dwutygodnik internetowy
19.11.2012
magazyn papierowy


Nadzieja zdycha ostatnia (“Kaganiec oświaty”)

W Nepalu polskość potrafi wzbudzić negatywne skojarzenia. A winny temu jest Lech Wałęsa – człowiek którego nazwisko jest jedną z najbardziej znanych wizytówek naszego kraju na świecie. Wszyscy wiedzą, że Wałęsa obalił komunizm. Zatem ani słowa o Wałęsie, rzecz będzie o komunistach.

Ilustr.: Marta Lissowska

 

Tekst pochodzi z ostatniego numeru “Kontaktu” (“Kaganiec oświaty”, 20/2012).
 

W Nepalu polskość potrafi wzbudzić negatywne skojarzenia. A winny temu jest Lech Wałęsa – człowiek którego nazwisko jest jedną z najbardziej znanych wizytówek naszego kraju na świecie. Jednakże wśród najwyższych szczytów świata lepiej z tejże wizytówki nie korzystać, polski noblista nie jest tam dobrze widziany. Dlaczego? Bo wszyscy wiedzą, że Wałęsa obalił komunizm. Zatem ani słowa o Wałęsie, rzecz będzie o komunistach.
 

1

Rok 1996. Pretekstem stała się lista czterdziestu żądań: ekonomicznych, politycznych i społeczno-kulturowych. Wśród nich: zniesienie monarchii, wolność słowa i poglądów, decentralizacja władzy, nacjonalizacja przemysłu, redystrybucja ziemi, zagwarantowanie sekularnego państwa i zwolnienie więźniów politycznych. Ową listę wręczyli nepalskiemu rządowi przywódcy Komunistycznej Partii Nepalu (Maoiści). Ogłosili również ultimatum: spełnienie żądań albo wybuch powstania. Rząd natychmiastowo odmówił.

Oto jak rozpoczęła się największa komunistyczna rewolucja po zakończeniu zimnej wojny. Rewolucja, która zmieniła spokojny i zaściankowy Nepal w pole bratobójczej walki. Z miesiąca na miesiąc zaczęło przybywać czerwonych sztandarów, mury świątyń coraz częściej przyozdabiał sierp i młot, a do codziennego języka przenikała coraz większa liczba rewolucyjnych sloganów. Wraz z powiewającymi sztandarami zaczęła wydłużać się lista zamordowanych, zaginionych i zmuszonych do opuszczenia swoich domów. A ideologiczne konflikty podzieliły wsie, bazary, uniwersytety i redakcje. Nepal coraz szerzej ogarniała krwawa wojna domowa. Brutalność maoistów niczym nie ustępowała brutalności władzy. Obydwie strony zwalczały się z podobną zaciekłością. Masowe groby wypełniały po równi ciała wrogów ludu, komunistycznych partyzantów i zwykłych cywili.

 

Rok 2001. Piąty rok rewolucji. W zwaśnionym kraju przywódców ludu jest dwóch. Pierwszy to pięćdziesięciosześcioletni król Birenda. Wcielenie hinduskiego boga Wisznu, gwarant nepalskiej ciągłości, potomek dwustupiędziesięcioletniej dynastii. Drugim jest prawie dziesięć lat młodszy Prachanda. Rewolucjonista i partyzant, przywódca Komunistycznej Partii Nepalu (Maoiści) oraz Armii Wyzwolenia Ludowego, ostoja nadziei wielu wyzyskiwanych, dyskryminowanych, wykluczonych i biednych. Tychże dwóch polityków stało się symbolami zwalczających się ideologii, ucieleśnionymi biegunami konfliktu. Król i partyzant, władca i rewolucjonista, lokator pałacowych salonów i koczownik z leśnych obozowisk. Aż nastał pierwszy czerwca.

