dwutygodnik internetowy
27.06.2019
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Nadzieja w obliczu katastrofy

Wobec apokaliptycznych wizji przyszłości i teraźniejszych kryzysów wielu z nas potrzebuje choćby jednej z trzech rzeczy: poczucia sensu istnienia, wyraźnej drogi, by w trudnych czasach nie zagubić człowieczeństwa, oraz nadziei na zmianę sytuacji. Chrześcijaństwo może dać wszystkie trzy.

kontakt nowy pion

ilustr.: Stanisław Gajewski

Tekst pochodzi z 40. numeru papierowego magazynu „Kontakt” pod tytułem „Kryzys wyobraźni”.

ZAMÓW NUMER

ZAMÓW PRENUMERATĘ

***

Wizji jest wiele. Świat spłonie lub się ugotuje, utonie, zostanie zmieciony przez klęski żywiołowe, a wcześniej pogrąży się w krwawych rzeziach – o źródła energii, przestrzeń do życia, wodę. A może to wszystko zdarzy się naraz. Tak czy siak, diagnoza jest jedna: świat – przynajmniej taki, jakim go znamy – zniknie.

Na pierwszym miejscu będzie to efektem zmian klimatycznych, do których – co do czego panuje naukowa, choć wciąż jeszcze nie polityczna zgoda – człowiek wydatnie się przyczynił. W ślad za nimi pójdą – a w zasadzie już się to zaczyna dziać – globalne ruchy migracyjne. W efekcie pustynnienia całych dotąd zdatnych do życia obszarów globu ludzie je zamieszkujący udadzą się w podróż, by ocalić życie swoje i bliskich. To zaś – wraz z trudnościami w dostępie do wody oraz energii, które również już się zaczęły – doprowadzi do przemian społecznych na trudną do oszacowania dziś skalę. Ich zasadniczy kierunek również pozostaje niewiadomą. Sytuacja może wyzwolić wielkie pokłady solidarności, których istnienia nawet nie podejrzewaliśmy. Może jednak również doprowadzić do eskalacji agresji w skali oraz formach niewyobrażalnych nawet dla historyków badających dzieje okrucieństwa i pożogi. Już dziś nie brakuje pomysłów, by Europę i Amerykę Północną oddzielić od reszty świata murami chronionymi przez uzbrojonych żołnierzy w wieżyczkach strażniczych. Mogą się one jednak okazać zaledwie niewinnym preludium tego, do czego – jako dostatnie, syte i przyzwyczajone do poczucia bezpieczeństwa społeczeństwa – okażemy się zdolni wobec naszych braci i sióstr z globalnego Południa.

Nawet jeśli „obronimy” nasz „święty” spokój (a w istocie odmówimy podzielenia się nim) przed „innymi”, przyszłość mieszkańców globalnej Północy również nie rysuje się w zbyt jasnych barwach. Być może zginiemy później, ale zginiemy niechybnie, tak samo jak Łazarze pukający dziś do naszych – bogaczy w skali świata – drzwi. Zjawisko wielkiego wymierania, przed którym ostrzegają nas naukowcy i naukowczynie, nie ominie terenów Unii Europejskiej czy Stanów Zjednoczonych. Niektórzy wciąż chcieliby przekonywać, że to jedynie czarne wizje i strachy na lachy. Jest jednak inaczej. Co bardziej optymistyczne diagnozy mówią, że – jeśli nic się radykalnie nie zmieni – zjawiska te dotkną nasze wnuki i wnuczki. Mniej pozytywne scenariusze zakładają, że upadek świata oglądać będą nasze dzieci. Najgorsze – że również część z nas będzie miała wątpliwą przyjemność widzieć te procesy na własne oczy.

Podobne wizje budzą nie tylko grozę, ale też pytania. Trzy z nich są – jak się zdaje – zasadnicze. Czy jesteśmy jeszcze w stanie zatrzymać nadchodzącą katastrofę? Czy w warunkach trudnych lub ekstremalnych będziemy umieli zachować się przyzwoicie i dokonać dobrych wyborów? Oraz czy to naprawdę będzie koniec – dla nas i całego świata?

