dwutygodnik internetowy
17.03.2014
magazyn papierowy


Ks. Michalczyk: Nawracajmy samych siebie

Jeśli ktoś ma dobre samopoczucie i uważa, że nawracać się powinni wszyscy inni, ale nie on sam, to znaczy, że ma poważny problem. Pan Jezus raczej nie mówił o nawracaniu innych, a tylko o nawracaniu się i głoszeniu Ewangelii.


Prezentujemy drugą część rozmowy z ks. Grzegorzem Michalczykiem o Ewangelii. Rozmawiamy o życiowym wymiarze jej lektury. Pierwszą część, poświęconą historyczności ksiąg o działalności Jezusa można przeczytać tu.

 
Czy dla chrześcijanina czytanie Pisma jest narzędziem czy celem samym w sobie?
To ciekawe pytanie. Gdybyśmy przyjęli, że cześć, jaką oddajemy Pismu Świętemu, jest analogiczna do czci, którą darzymy Eucharystię, to pewnie jego lektura mogłaby być celem samym w sobie. Ale nie czcimy Biblii – rozumianej jako księga, przedmiot materialny – w ten sposób. Oczywiście, otaczamy ją szacunkiem, okadzamy, całujemy, ale Słowo Boże aktualizuje się, kiedy jest głoszone, gdy je słyszymy, wtedy prowadzi nas do wiary.
 
Wszak „wiara rodzi się z tego, co się słyszy…”
„…tym zaś, co się słyszy, jest słowo Chrystusa”. W tym rozumieniu można powiedzieć, że Słowo jest w jakiejś mierze narzędziem, które Bóg nam daje po to, żeby nas prowadzić do wiary. Jest jednym z „kanałów”, przez który Bóg chce nam dać tę łaskę. Nie słuchając Słowa Bożego, odcinam sobie jej dopływ.
 
Czy Słowo Boże jest podstawowym kanałem przekazu łaski wiary?
Dla nas tak. Apostoł Paweł, który – jako gorliwy faryzeusz – Słowo Boże znał, ale go ostatecznie nie rozumiał, otrzymał łaskę wiary w inny sposób. W drodze do Damaszku został powalony na ziemię i dopiero wtedy pojął, że wszystko, co czytał w Pismach, odnosi się do Jezusa, a prześladując Kościół, prześladuje Jego samego. Jezus nie zapytał: „dlaczego prześladujesz Moich wyznawców?”, ale „dlaczego Mnie prześladujesz?”.
Ale ten sposób działania Boga jest jednak wyjątkowy. Dla nas tym naturalnym „kanałem” przekazu wiary jest Słowo Boże: głoszone w Kościele, w rodzinie, na katechezie, czytane indywidualnie… Byle z otwarciem się na to, że Bóg przez to Słowo do nas mówi.
 
Czy nie jest tak, że czytając Ewangelię, której przekaz jest bardzo radykalny, zbyt łatwo chowamy się za tarczą, którą tworzymy sobie, mówiąc o pewnej metaforyczności jej przesłania?
Ulegamy takiej pokusie. Uczestniczyłem kiedyś w audycji radiowej rozmawiając o tym, jak to jest być chrześcijaninem w polityce. Moimi rozmówcami byli dwaj panowie, zdeklarowani katolicy, blisko związani z Kościołem. Jeden z nich z uporem podkreślał, że chrześcijanin ma prawo do nienawiści, do odpowiedzi pełnej złości na zło, które ktoś mu wyrządza. Chodziło mu oczywiście o kontekst polityczny, wątki antyklerykalne itp. Był to punkt sporny między nami. Polemizując z nim nieustannie powracałem do słów Jezusa z Kazania na Górze, gdy mówi o miłości do wrogów, modlitwie za nieprzyjaciół, przyjęciu niesprawiedliwości…
 
Jak na to reagował księdza rozmówca?
Miałem wrażenie, że go to denerwowało. Przekonywał, że Kazanie na Górze to pewien ideał, metafora, ale kiedy ktoś mi zrobi krzywdę, to mam prawo do odwetu, do zemsty. Odpowiedziałem: „oczywiście, ma pan prawo, tylko proszę nie mówić, że to jest zgodne z Ewangelią”. Chyba że uznamy, że to, co mówi Jezus, jest pozbawione sensu, a On sam wzywa swoich uczniów – a więc nas – do kompletnie nierealnego sposobu życia. Ale wtedy musielibyśmy uznać chrześcijaństwo za absurdalne.
 