W czasie rodzinnego spotkania w królewskim pałacu książę Dipendra, następca nepalskiego tronu, upijał i narkotyzował się ze smutku. Powód ku temu miał iście szekspirowski – wieloletnia miłość księcia, na którą nie zgadzała się apodyktyczna rodzina. Nie minęła godzina, gdy potężnie już wstawiony dziedzic zniknął w pałacowych komnatach, by po kwadransie powrócić z karabinem w ręku i zastrzelić dziewięć osób oraz zranić cztery. Zabił ojca króla, matkę królową, całe swoje rodzeństwo, ciotki, wujów. Masakrę zwieńczył strzałem we własną głowę, po którym zapadł w głęboką śpiączkę. Następnego dnia obwieszczony został nowym królem Nepalu, lecz ze śpiączki już się nie obudził, po trzech dniach zmarł. Następnym w kolejce do korony był brat zamordowanego króla Birendy, Gyanendra, nepalski potentat tytoniowy. Przejął królestwo w trudnym czasie i szybko wybrał drogę na skróty – stał się despotą, człowiekiem nielubianym przez otoczenie i poddanych.

Pierwszoczerwcowe królobójstwo było momentem przełomowym, biegun monarchiczny przestał się liczyć w nepalskiej polityce. Ludzie odwrócili się od dworu, władza straciła legitymizację, blask korony przygasł. W tym samym czasie czerwień rewolucyjnych sztandarów nabierała intensywności.

 

Rok 2006. Wojna trwa już dekadę. Nepal stał się klasycznym państwem upadłym, które nie będąc nigdy bogate, stało się krajem nędzy. Nepalska Rewolucja Komunistyczna (tak brzmi oficjalna maoistowska nazwa powstania) pochłonęła życie ponad trzynastu tysięcy ludzi i wciąż daleka była od osiągnięcia sukcesu. Wymęczone długoletnią wojną społeczeństwo coraz głośniej domagało się zakończenia konfliktu. Im częściej ulice nepalskich miast zapełniały się prodemokratycznymi manifestacjami, tym częściej w politycznych gabinetach wspominano o potrzebie porozumienia.

W połowie roku premier Nepalu – ponad głową króla – podpisał z Prachandą umowę pokojową, zakładającą wstrzymanie walk, rozwiązanie Armii Wyzwolenia Narodowego, powołanie komisji mającej na celu zbadanie zbrodni wojennych, demokratyczne wybory oraz wypracowanie nowej konstytucji. Tego dnia wielu komentatorów obwieściło rewolucyjny pat – mało kto wierzył w siłę rozbrojonych maoistów.

 

Rok 2008. Jedno z ważniejszych pytań w czasie przełomów demokratycznych brzmi: jak wolne i sprawiedliwe mogą być wybory demokratyczne organizowane w post-konfliktowym społeczeństwie? W Nepalu głosowanie udało się przeprowadzić dopiero za trzecim podejściem – dwie poprzednie próby zostały odwołane z powodów bezpieczeństwa. Dopiero trzecią datę międzynarodowi obserwatorzy ocenili jako spokojną – zastrzelono wyłącznie jednego kandydata.

 

2

Nepal od dawien dawna jest jednym z najbiedniejszych i najbardziej zacofanych krajów na świecie. Czytać i pisać potrafi tu co drugi mieszkaniec. W związku z tym w dniu głosowania na kartach wystarczyło zaznaczyć odpowiedni rysunek: krowę (monarchiści), drzewo (rządząca do tej pory centrolewicowa partia kongresowa), sierp i młot (marksiści) lub czerwone słońce (maoiści).

Analfabetyzm sporej część nepalskiego społeczeństwa sprzyjał maoistom, którzy umieli doskonale wykorzystać to propagandowo. Za pomocą dostępnych im narzędzi marketingowych – tradycyjnych ludowych form teatralnych, ukazujących wyzysk chłopa przez pana feudalnego czy rustykalnych przyśpiewek, udało im się wymownie i zrozumiale przedstawić zwykłym ludziom swoją wizję świata. Udało im się również wykreować prawdziwie rewolucyjny wizerunek Prachandy. W ciągu wszystkich lat walk obrósł on legendą – stał się walczącą twarzą maoistów, której nikt nigdy nie widział. Od samego początku nie było wiadomo, gdzie się ukrywa, ludzie żyli plotkami, powtarzano, że mieszka w górach, innym razem, że przebywa w Indiach. Po nepalskich wsiach krążyły jedynie jego stare zdjęcia lub portrety stylizowane na Mao albo Karola Marksa.

