dwutygodnik internetowy
12.05.2014
magazyn papierowy


Nie czas na Noble na Bliskim Wschodzie

Fiasko rozmów pokojowych między Izraelem a Palestyną nie jest niespodzianką. Od samego początku obie strony dawały do zrozumienia, że nic sobie nie robią z wysiłków amerykańskiego sekretarza stanu, Johna Kerrego.

ilustr.: Rafał Kucharczuk

Fiasko rozmów pokojowych między Izraelem a Palestyną nie jest niespodzianką. Od samego początku obie strony dawały do zrozumienia, że nic sobie nie robią z wysiłków amerykańskiego sekretarza stanu, Johna Kerrego.
 
Nie pierwszy zresztą raz. Trwające z przerwami już od ponad 20 lat rozmowy pokojowe między Palestyną a Izraelem to osobny gatunek sceniczny o bardzo ściśle określonych regułach. Role są z góry przypisane. Premier Izraela przedstawił warunki z pozycji siły, cały czas zawłaszczając palestyńską ziemię. Palestyński prezydent założył ręce i nie chciał odstąpić od czysto retorycznego argumentu. Największe fanfary zabrzmiały na początku, w czasie zeszłorocznej mowy Baracka Obamy w Jerozolimie, kiedy mówił do ponad tysiąca izraelskich studentów, że pokój jest nie tylko konieczny, ale też możliwy. Z czasem energia słabła, a cała rzecz trwała tylko z poczucia obowiązku, cały czas zmierzając ku nieuchronnemu końcowi.
 
Szczęśliwie dla Izraela 23 kwietnia władze Autonomii Palestyńskiej podpisały porozumienie z rządzącym w Strefie Gazy Hamasem, godząc się na utworzenie rządu jedności, powołanie rządu ekspertów i przygotowanie pierwszych od 2006 roku demokratycznych wyborów na całym palestyńskim terytorium. Na niespełna tydzień przed wyznaczonym przez Johna Kerrego terminem końca negocjacji premier Benyamin Netanyahu oświadczył, że Mahmoud Abbas może albo prowadzić negocjacje pokojowe z Izraelem, albo dogadywać się z terrorystami. Skoro Abbas wybrał to drugie, Netanyahu zdecydował zawiesić udział w rozmowach, zrzucając całą winę za ich niepowodzenie na stronę palestyńską.
 
Hamas to dla Izraela największy wróg, równy być może Iranowi. Od kiedy w 2007 roku zdobył w Strefie Gazy niepodzielną władzę, nieustannie zagraża przygranicznym terenom Izraela – według niektórych danych od tego czasu na Izrael spadło ponad 3000 bardziej lub mniej profesjonalnych rakiet, na co Izrael odpowiedział dwiema interwencjami wojskowymi – w 2008 i 2012 roku. Hamas nie tylko nie uznaje Izraela za państwo żydowskie, ale nawołuje wręcz do jego zniszczenia. Nie bez znaczenia jest fakt, że za organizację terrorystyczną uznają go Stany Zjednoczone i Unia Europejska. Porozumienie Abbasa z Hamasem w oczach zachodniego świata rzuca cień na szczerość jego wysiłków na rzecz pokoju.
 
Jednak wielu komentatorów zwraca uwagę na to, że porozumienie obu palestyńskich rządów – jeśli trwałe – może być ważnym czynnikiem sprzyjającym trwałemu pokojowi na Bliskim Wschodzie. Zwrócił na to uwagę między innymi Robert Serry, Specjalny Koordynator ONZ ds. Procesu Pokojowego na Bliskim Wschodzie, który stwierdził, że współpraca Fatahu i Masau jest dla negocjacji szansą, nie zagrożeniem. W 2007 roku Autonomia Palestyńska de facto rozpadła się na dwie części – Zachodni Brzeg i Gazę, ich władzom dawno wygasły już mandaty do sprawowania rządów. Rozmowy z Izraelczykami prowadził wyłącznie Fatah, reprezentujący tylko część terytoriów Autonomii Palestyńskiej, co stawiało pod znakiem zapytania legitymizację ewentualnych porozumień. Choć więc historia relacji Hamasu i Fatahu zyskała miano Palestyńskiej Wojny Domowej, obecne zbliżenie między oboma organizacjami nie rozstrzyga jednoznacznie na niekorzyść pokoju.
 
