dwutygodnik internetowy
20.04.2015
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Nic śmiesznego

„Bawi cię to, majster?” To jedno z najlepiej zapamiętanych przeze mnie pytań, regularnie zadawanych przez wychowawcę w liceum. Istotnie, bawiło, ale nie można było tego powiedzieć na głos. Poczucie humoru w tak ogromnym stopniu zależy od wieku, statusu społecznego czy okoliczności, że tłumaczenie powodu rozbawienia było bezcelowe. Tak naprawdę jedynym sposobem uniknięcia nieporozumień było powstrzymanie się od wygłupów w obecności nauczycieli.

ilustr. Marta Basak

ilustr. Marta Basak

Mieliśmy w szkole dużo szczęścia. Za nieodpowiednie żarty groziły uwagi, stanie w kącie, w najgorszym wypadku wezwanie rodziców. Nawet jeśli wtedy wydawało się inaczej, niewielkie to były konsekwencje. Styczniowy zamach na redakcję Charlie Hebdo pokazuje, że te mogą być tragiczne, absolutnie nieporównywalne do tego, co groziło w szkole. Co trzeba podkreślić, to nie jedyny taki przypadek. Znany egipski satyryk, Bassem Youssouf, wskazany przez magazyn Time jako jedna ze 100 najbardziej wpływowych osób na świecie, zawiesił swój program z uwagi na liczne próby targnięcia na jego życie. To samo spotyka licznych, często anonimowych, kabareciarzy czy karykaturzystów w Syrii, Iraku, Libanie. Dobry żart potrafi być groźniejszym narzędziem niż najbardziej nawet zjadliwy pamflet i osoby najbardziej na to drażliwe doskonale zdają sobie z tego sprawę. W „Żarcie” Milana Kundery niepoprawny politycznie dowcip opowiedziany przyjaciółce doprowadza głównego bohatera do wyrzucenia z uczelni i skazania na ciężkie, przymusowe prace w kopalni. Z drugiej strony świadomi siły oddziaływania żartów propagandyści próbują nakierowywać poczucie humoru obywateli na „właściwe” dla nich tory. Licznych przykładów dostarcza tekst Anny Łabuszewskiej „Ukropy, pindosy i gejropiejce” z TP 2/2015, pokazujący, jak internet zalewany jest inspirowanymi przez rosyjskie służby żartami o wyraźnie antyukraińskim wydźwięku.

#IAmNotCharlie

Zamach na redakcję Charlie Hebdo potępili bodaj wszyscy w Europie. Ale już nie wszyscy zgadzają się na wyrażanie solidarności z redakcją tygodnika. Spopularyzowane w mediach społecznościowych hasło #JeSuisCharlie nie wszystkim przypadło do gustu. Środowiska muzułmańskie stworzyły własną wersję, #JeSuisAhmed, teoretycznie czczącą poległego policjanta, faktycznie jednak odcinającą się od utożsamiania z bluźnierczym pismem. Janusz Korwin-Mikke pojawił się w Europarlamencie trzymając ekran z napisem „I am not Charlie”, to samo hasło powtórzyło potem kilka innych osób (np. Mariusz Max Kolonko, Tomasz Terlikowski, ale też Tomas Halik). Karykatury Charlie Hebdo były bowiem obraźliwe nie tylko dla muzułmanów, ale też dla wielu innych grup, przede wszystkim katolików. Redaktorzy wielokrotnie musieli tłumaczyć się ze swojego poczucia humoru przed francuskimi sądami. Niechęć wobec tego typu humoru jest dla niektórych tak duża, że nie pozwala nawet na wykonanie drobnych, symbolicznych gestów. Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę – zdają się mówić ci, którzy odmawiają gestów solidarności z Francuzami.

Bawi cię to?

