to znaczy niedającymi się skojarzyć z konkretnymi utworami, a jednak bez wątpienia odciskającymi silne piętno na percepcji i wrażliwości Poety. Sądzę, że przynależy tu najliczniejsza grupa filmów, z których pozwolę sobie wymienić dwa: „Amadeusza” Miloša Formana i „Don Giovanniego” Josepha Loseya – filmową adaptację słynnej opery Mozarta. Podobieństwo karier artystycznych i dróg życiowych Jacka Kaczmarskiego i Wolfganga Amadeusza Mozarta jest uderzające. Obaj obdarzeni niewyobrażalnym talentem, obaj za życia niedoceniani, obaj pozostawili po sobie zakorzeniony w świadomości społecznej wizerunek lekkoduchów, nieradzących sobie z przyziemnymi problemami dnia codziennego. „Amadeusz” doskonale uwypukla te podobieństwa, jest więc – mimochodem – filmem także o Jacku… „Don Giovanni” Loseya to z kolei jeden z kilku najbardziej lubianych przez Jacka filmów. Ta fenomenalna interpretacja jednej z najwybitniejszych oper wszech czasów wzbudzała zachwyt Poety muzyką, grą aktorską, ale też scenografią i reżyserią. Do „Loseya” Jacek porównywał nie tylko każde wystawienie „Don Giovanniego”, ale każdą niemal filmową adaptację sztuki teatralnej.

***

„Jestem istotny dla paru młodych ludzi, dla nich jestem okularami na sztukę, historię i pewien rodzaj wrażliwości”. Słowa te odnoszą się również do mnie. Od Jacka uczyłem się języka polskiego, historii, sztuki, a przede wszystkim patrzenia na świat i tej specyficznej wrażliwości, która w największym stopniu stanowi o naszym człowieczeństwie. Dzięki tej edukacji potrafię dziś zrozumieć i docenić filmy tak wybitne jak „Dogville” czy „Melancholia” von Triera, o których Jacek z pewnością powiedziałby: „Nie widziałeś? To koniecznie!”.