dwutygodnik internetowy
20.04.2015
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Nauka na peryferiach

Wbrew opiniom wielu domorosłych reformatorów problemu nie rozwiąże pozostawienie kilku elitarnych, silnych uczelni i zamknięcie pozostałych, które nie rokują równie dobrze. Nie będzie ani cywilizacyjnego awansu, ani społeczeństwa obywatelskiego bez porządnych lokalnych szkół wyższych, kształcących na potrzeby regionalnych rynków pracy, a przede wszystkim pełniących rolę centrów edukacyjnych i kulturotwórczych

nauka 2 small

ilustr. Antek Sieczkowski

 

W ostatnich tygodniach media wiele miejsca poświęciły sprawie nadużyć w Instytucie Nauk Ekonomicznych PAN. Dziwnym trafem ten kompromitujący środowiska naukowe przypadek stał się przedmiotem żywych dyskusji w czasie wyborów nowego prezesa PAN. Obserwowanie wymiany listów między naukowcami mniej lub bardziej zaangażowanymi w sprawę budziło tym większy niesmak. Trudno bowiem było pozbyć się wrażenia, że stała się ona (nie rozsądzam, czy w sposób zamierzony, czy nie) elementem kampanii wyborczej w PAN. Przed samymi świętami czytelnicy głównych polskich dzienników mogli zgorszyć się sprawą prorektora, który, mimo ordynarnego postępowania wobec podwładnych, nie został ukarany przez komisję dyscyplinarną.

Również na początku kwietnia bohaterką mediów stała się młoda afrykanistka z Poznania, która ośmieliła się głośno zaprotestować przeciwko bezprawnemu utajnianiu dokumentacji otwartych konkursów zatrudnieniowych na uczelniach. Miesiąc wcześniej atmosferę podgrzała informacja o finale sprawy pewnej pracownicy naukowej, wobec której profesor dopuścił się słownego znieważenia i rękoczynów, został za to skazany prawomocnym wyrokiem sądu, ale – w przeciwieństwie do poszkodowanej – pozostał pracownikiem uczelni. Już tylko dla uzupełnienia tego smutnego przeglądu wspomnę sprawę niedoszłego doktoratu Marka Goliszewskiego, która został upubliczniona tylko dzięki akcji… studentów. Niemal co tydzień do prasy trafiają historie o plagiatach (także popełnianych przez nobliwych profesorów), nepotyzmie i innych patologiach uniwersyteckiego życia.

Kiedy czyta się takie informacje, można odnieść wrażenie, że polskie uniwersytety i instytuty badawcze to gniazda patologii i zepsucia. Te historie gładko wpisują się w obecną od kilku lat medialną narrację, w której polskie uniwersytety uczą źle, polscy naukowcy to darmozjady, a prawdziwą naukę robi się tylko gdzieś w szerokim świecie. Obraz to ponury, choć prawdziwy tylko częściowo. Nie zamierzam jednak w tym miejscu z nim polemizować. Pytanie, które stawiam, jest zgoła innej natury: dlaczego ten negatywny obraz nauki i naukowców sprzedaje się na rynku opinii tak łatwo i akceptowany jest tak bezrefleksyjnie?

Poczucie wyższości

Można by podać prostą odpowiedź: media rządzą się swymi prawami. Sensacja, w szczególności kiedy odnosi się do tych, którzy aspirują do roli autorytetów, sprzedaje się najlepiej, a wyjątki nie potwierdzają reguły. Taka odpowiedź jest wygodna, pozwala zachować dobre samopoczucie i ogólny optymizm. Można też bronić honoru stwierdzeniem, że zawiódł pojedynczy człowiek, a zatem należy go przykładnie ukarać i problem zniknie. Cóż jednak zrobić, gdy problem zniknąć nie chce, a winni nie tylko nie poczuwają się do winy, ale nadal jak gdyby nigdy nic funkcjonują w środowisku, które pomija milczeniem niewygodne sprawy?