Na wszystkie trzy może i powinno udzielać odpowiedzi chrześcijaństwo.

Kościół przeciw kapitalizmowi?

Czasu jest mało. Wyliczenia różnią się między sobą, jednak ich rozpiętość nie jest wcale wielka. Jedne mówią, że i tak już jest za późno. Inne – że mamy kilkanaście lat na uratowanie siebie i planety: jeśli podejmiemy radykalne kroki, może się to udać. Najbardziej optymistyczne dają nam parędziesiąt lat do chwili, gdy nie będzie już innego wyjścia, niż tylko obserwować, jak nasze otoczenie zamienia się w świat rodem z „Mad Maxa”.

Eksperci i ekspertki z działającej przy ONZ-ecie Międzyrządowej Platformy do spraw Bioróżnorodności i Funkcji Ekosystemów pracowali trzy lata, by stworzyć najambitniejszą w historii kompilację prac naukowych na temat stanu przyrody na Ziemi. Kilka liczb wystarczy, by uświadomić sobie skalę problemu: w ciągu najbliższych dekad wymrzeć może około miliona gatunków zwierząt i roślin. 75 procent powierzchni ziemi już zostało przekształconych przez człowieka, a odsetek ten stale rośnie – prowadzimy gospodarkę w taki sposób, że ziemia jałowieje i przestaje dawać plony. To, jak działamy, sprawia nie tylko – jak chcieliby to widzieć niektórzy – że giną „jakieś tam” gatunki żabek czy storczyków, ale także, że tracimy i niszczymy źródła żywności, wody i energii dla samych siebie.

Tylko ostre cięcia są w stanie oddalić widmo katastrofy. Potrzebujemy wielkiej przemiany kulturowej, społecznej i ekonomicznej – przebudowy gospodarek, państw i społeczeństw. Nowych wzorów dobrego życia – w mniejszym stopniu opartych na konsumpcji – oraz nowych sposobów działania ekonomii. Kierunek tych zmian powinni wyznaczać także chrześcijanie i chrześcijanki oraz całe wspólnoty i Kościoły chrześcijańskie, w tym Kościół rzymskokatolicki. Sytuacja wymaga działania absolutnie ponad podziałami – społecznymi, narodowymi i religijnymi. Inspiracje płynące z chrześcijaństwa nie wystarczą. Ale gdyby każdy przekonywał choćby członków i członkinie swojej wspólnoty – wzmacniając przy okazji nawzajem swój głos w przestrzeni publicznej – efekt mógłby być wystarczający.

Kościół ma szczególną predyspozycję do tego, by odegrać ważną rolę w opisywanych procesach. Ze swej istoty – opartej o uniwersalność przesłania głoszonego w każdych czasach i warunkach – nie powinien żadnego modelu czy systemu funkcjonowania społeczeństw wspierać bezwarunkowo. Rozwój społecznego nauczania Kościoła jasno wskazuje, że widzi on swoją rolę przede wszystkim jako tego aktora, który w każdych okolicznościach broni godności ludzkiej przed nadużyciami obecnymi w każdym systemie i porządku społecznym. Gdy trzeba było krytykować komunizm za to, w jaki sposób niszczył człowieka – Kościół to robił. Gdy dziś trzeba grzmieć na temat niszczenia człowieka przez kapitalizm – papież Franciszek również nie hamuje się w słusznym gniewie. W tym sensie Kościół nie powinien przywiązywać się do żadnego modelu ekonomicznego czy politycznego – także do wolnego rynku czy państw narodowych. Nie dlatego, że żaden model nie jest lepszy od innego. Dlatego, że rolą Kościoła jest z jednej strony stanie na straży ludzkiej godności w świecie doczesnym (niezależnie od tego, kto i w imię jakich idei na nią nastaje), z drugiej zaś – kierowanie naszych oczu poza nią.