Polska jest krajem na skalę europejską szczególnie drażliwym na punkcie żartów. Pokazanie Kazimiery Szczuki parodiującej niepełnosprawną publicystkę Radia Maryja kosztowało Polsat 500 tys. zł. Problemy mieli również Marek Raczkowski, oskarżany o profanację flagi, Kuba Wojewódzki żartujący z wykorzystywania Ukrainek czy Abelard Giza opowiadający niewybredne dowcipy o papieżu. Niekiedy telewizje, świadome potencjalnych problemów, same wychodzą przed szereg, jak było w przypadku TVP, która ocenzurowała jeden z odcinków „Małej Brytanii”, wycinając fragment o pastorze-homoseksualiście. Można też wspomnieć porównanie przez niemiecki dziennik prezydenta Kaczyńskiego do kartofla, które o mały włos nie skończyło się kryzysem dyplomatycznym.

Z racji faktu, że w większości takich przypadków oskarżający stali po prawej stronie sceny politycznej (szczególne w tym zasługi ma Ogólnopolski Komitet Obrony przed Sektami Ryszarda Nowaka), mówi się czasem, że im dalej w prawo, tym mniejsze jest poczucie humoru. Dla lewicy słynny art. 196 Kodeksu karnego jest dowodem na zaściankowość polskiego prawa, rzeczą niepojętą w Europie Zachodniej.

Uczciwie trzeba jednak powiedzieć, że w drugą stronę działa to równie mocno. Publiczne wygłoszenie żartu z homoseksualizmu bez narażenia się na oskarżenia o homofobię jest chyba nawet trudniejsze niż kpienie z papieża bez oskarżeń o bluźnierstwo. Pytanie o granice poczucia humoru nie jest sprawą jednej tylko opcji politycznej.

Wszystko wolno

Klasyczna odpowiedź europejskiego liberała brzmiałaby: wolność słowa to fundament zachodniej cywilizacji, więc nie można zakazywać żadnego żartu. Osoba głosząca taki pogląd ma wtedy zapewne na myśli sprawy religijne, obyczajowe, narodowościowe (patrz: art. 196 k.k.). Ale czy można opowiadać kawały o umieraniu na raka, o głodujących dzieciach, o pedofilii? Czytelników wątpiących w to, że ktokolwiek byłby w stanie wymyślić coś tak potwornego, wypada poinformować, że w otchłaniach Internetu znaleźć można nawet gorsze rzeczy.

Istnieją zresztą sytuacje, które wymykają się jakimkolwiek czarno-białym rozróżnieniom. Oto Jack Caroll, czternastoletni chłopiec z porażeniem mózgowym. Pojawia się na scenie brytyjskiego „Mam Talent” i opowiada żarty, głównie na temat swojej niepełnosprawności, mówiąc na przykład: „Wiem co o mnie myślicie. Harry Potter miał wypadek w Quidditchu”. Publiczność zanosi się śmiechem, siedzący w jury David Walliams, współtwórca „Małej Brytanii”, nazywa go geniuszem komedii. Wszystko to pomimo tego, że dokładnie te same słowa, wypowiedziane przez kogokolwiek innego, uznalibyśmy zapewne za niesmaczne. Fakt, że opowiadający jest niepełnosprawny ma usprawiedliwiać (i chyba to robi) śmianie się z niepełnosprawnych. A gdyby niepełnosprawny naśmiewał się z innych niepełnosprawnych dzieci to usprawiedliwienie dalej byłoby w mocy? Dlaczego ten sam żart jest uprawniony w jednych okolicznościach, a niedopuszczalny w innych?

Kpić to my, a nie z nas

W wyznaczaniu granic humoru użyteczne byłoby spojrzenie na intencje. Intuicyjnie na więcej pozwalamy, gdy celem satyry jest raczej rozbawienie towarzystwa, niż osiągnięcie określonych celów. Karykatury Mahometa publikowane były nie dlatego, że same w sobie były śmieszne (bo nie były), ale przez wzgląd na histeryczne reakcje muzułmanów. Wprost przyznał to swego czasu szwedzki artysta, Lars Vilks, twierdząc, że muzułmanie powinni być obrażani dopóki się do tego nie przyzwyczają. Można mieć uzasadnione wątpliwości, czy takie podejście ciągle można nazywać satyrą.