Niektórzy skłonni są stosować prostą strategię obronną: „To nie u nas, to gdzieś tam, na prowincji, to ONI. MY zachowujemy standardy, prosimy nas do tego nie mieszać. Niech tam gdzieś się martwią”. Z tej postawy wynikał zapewne szok i niedowierzanie po nagłośnieniu sprawy INE PAN, było nie było szacownej, warszawskiej instytucji naukowej. Ten podział jest jednak złudny. Nie oszukujmy się – łamanie standardów zdarza się wszędzie, choć nie wszędzie reaguje się na takie sytuacje w ten sam sposób. Brak poczucia współodpowiedzialności za to, co dzieje się w środowisku naukowym poza własnym wąskim kręgiem kolegów i współpracowników, pociąga za sobą jednak dalej idące skutki. Słusznej dumie z sukcesów naukowych towarzyszy bowiem niejednokrotnie poczucie wyższości, oparte na fałszywym przekonaniu, że osiągnięcia naukowe idą w parze z właściwą postawą etyczną (ONI dlatego nie odnoszą sukcesów, ponieważ w odróżnieniu od nas są leniwi, roszczeniowi i tolerują patologie, które u nas nie mogłyby mieć miejsca). Skutkuje to pogłębianiem się rozdźwięków między środowiskami skupionymi wokół najsilniejszych uczelni i instytutów badawczych oraz tymi, którzy do pierwszej ligi z różnych przyczyn aspirować nie mogą. Można już dziś mówić faktycznie o dwóch naukowych światach – centrum i peryferiach –niechętnych sobie nawzajem i coraz częściej nieznajdujących wspólnego języka.

Maskowana niepewność

Dla nauki opisywana sytuacja jest niebezpieczna: instytucje naukowe stanowią bowiem złożony system naczyń połączonych, w którym słabość jednego elementu osłabia te, które na pozór funkcjonują świetnie. Utrwalanie podziału na my (dobrzy) i oni (gorsi) nadmiernie upraszcza złożoną rzeczywistość i nie służy ani zmianie stanu rzeczy, ani poprawie wizerunku naukowca. Wbrew opiniom wielu domorosłych reformatorów problemu nie rozwiąże pozostawienie kilku elitarnych, silnych uczelni i zamknięcie pozostałych, które nie rokują równie dobrze. Nie będzie ani cywilizacyjnego awansu, ani społeczeństwa obywatelskiego bez porządnych lokalnych szkół wyższych, kształcących na potrzeby regionalnych rynków pracy, a przede wszystkim pełniących rolę centrów edukacyjnych i kulturotwórczych. Społeczna rola uczelni rzadko jednak staje się przedmiotem namysłu – dominuje niezmiennie myślenie oparte na doraźnym wyliczeniu finansowych kosztów i podatkowych zysków. Patrząc z tej perspektywy, rzeczywiście opłacalne jest jedynie inwestowanie w uczelnie i instytuty badawcze o największym potencjale naukowym, bo w nich można się spodziewać największej stopy zwrotu. Z punktu widzenia znacznej części środowisk skupionych w najsilniejszych ośrodkach sytuacja ta jest również korzystna, bo czyż efekt św. Mateusza nie cieszy tych, którym będzie dodane? Tylko że nikt spośród uprzywilejowanych nie może mieć pewności, czy jutro nie znajdzie się po drugiej stronie. Bo czy ktokolwiek spośród tych, którzy o nauce decydują, może z ręką na sercu powiedzieć, że wie, w jakim kierunku mają podążać polska nauka i szkolnictwo wyższe za pięć, dziesięć czy piętnaście lat?

Negatywne skutki takiego stanu rzeczy widać już dziś. Dobremu funkcjonowaniu publicznych szkół wyższych nie sprzyja narastająca atmosfera strachu o przyszłość (te lęki wyartykułowane zostały przy okazji sprawy likwidacji filozofii na uniwersytecie w Białymstoku, a ich wyrazem stała się działalność Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej). W sytuacji zagrożenia podstaw bytu trudno znaleźć straceńca, który głośno zacznie wołać o zachowanie standardów etycznych, podnoszenie jakości badań i kształcenia. Jeśli taki się znajdzie, zwykle jest nim młody idealista, który (mniej lub bardziej świadomie) kładzie na szalę swoją karierę lub szacowny emeryt, który bać się już nie musi. Strach skrywa się za konformizmem i biernością środowisk naukowych, niezdolnych nie tylko do samokontroli, ale do zabierania głosu w jakichkolwiek istotnych społecznie sprawach. I tak jakoś natrętnie powracają w pamięci kadry z „Barw ochronnych” Zanussiego. Okoliczności zgoła inne, ale dylematy dziwnie podobne.