W tej tajemniczości drzemała jego siła. Albowiem dopóki Prachanda był niewidoczny, ludzie o wiele łatwiej odnajdywali w jego rewolucyjnych odezwach treść swoich własnych marzeń o zmianach, równościach, wolnościach i szansach. O wszystkim tym, czego tradycyjnie hierarchiczna rzeczywistość nepalska pozbawiała ich z założenia.

 

3

Ku zdziwieniu całego świata, nepalskie wybory do zgromadzenia konstytucyjnego wygrał kolor czerwony – maoizm, marksizm, leninizm, jednakże przede wszystkim prachandyzm. Z dnia na dzień zaczęły się liczyć wyłącznie trzy ugrupowania:

38% głosów – Komunistyczna Partia Nepalu (Maoiści),
19% głosów – Kongres Nepalski,
18% głosów – Komunistyczna Partia Nepalu (Zjednoczenie Marksistowsko-Leninowskie).

Tego dnia korona straciła polityczny kręgosłup, żadne z powyższych ugrupowań nie wsparło despotycznego króla, monarcha został sam. Oto nadszedł czas realizacji jednego z najważniejszych komunistycznych postulatów: zastąpienia monarchii republiką.

 

Tego również dnia społeczeństwo, jak nigdy wcześniej, przepełnione było nadzieją na lepsze jutro, wiarą w rychłe przemiany. Powszechnie uważano, że wybory zakończą anarchizujący okres nepalskiego zastoju. Odmienny pogląd żywiły władze amerykańskie, na listach których maoiści nepalscy czemuś wciąż funkcjonowali jako ugrupowanie terrorystyczne.

Tego dnia, w końcu, przed dotychczasowymi mieszkańcami lasów otworzyły się drzwi salonów, zabłysnął blichtr władzy, pojawiły się pokusy elitaryzmu. Prachanda triumfował, z powstańca przekształcił się w nepalskiego premiera. Jego partia stała się niespodziewanie najliczniejszym ugrupowaniem w instytucji odpowiedzialnej za napisanie nowej konstytucji. Komentatorzy, którzy półtora roku wcześniej mówili o pacie, tego dnia chórem podkreślali nieoczekiwany sukces maoistowskiej rewolucji.

 

4

Aby lepiej zrozumieć przekaz, który powodował wśród mas tak wielkie poruszenie i nadzieję na lepsze jutro, warto przeczytać fragment wywiadu przeprowadzonego z Prachandą przez dziennikarkę BBC już po wygranych wyborach:

Maoistowscy przywódcy ślubowali, że nie będą posiadać żadnej własności prywatnej. Co zrobi pan z pensją, która będzie pan otrzymywał jako premier?

Pieniądze trafią do narodu. Z wyjątkiem drobnej kwoty na ogólne utrzymanie, złożę moje wynagrodzenie do kasy partyjnej.

W takim razie jaką pewność prawa do własności prywatnej będą mieć zwykli obywatele, gdy sami członkowie rządu postanawiają wyrzec się takowej własności?

My nie wierzymy w zniesienie własności prywatnej. Natomiast wierzymy, że przywództwo musi trzymać się z dala od zarabiania pieniędzy. Zwłaszcza podczas zapewniania ludziom bezpieczeństwa i rozwoju.

To właśnie takie „przesiąknięte ideowością” deklaracje wygłaszane przez maoistów pozwalały ludziom sądzić, że nastąpi całkowita przemiana jakości władzy w stosunku do tego, co znali dotychczas.