Słowem: Kościołowi – na poziomie teoretycznym – nie powinno sprawiać problemu odrzucenie kapitalizmu i nawoływanie czy to do jego fundamentalnej reformy, czy do poszukiwania innego sposobu budowania relacji gospodarczych między ludźmi. W praktyce jest to trudne, również ze względu na rozmaite uwikłania polityczne i ekonomiczne samej instytucji oraz jej przedstawicieli. Na poziomie misji – niezbędne. Papież Franciszek zdaje się to widzieć i prowadzić swoje nauczanie właśnie w tym duchu.

Drugim zasadniczym kierunkiem działań Kościoła na rzecz odpowiedzi na nadchodzącą katastrofę powinno być nawoływanie do solidarnych działań całego świata. Solidarnych – to znaczy takich, w których największe koszty ponoszą najbogatsi, najbardziej chronieni są zaś najsłabsi. Całego świata – to znaczy ponad podziałami politycznymi i narodowościowymi. Któż ma o to wołać, jeśli nie Kościół, chcący pozostać wierny swemu powszechnemu charakterowi, który bodaj najlepiej wyraził Tertulian, pisząc: „Dla nas, chrześcijan, nie ma nic bardziej obcego niż republika! Uznajemy tylko jedną: republikę wszystkich ludzi, cały świat”.

To więc właśnie Kościół rzymskokatolicki – oraz inne Kościoły i wspólnoty chrześcijańskie, a także pojedynczy chrześcijanie i chrześcijanki – powinien dawać nadzieję, że jeszcze nie jest za późno, o ile odrzucimy przywiązanie do utartych ścieżek myślenia i pójdziemy wspólnie nową drogą.

kontakt nowy2

ilustr.: Stanisław Gajewski

Chrześcijańska etyka końca świata

Obok nadziei na to, że się uda, istnieje również uzasadniona obawa, że wszelkie głosy tego rodzaju – niezależnie od tego, kto będzie je formułował – pozostaną niewysłuchane i nie przyniosą zmian. Nie oznaczałoby to jednak zniknięcia przestrzeni dla chrześcijańskiego przesłania. Być może to właśnie wtedy okaże się ono szczególnie potrzebne.

Według przywoływanego raportu już dziś na naszej doświadczonej nierównościami, głodem, klęskami żywiołowymi i przemocą Ziemi trwa dwa i pół tysiąca konfliktów o zasoby: wodę, jedzenie, ziemię i paliwa. Dla obywateli i obywatelek Unii Europejskiej, której kraje członkowskie nie zaznały wojny od dziesięcioleci, może to brzmieć jak bajka o żelaznym wilku. Trzeba sobie jednak uświadomić, że w niemałej mierze to właśnie my – kraje globalnej Północy – tego wilka spuściliśmy z łańcucha i pozwoliliśmy mu, by gryzł innych. Byle nie nas. Polityka i gospodarka prowadząca do wciąż w istocie kolonialnej eksploatacji krajów Południa, lekceważenie globalnych nierówności, brak gotowości do podzielenia się dobrobytem, spokojem i zasobami – to wszystko wyeksportowało do uboższych społeczeństw wojnę. Również wojnę o przetrwanie, bo przecież tym jest walka o wodę czy pożywienie.

Jeśli kogoś nie motywuje do działania poczucie winy za czyny, których wszak osobiście nie popełnił (choć – jak przekonywał Sven Lindqvist w książce „Terra nullius” – do odpowiedzialności pociąga nas sam udział w „podziale łupów”), być może przekona go odpowiednio przeżyty lęk. Wojny o zasoby – w szczególności o energię – czekają również nas. To, cośmy skutecznie wyeksportowali, z pewnością do nas wróci. I nie jest oczywiste, czy nasz „bilans handlowy” w tej sprawie będzie dodatni, czy ujemny. Niezależnie jednak od tego ważne jest, by – gdy wilk zacznie polować także na nas – pamiętać również o istnieniu bilansu moralnego. Z sytuacji, w której ludzie walczą o byt, niełatwo wyjść czystym. Nie znaczy to, że w ekstremalnych warunkach nie warto starać się zachować najlepiej, jak potrafimy. Dokonać dobrych wyborów. Nie stracić przyzwoitości.