Mania kontrolowania

Paradoksalnie zmianie stanu rzeczy nie służy stale rozbudowywany system administracyjnej kontroli nad uczelniami, stworzony formalnie w celu zapewnienia jakości kształcenia i likwidacji patologii. Procedury nieustannego sprawozdawania wszystkiego już dawno straciły (przynajmniej w oczach tych, którzy muszą ich dopełniać) jakiekolwiek racjonalne uzasadnienie. Trzeba być człowiekiem dużej wiary lub wielkiej naiwności, by uznać, że ktokolwiek czyta raporty produkowane przez setki dziekanatów, sekretariatów i rektoratów. Obowiązek rozliczania się z najdrobniejszych form aktywności naukowej i dydaktycznej nie stanowi zachęty do jej zwiększania. A wizja biurokratycznej mitręgi, towarzyszącej podjęciu decyzji i jakiejkolwiek zmianie, działa jak najlepsza szczepionka eliminująca niebezpiecznie dobre pomysły. Nic dziwnego, że ostatni raport Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego poświęcony problematyce odbiurokratyzowania systemu kształcenia bywa przyjmowany bez satysfakcji krótkim „a nie mówiliśmy?”

Ten stan permanentnej kontroli postrzegany jest jako świadectwo braku zaufania ze strony władzy wobec całego środowiska naukowego. A brak owego zaufania podsyca postawa środowiska, jak widzieliśmy nieskorego do przyznania się do własnych grzechów. Zamykanie się środowiska jest reakcją obronną wobec przeciwników, na których wyrastają MNiSW, Polska Komisja Akredytacyjna czy Komitet Ewaluacji Jednostek Naukowych. Nieustanne zmiany przepisów, brak długoterminowych strategii i stabilnego finansowania tworzą na uczelniach atmosferę niepewności i wyczekiwania na kolejny cios. Priorytetem staje się zwieranie szeregów w obronie wspólnego dobra (jak by ono nie było postrzegane), a nie działania na rzecz eliminacji patologii uczelnianego życia. W obliczu wspólnego wroga sprawy niewygodne zamiata się często pod dywan w imię fałszywie postrzeganej środowiskowej solidarności i w obawie przed domniemanymi skutkami ich ujawnienia. Tego splotu zależności, podejrzliwości i złego prawa nie pomaga rozwiązać i to, że po obu stronach barykady stoją przedstawiciele środowiska naukowego – a przejście z jednej jej strony na drugą nie jest znowu takie trudne.

Nauka w Polsce jest traktowana po macoszemu. Co do tego panuje powszechna zgoda: śmiesznie niskie nakłady na badania, permanentne niedofinansowanie uczelni, przeregulowanie i biurokratyczne szaleństwo – wszystko to stanowi o nędznej rzeczywistości polskiego naukowca. I należy domagać się zmiany tego stanu rzeczy nie dla jednej grupy interesów – jak chcieliby widzieć środowisko naukowe jego krytycy – lecz w interesie społecznym. Żądania te mają szansę zyskać szerokie poparcie tylko wtedy, gdy w zamian daje się co najmniej dwie rzeczy: jakość własnej pracy i zobowiązanie do przestrzegania zasad etycznych. A z tym wciąż mamy problem.

  • Zdzislaw M. Szulc

    Celny tekst! W charakterze uzupelnienia i zwrocenia uwagi na faktyczne zrodlo przyczyn obserwowanego od dekad fatalnego stanu i kondycji sektora nauki i szkolnictwa wyzszego w Polsce, przypomne, ze “zapomniano”wlasciwie ustawic/wdrozyc do zycia akademickikiego/systemu spraw i rozwiazan fundamentalnych! Tymi sprawami fundamentalnymi, na ktorych opiera sie dzialalnosc kazdego markowego uniwersytetu badawczego swiata, sa integralnosc akademicka i naukowa (etyka pracy),a obecnie dochodza do tego zalecenia wdrozenia zasad i rozwiazan Europejskiej Karty Naukowca! W przypadku gdy sprawy fundamentalne nie sa wdrozone/jest ich brak/ przyjete rozwiazania formalne (ustawy/rozporzadzenia/statuty/konkursy na stanowiska akademickie/naukowe ) staja sie czysta fasada/fikcja! Misja, jakiejkolwiek instytucji, jest tu..zagrozona! Prywata i relatywizm moralny biora latwo tu gore..? Stad juz tylko krok… do farsy: biurokratyczne procedury uzasadniaja istnienie..uniwersytetu! Ten, kto ustala/kontroluje..procedury…rzadzi! Jak w tym dialogu z ‘Misia” : “I co nam pan zrobi, my pana plaszcza nie mamy..!?”

  • Pingback: Wracamy na Uniwersytet! | Magazyn Kontakt()