Nam też się czasem takie wydaje…
Rzeczywiście, wielu ludzi przesłanie Jezusa w praktyce swojego życia uznaje za absurdalne, bo przecież nie można miłować wroga, tylko trzeba walić go po głowie. Słowem, a czasem też czynem. Nie można przebaczać, tylko trzeba się mścić. Wielu ludzi powołujących się w swych deklaracjach na chrześcijaństwo tkwi, nawet nie w logice starotestamentowej, a więc w ograniczającej prawo zemsty zasadzie „oko za oko”, ale w logice pierwotniejszej, w ramach której jeśli ktoś mnie okradnie, to powinienem nie tylko odebrać, co moje, ale jeszcze porządnie się zemścić, żeby miał za swoje!
Sadzę jednak, że to unik, ucieczka. Jeśli słowa Jezusa rzeczywiście zredukujemy do poziomu wzniosłych metafor, to nie musimy się wtedy realnie nawracać, nie uznamy swej grzeszności, nie zostaniemy pociągnięci przez głoszone Słowo… Zostaniemy bez wiary.
 
Czasem ciężko się czuć przez nie pociągniętym i na przykład rozdać wszystko ubogim.
A w którym miejscu jest powiedziane, że każdy chrześcijanin ma rozdać to, co ma?
Chrystus powiedział to konkretnej osobie i to wcale nie na początku rozmowy. Warto wrócić do tekstu Ewangelii Mateusza: przychodzi bogaty chłopak do Jezusa i pyta, co ma robić, żeby osiągnąć życie wieczne. Jezus mu mówi, żeby zachowywał przykazania, na co ten odpowiada, że tak żył od dziecka i pyta, czego mu jeszcze brakuje. Dopiero wtedy Jezus mówi: jeśli chcesz więcej, w porządku, zatem sprzedaj wszystko, co masz, rozdaj biednym, a potem chodź ze Mną.
 
To opcja dla najradykalniejszych?
Są ludzie, którzy pragną czegoś więcej, którzy chcą pójść za Jezusem, zostawiając wszystko. Jadą np. jako misjonarki, czy misjonarze do Republiki Środkowej Afryki i są gotowi zginąć za tych, którymi się opiekują, kochają tych ludzi i chcą z nimi być do końca. Nie każdego na to stać. I nie każdy może sobie pozwolić na taki radykalizm. Nie radziłbym ojcu, czy matce którzy mają na utrzymaniu sześcioro dzieci, żeby ich naśladowali. Ich miejsce jest gdzie indziej. Ale są tacy, którzy są i chcą być tam.
 
To przekonujące, ale jednak Kazanie na Górze nie zostało wygłoszone do konkretnego człowieka, tylko do wszystkich, którzy chcą pójść za Chrystusem.
Niewątpliwie Kazanie na Górze jest skierowane do każdego chrześcijanina bez wyjątku. Cała mowa Jezusa – jest w niej zapewne zebranych wiele Jego wypowiedzi – zapisana w Ewangelii Mateusza w piątym, szóstym i siódmym rozdziale, to samo serce chrześcijaństwa.
 
I też jest radykalne.
Tak, ale nie możemy tez zapominać, że Chrystus nieraz mówi w specyficzny sposób, używając semickiego, radykalnego i pełnego kontrastów sposobu wypowiedzi. Mówi też do konkretnej wspólnoty. Gdy słyszymy: „jeśli więc prawe twoje oko jest ci powodem do grzechu, wyłup je, a jeśli twoja ręka jest powodem do grzechu, odetnij ją” to nie znaczy, że mamy wziąć siekierkę i odrąbać sobie dłoń. Ale przesłanie wciąż jest radykalne: zrób wszystko, by odciąć się od tego, co jest złe, co gorszy innych, co niszczy twoje życie, odrzuć grzech za siebie, odetnij go, usuń ze swego życia.
Kiedy słyszymy: „nie martwcie się tym, co macie jeść i pić”, to nie znaczy przecież, że rodzice kilkorga dzieci nie mogą myśleć o przyszłości, nic nie robiąc tylko licząc, że o jutro to się Pan Bóg zatroszczy. On się troszczy również przez to, że bliscy sobie ludzie w imię miłości wzajemnie o siebie dbają. Mam znajomych, wielodzietną rodzinę, którzy w pewnym momencie stanęli wobec sytuacji granicznej, nie mając kompletnie środków na najpilniejsze nawet potrzeby. Okazało się, że pieniądze przyszły do nich ze źródła, z którego się kompletnie nie spodziewali, od znajomych, którzy dostrzegli problem i zareagowali. Oni sami odkryli to jako ewidentny znak troski Boga o nich w tej szczególnej sytuacji, przez tych konkretnych ludzi.
 