Rozróżnieniu intencji służyć może spojrzenie na to, kto jeszcze jest wyśmiewany. Gdy wszystkie żarty dotyczą Żydów i Izraela, możemy podejrzewać, że chodzi o słabo ukrywany antysemityzm. Gdy dochodzą do tego kpiny z Palestyny, islamu i Watykanu o zarzut taki o wiele trudniej. W tę stronę – zdaje się – poszli redaktorzy Gazety Wyborczej, tytułując swój artykuł o Charlie Hebdo „Podpadli wszystkim”. Wszystkim – to znaczy wszystkich traktowali równo.

Nawet to podejście ma jednak swoje ograniczenia. Gdy twórcy obrażającego wszystkich serialu „South Park” wyemitowali odcinek „Trapped in the Closet”, wykpiwający kościół scjentologiczny oraz niektórych jego wyznawców (jak Tom Cruise), jeden z członków ekipy, Isaac Hayes, zdecydował się na odejście. Hayes, scjentolog, opublikował list, w którym tłumaczył, że nie można śmiać się z tego, w co niektórzy wierzą. Wcześniej nie przeszkadzało mu uczestniczenie w żartach z chrześcijaństwa czy islamu.

Jednoznacznej granicy tego, z czego i jak żartować wolno, wyznaczyć prawdopodobnie się nie da. Tak naprawdę bezpieczne jest tylko jedno wyjście – żartować z samego siebie. A nawet to tylko pod warunkiem, że unikać się będzie zaimka „my”. Ważniejsze jest nie to,  jak żartować, ale gdzie. Za rzadko bowiem uświadamiamy sobie, że – jak napisał niegdyś Wojciech Sadurski – podstawowym prawem towarzyszącym wolności słowa jest prawo do niesłuchania. Gdyby każdy żart trafiał tylko do tych, których on rozbawi, do tragedii takiej jak w redakcji Charlie Hebdo nigdy by nie doszło. Każdy satyryk musi mieć świadomość tego, że jego żarty nie wszystkim się spodobają. Jeśli ta świadomość powoduje, że tym chętniej sięga on po określone środki, być może powinien się zastanowić, czy jego praca aby na pewno polega na rozśmieszaniu.

Granice są względne

Na jednym ze swoich najbardziej kontrowersyjnych obrazków Marek Raczkowski przedstawił scenkę ze szkoły. Nauczyciel zwraca się do klasy słowami: „Kiedy rodzice się kochają, mówimy, że ich dziecko jest owocem miłości. Ale czasem, mimo że rodzice się kochają, dziecka nie nazwiemy owocem miłości. Kto odgadnie, kiedy mamy taką sytuację?” Zgłasza się chłopczyk: „Wtedy, kiedy dziecko jest warzywem!” „Bardzo dobrze – odpowiada nauczyciel – zanotujcie temat: Granice poczucia humoru”. To chyba najlepsza puenta do tych rozważań.

  • 7

    tl:dr

    A na poważnie (!) tekst bardzo dobry – pokazuje jak w ostatnich kilkunastu latach żart stał się przedmiotem dynamicznej ewolucji na zasadzie raz żartujemy z wszystkiego a za 3 dni w podobnej sytuacji społeczeństwo kamieniuje żartownisiów. Swoją drogą dzisiaj w Polsce był przypadek porwania dla żartu, gdzie dwóm młodym osobom zaimponował pewnie jakiś “prakster” (bo przecież nie można powiedzieć żartowniś). Tych właśnie żartownisiów, których dzisiaj mamy dość i krytykujemy my sami przecież kilka lat temu wykreowaliśmy i “nakarmiliśmy”.