Chrześcijaństwo może i powinno wskazywać ku temu drogę. W centrum swojego nauczania stawia Boga, który stał się człowiekiem – a przez to także każdego innego człowieka. Chrystus swoje życie ofiarował za wszystkich, ale gesty szczególnej miłości wykonywał względem odrzucanych, odpychanych i marginalizowanych. Gdy karmił – karmił tłumy. Gdy uzdrawiał, nie szczędził łaski. Nie był Mesjaszem dla wybranych, lecz dla całego świata. Popychani Jego nauką uczniowie i uczennice przyjęli radykalne rozwiązania społeczne – „wszystko mieli wspólne”, a dobra rozdzielali nie według zasług czy godności, lecz potrzeb. W pierwszych wspólnotach chrześcijańskich trudno byłoby sobie wyobrazić „walki o zasoby”. Wśród ludzi, którzy usłyszeli: „Kto by między wami chciał się stać wielkim, niech będzie sługą waszym. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem wszystkich” oraz „Jeden drugiego brzemiona noście”, królować winna solidarność, nie rywalizacja. To prawda, że codzienna praktyka chrześcijan i chrześcijanek pokazuje, że nauczanie Jezusa wydaje się wymagające ponad ludzką miarę. Być może jednak okaże się, że w czasach ponad ludzką miarę trudnych, tym mocniej trzeba będzie do niego przylgnąć, by stworzyć swoistą „etykę końca świata” i na ostatnim etapie historii ludzkości nie stracić człowieczeństwa. To wezwanie dla poszczególnych osób do dokonywania indywidualnych wyborów w duchu solidarności – na przykład rezygnacji z nadmiernej konsumpcji czy przyjęcia pod swój dach przybysza. Ale to też zadanie dla całych społeczeństw, by budowały struktury i mechanizmy, które na to pozwolą. Chrystusowe nauczanie wskazuje kierunek, w którym warto iść, by to osiągnąć.

Wywyższenie po upadku

A jeśli się nie uda? Jeśli i nie zatrzymamy katastrofy, i nie staniemy na wysokości zadania, by przejść przez nią z podniesionym czołem, nie pozwalając, by zniszczył nas egoizm i brak solidarności? Czyż wtedy chrześcijaństwo nie ofiaruje nam przynajmniej (a może właśnie przede wszystkim) nadziei na to, że nie tylko śmierć, ale też grzech, choćby największy, nie jest ostatnim słowem w naszej historii?

Tak, czasu jest mało, ale czy chrześcijanin i chrześcijanka nie mają go w istocie bez końca? Egoizm niszczy człowieka, ale czyż Bóg nie jest większy niż nasz grzech? Czy już raz nie umarł za nie wszystkie – te popełnione i te, które dopiero popełnimy? W optyce chrześcijańskiej śmierć i zło nigdy nie kończą dziejów świata, choćby – z perspektywy Ziemi – wszystko na to wskazywało. Jeśli przyjdzie nam umrzeć w globalnym piekarniku, bo nie zdołamy w porę się otrząsnąć i ocalić Bożego domu, jeśli wcześniej pozabijamy się w walce o wodę i jedzenie, jeśli będziemy strzelać do innych, by bronić swojego dobrobytu, siać śmierć, by obłudnie „bronić życia” – to i tak Chrystus zawsze wtedy będzie przy nas: przy zabijanych, ale także przy zabijających.

Taka jest nadzieja płynąca z Krzyża i z pustego Grobu. Chrystusa nie ma w Grobie, bo żyje. „Nie ma Go tam”, bo jest przy nas. Wiara w Zmartwychwstanie zmienia całą perspektywę. Żadną miarą nie zwalnia z prób ratowania świata. W żaden sposób nie pozwala przestać walczyć o to, by – w obliczu czekających nas najtrudniejszych dylematów – stanąć na wysokości zadania, jakie postawił nam Jezus, mówiąc: „Nie tak będzie między wami”. Ale gdybyśmy kolejny raz upadli – jako jednostki i jako wspólnota – to właśnie Zmartwychwstanie daje nadzieję, że w perspektywie szerszej niż doczesna, żaden upadek nie jest tak wielki, by nie mógł się skończyć wywyższeniem.