Zapytany o komentarz po zawieszeniu rozmów, Barack Obama w dyplomatyczny sposób obdzielił winą po równo obie strony. Mimo porozumienia Fatahu i Hamasu, amerykańscy negocjatorzy są zniecierpliwieni nieustępliwym stanowiskiem Izraela. Nie wymienieni z nazwiska współpracownicy Kerrego w rozmowie z izraelskim dziennikarzem Nahumem Barneą za główną przyczynę upadku rozmów uznali stałą rozbudowę żydowskich osiedli na Zachodnim Brzegu. Palestyńczycy nie wierzą, że Izrael rzeczywiście chce pozwolić im na stworzenie państwa, jeśli w tym samym czasie buduje swoje osiedla na ziemi przewidzianej jako terytorium tego państwa. Na początku kwietnia, kiedy negocjacje chwiały się już bardzo wyraźnie, izraelski Minister Budownictwa, Uri Ariel, ogłosił budowę kolejnych 700 budynków mieszkalnych w osiedlu Gilo we Wschodniej Jerozolimie. Powszechnie uznano to za próbę sabotowania rozmów pokojowych i jedną z przyczyn, dla których prezydent Abbas zdecydował się na rozmowy z Hamasem.
 

ilustr.: Rafał Kucharczuk


Uri Huppert w rozmowie z Pawłem Smoleńskim (Gazeta Świąteczna, 10-11 maja) stwierdził, że brak porozumienia to porażka Izraela. Kwestią czasu pozostaje bowiem włączenie Zachodniego Brzegu w granice Izraela, co zmieni Izrael/Palestynę w jedno państwo dwóch narodów. Porażka polega na tym, że w społeczeństwie palestyńskim rodzi się więcej dzieci niż w społeczeństwie izraelskim. Stary argument demograficzny mówi, że w dwunarodowym państwie Izraelczycy z czasem staną się mniejszością. Okaże się, że marzenia Teodora Herzla oraz ojców założycieli Izraela o liberalnym, demokratycznym, otwartym państwie narodowym starczyły raptem na sto lat z okładem – mówi Smoleńskiemu Huppert.
 
Nie tak dawno do mediów wyciekło nagranie, w którym John Kerry jako pierwszy amerykański dyplomata tak wysokiej rangi użył słowa „aparthaid” na opisanie ustroju Izraela. Zdaniem Kerrego, jeśli powstanie jedno palestyńsko-izraelskie państwo, Izrael będzie musiał uciec się do segregacji i uczynienia z Palestyńczyków obywateli drugiej kategorii, w przeciwnym razie straci możliwość utrzymania żydowskiego charakteru państwa – jest to więc ta sama obawa, o której mówi Huppert.
 
John Kerry, jak wielu innych, zakłada, że jedyną alternatywą dla powstania obok siebie dwóch państw, jest jedno państwo, w którym w różny sposób ułożyć się mogą relacje między oboma narodami. Zapomina, lub nie chce zwracać uwagi na to, że rosnącą siłą na izraelskiej scenie politycznej jest prawica reprezentująca interesy osadników. Przywódca należącej do koalicji rządowej partii Żydowski Dom Naftali Bennett już w 2012 roku proponował by Izrael zaanektował całą strefę C, czyli 65% terytorium Zachodniego Brzegu. Palestyńska autonomia miałaby być utrzymana jedynie na pozostałych 35%. W Izraelu słychać narastające głosy popierające to rozwiązanie. Zwolennicy Bennetta przyznają, że tak przeprowadzona aneksja spotka się z potępieniem ze strony społeczności międzynarodowej, twierdzą jednak, że jest to jedyne skuteczne działanie jakie pozostało teraz rządowi Izraela. Choć te poglądy to w Izraelu nadal nisza, jest to nisza rosnąca.
 
Nie sposób rozstrzygać, które z tych rozwiązań jest dziś najbardziej prawdopodobne. Amerykańscy dyplomaci deklarują, że wrócą do stołu negocjacyjnego, o ile obie strony wykażą się gotowością do kompromisu. Nawet jeśli tak się stanie, naiwnością byłoby sądzić, że kolejna odsłona rozmów będzie bardziej skuteczna. Na kolejne pokojowe Noble zdobyte na Bliskim Wschodzie przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać.

 

Jeśli nie chcą Państwo przegapić kolejnych wydań naszego tygodnika, zachęcamy do zapisania się do naszego newslettera.