Powinniśmy się zatem martwić?
Ale o co? Gdybyś zapytał ludzi na ulicy, co jest im potrzebne do szczęścia, to usłyszałbyś dwie odpowiedzi: zdrowie i pieniądze. Jeśli masz zdrówko i pieniążki, to jesteś szczęśliwy. A jak już masz to zdrówko i pieniążki, to nagle się okazuje, że ci paru innych rzeczy brakuje, na przykład miłości, sensu życia – i jesteś strasznie nieszczęśliwy. A Jezus mówi: tym, który życie zabezpiecza, jest Bóg. Masz prawo pracować, mieć swoje plany, swoje ambicje, ale nie rób z tego bożka, zobacz, że to może ci w pewnym momencie zastąpić to, co najważniejsze, a przecież „mól i rdza niszczą i złodzieje włamują się, i kradną”. Te słowa Jezusa mają wspólny mianownik: przestrzec człowieka przed zadufaniem w sobie, przed pychą, przed przekonaniem, że sam, własnymi rękami, zdolnościami jest w stanie zabezpieczyć swoje życie. I otworzyć go na innych, na tych, którzy potrzebują jego pomocy.
 
Ten radykalizm słów Ewangelii jest więc zabezpieczeniem przed samozadowoleniem, przed poczuciem, że jest się „dobrym chrześcijaninem”?
Mam wrażenie, że jeśli ktoś jest naprawdę dobrym chrześcijaninem, to pewnie nigdy tego o sobie powie. I to nie z fałszywej skromności. Człowiek, który rzeczywiście żyje duchem Ewangelii, im bardziej jest święty, tym wyraźniej widzi konieczność swojego nawrócenia. To jest tak, jak ze światłem: kiedy mam półmrok w mieszkaniu, to nie widzę śmieci, ale kiedy zapalę sobie stuwatową żarówkę, to zobaczę każdy pyłek. A im bliżej jestem Jezusa, tym bardziej będzie mi przeszkadzało coś, czego bym pewnie nawet nie zauważył, gdybym był w duchowej ciemności. Właśnie tak to czuli wielcy święci, którzy w szczytowych, kulminacyjnych momentach swojego życia i swojej świętości widzieli swoja grzeszność, uważając się za straszliwie niegodnych – widzieli, że wobec miłości i piękna Boga, ich życie rzeczywiście takie jest.
 
A z drugiej strony?
Jeśli ktoś ma dobre samopoczucie i uważa, że nawracać się powinni wszyscy inni, ale nie on sam, to znaczy, że ma poważny problem. Pan Jezus raczej nie mówił o nawracaniu innych, ale o nawracaniu siebie i głoszeniu Ewangelii. Przekonanie, że oto ja – wspaniały i święty – będę nawracał innych, moim zdaniem, grzeszy pychą. Oczywiście, Apostołowie głosili nawrócenie, ale czynili to, po prostu będąc świadkami Chrystusa i głosząc Ewangelię. Wezwanie do nawrócenia jest skierowane do mnie samego – dopiero kiedy sobie to uświadomię, będę wiarygodny w życiu Ewangelią. Może wtedy mój sposób życia pomoże komuś otworzyć się na obecność Boga? Może to właśnie jest droga, by – jak powiedział Pan Jezus – czynić innych uczniami, czyli wprowadzać w relację uczeń-Mistrz z Nim (a nie ze sobą!). A to jest przecież zadaniem chrześcijan.
 
Jeśli nie chcą Państwo przegapić kolejnych wydań naszego tygodnika, zachęcamy do zapisania się do naszego newslettera.