 

5

Rok 2012. I nadzieja zdycha ostatnia. Najważniejszym celem wybranego cztery lata wcześniej nepalskiego zgromadzenia konstytucyjnego było jak najszybsze wypracowanie nowej konstytucji oraz rozliczenie państwa z demonów wojny domowej. Dziś można już głośno powiedzieć: rządzący ponieśli całkowite fiasko. Sąd najwyższy czterokrotnie przesuwał termin zakończenia prac nad ustawą zasadniczą. Bez rezultatu. Skłóceni między sobą polityczni liderzy do dziś nie są w stanie jej wypracować. Mimo że okazję ku temu miał już każdy z nich – przez cztery powyborcze lata wszystkie najważniejsze partie przez pewien okres współtworzyły rząd i wystawiały swoich premierów. Gabinet Prachandy przetrwał zaledwie dziewięć miesięcy, upadł podczas personalnych rozgrywek związanych z próbą reformy wojska.

Podobnie, nic nie uczyniono w sprawie powołania komisji mającej zbadać przebieg rewolucji zbrojnej. Każda ze stron boi się upublicznienia faktów. Wszyscy są świadomi, że bolesna prawda skompromitowałoby każdą z walczących podczas wojny stron. A tego nie chcą ani politycy kongresowi, ani maoiści, ani były król. Jak to odbiera nepalska ulica? Pozbawiona oficjalnej prawdy o swoich zaginionych bliskich, żywi się prawdą szemraną, coraz częściej mocno antykomunistyczną.

 

Jednakże aby zrozumieć skalę konfliktu i braku możności porozumienia się polityków, warto prześledzić los partyzanckich kombatantów – żołnierzy maoistowskiej Armii Wyzwolenia Narodowego. Od podpisania układu pokojowego, czyli przez ponad siedemdziesiąt miesięcy, prawie dwadzieścia tysięcy maoistowskich żołnierzy nie mogło opuścić obozów partyzanckich z czasów zbrojnej rewolucji. Przez ten czas rządzący nie umieli znaleźć rozsądnego rozwiązania problemu tak wielkiej armii, która w żadnym wypadku nie czuła się pokonana. A po wygranych przez maoistów wyborach, uważała się wręcz za moralnie zwycięską. Dopiero kilka miesięcy temu zaproponowano jednej trzeciej czekających na rozwój sytuacji żołnierzy opłacalny system przejścia w spoczynek i integracji ze społeczeństwem. Pozostała część nadal koczuje w obozowiskach i czeka na zintegrowanie ich oddziałów z regularną armią nepalską.

A jest to proces niezwykle trudny i delikatny. Większość z maoistowskich bojowników ma dziś około trzydziestu lat, podczas gdy rekrutowani byli w wieku lat piętnastu – to znaczy, że spędzili oni całe swoje dorosłe życie w stanie rebelianckim, walcząc o „sprawę”. Obecnie co trzeci partyzant opuszcza powstańcze obozy z kilkoma tysiącami dolarów zadośćuczynienia w kieszeni i postanowieniem życia w cywilu. Człowiek taki musi nagle całkowicie przeorganizować swoje życie, znaleźć źródło dochodu, nauczyć się żyć w społeczeństwie, spróbować założyć rodzinę. Od tego, czy mu się uda, zależeć będzie przyszłość całego układu pokojowego. Bo jeżeli porewolucyjnym sierotom nie powiedzie się na nowej drodze życia, to możemy stać się świadkami buntu całego pokolenia. Pokolenia, które nie zna innej ideologii niż walczący komunizm, innej drogi rozwoju niż zbrojna rewolucja i innego domu niż partyzanckie obozowiska.

 

6

Rozważając najnowszą historię Nepalu, warto zastanowić się nad tym, kiedy można wreszcie ogłosić przegraną rewolucji. Od wyborów minęły cztery lata, w czasie których nie udało się zrealizować najważniejszych postanowień umowy pokojowej. Co na to wyrzekający się pensji Prachanda? Trudno go dziś poznać. Znacząco przytył, tracąc tym samym swoją posturę bojownika, zamieszkał w wytwornej willi z basenem oraz otoczył się służbą kierowców, lokajów i sprzątaczek. I niby nic się nie stało, po prostu upodobnił się do reszty nepalskich polityków, wszedł w odwieczne buty elit rządzących. Jednakże w himalajskim powietrzu zawisło pytanie o to, jak prywatny basen może wpłynąć na świadomość klasową.

Porównując czerwone rewolucje XX wieku nietrudno zauważyć, że wraz z każdym dodatkowym kilogramem tuszy komunistycznych przywódców postępuje zanik szans na choćby zbliżenie się do rewolucyjnej utopii. Nie inaczej jest i tym razem – demokratyczny Prachanda stał się doskonałą ilustracją szerszych przemian wewnątrz partii maoistowskiej. Po zakończeniu wojny domowej beneficjantami wszystkich zmian zostały wyłącznie partyjne elity. W dodatku składające się w znakomitej większości z wysokokastowych hindusów, co zupełnie nie odzwierciedlało przekroju religijno-etnicznego partyjnych dołów. Ludzie walczący na froncie, często dyskryminowani za swoje pochodzenie lub wiarę, oraz rodziny tych, którzy zginęli, pozostali z niczym. Nie otrzymali żadnych rehabilitacji, żadnych pieniędzy. I posiadają coraz mniej nadziei no to, że kiedykolwiek je otrzymają.

To sprawia, że towarzysze, którzy od kilkunastu lat popierali Prachandę, ci sami, w imię których walczono, z których kompletowano maoistyczne oddziały, którzy w końcu masowo poparli czerwień sztandarów w czasie demokratycznych wyborów, poczuli się dziś zdradzeni i powtórnie wykluczeni. Czy to już pogrzeb rewolucji?

 

7

Czy można być maoistą bez karabinu? Na ile można być komunistą i iść na kompromis polityczny? Jak głęboko funkcjonować można w systemie demokratycznym, nie dopuszczając się zdrady komunistycznych idei? Pytań rodzi się wiele. Niemniej wydaje się, że odpowiedź na pytanie, czy maoiści są w stanie przetrwać we współczesnej demokracji parlamentarnej, jest jedna: w dzisiejszych czasach komuniści są wrogami samych siebie.

I jest to odpowiedź szalenie niepokojąca. Ponieważ nepalskie zgromadzenie narodowe do dziś nie uchwaliło nowej konstytucji, nepalski sąd najwyższy ogłosił ponowne wybory. Mają się one odbyć 22 listopada. Trudno przewidywać, jaki będzie Nepal po tej dacie. Wiele wskazuje na to, że maoistom nie uda się już uzyskać tak dobrego wyniku. Czy w związku z tym pojawi się jakaś niepogodzona z tym faktem frakcja, która będzie rościć sobie prawo do pamięci o dziesięciu latach rewolucji z karabinem w ręku? Niestabilna obecnie sytuacja wydaje się sprzyjać grupom, które chciałyby wywołać nową rewolucję, twierdząc, że zarówno poprzednia rewolucja zbrojna, jak i obecny demokratyczny eksperyment porewolucyjny poniosły sromotną porażkę. A może w czasie wyborów do gry wkroczy zdetronizowany król wraz z ofensywą kontrrewolucyjną lub stojący na czele armii generałowie? Dlatego też lepiej zamilknąć. Za wcześnie jest jeszcze na to, żeby pisać rewolucyjne nekrologi.

Tekst powstał w czerwcu 2012. Od tego czasu postępuje proces włączania byłych partyzantów do armii nepalskiej. Ponadto we wrześniu 2012 roku, z powodu politycznych rozgrywek, wybory parlamentarne w Nepalu zostały przełożone na późniejszy termin.

 

Przeczytaj inne teksty tego Autora.

  • Orgo

    Świetny tekst!

  • Jan Lachoń

    Znakomity artykuł, bardzo wyważony, doskonale napisany i zawierający kompleksowy opis, nie tak prostej przecież, sytuacji. Gratuluję Magazynowi Nieuziemiony Kontakt tak dobrego autora i pozdrawiam. Jan Lachoń