Zawsze w ręku Ojca

Tę opowieść można przetłumaczyć na myślenie o innych wyzwaniach, przed którymi stoimy jako ludzkość, społeczeństwo, wspólnota Kościoła czy jednostki. W podobnej optyce można spojrzeć na nierówności społeczne: uniwersalne przesłanie chrześcijaństwa może nas pchać do ich systemowego niwelowania, indywidualnej troski o wykluczonych, wreszcie – do nadziei, że jeśli jedno i drugie zawiedzie, to przynajmniej Bóg, mimo naszej porażki, odda wszystkim cierpiącym sprawiedliwość. Można w ten sposób spojrzeć na nasze podejście do ubogich, dyskryminowanych, odrzucanych w społeczeństwie i w naszej wspólnocie religijnej: to do Niego należy ostatnie słowo w ich historii, co nie sprawia, że my sami nie powinniśmy działać na rzecz poprawy ich losu. Możemy tak patrzeć na nasz stosunek do przyrody – nie tylko w kontekście zmian klimatu – w tym na przykład do zwierząt. Do kryzysów w rodzinie: gdy ratujemy więzi, jak długo się da; później staramy się przynajmniej zmniejszać krzywdy i nie dodawać sobie nawzajem cierpienia; wreszcie wierzymy, że nawet w rozpadzie Bóg umie tworzyć. Do kryzysów w Kościele, także polskim: skalę katastrofy – którą widać już nie gdzieś na horyzoncie, ale znacznie bliżej – można jeszcze zmniejszyć, jeśli staniemy po stronie Chrystusa i jego nauki. Jeśli to się nie uda, możemy spróbować chociaż nie zawieść osób krzywdzonych w naszej wspólnocie – zachowywać się po prostu przyzwoicie. A jeśli zawiedziemy wszyscy, pozostanie nam wierzyć, że nawet z tego obumarłego ziarna Chrystus będzie w stanie wyprowadzić nowe życie dla Ewangelii – na ugorze zacznie się budowanie od nowa.

Każda z tych opowieści wskazuje na to samo: chrześcijaństwo nie jest religią moralnego rygoryzmu dla samego rygoryzmu. Wzywa do wielkich rzeczy i wielkich poświęceń, ale nie „w imię zasad”, zwłaszcza bezdusznych – pójście za jego głosem nie może być motywowane lękiem, ślepym posłuszeństwem czy ideologią. By nasza droga była prawdziwie chrześcijańska, naszą przewodniczką – zwłaszcza w czasie katastrof – musi być nadzieja. Nadzieja na odwrócenie niszczących trendów, na odnalezienie słusznych wyborów na co dzień i w ekstremalnych sytuacjach. I na to, że Bóg się od nas nie odwróci, niezależnie od mizerii naszych starań i ogromu naszych niepowodzeń. Nadzieja, która ukryta jest w słowach Chrystusa: „Moje owce słuchają mego głosu, a Ja znam je. Idą one za Mną i Ja daję im życie wieczne. Nie zginą one na wieki i nikt nie wyrwie ich z mojej ręki. Ojciec mój, który Mi je dał, jest większy od wszystkich. I nikt nie może ich wyrwać z ręki mego Ojca”. Nikt nas nie wyrwie z ręki Ojca. Nawet my sami.

***

Chrześcijaństwo daje dziś nadzieję ludziom w wielu miejscach globu. Tworzy przestrzeń do działania, daje wolność, motywuje do zmiany życia, Kościoła oraz świata w myśl radykalnych rozwiązań. Nie ustaje w poszukiwaniach. By się o tym przekonać, warto choćby sięgnąć po książkę Mirosława Wlekłego „Raban! O Kościele nie z tej ziemi”, w której opisuje on źródła chrześcijańskiej nadziei bijące w różnych zakątkach świata. Ze źródeł tych – znajdowanych w Kościele – piją zaś wszyscy, także ci, którzy w naszym społeczeństwie i w naszej wspólnocie są wciąż marginalizowani: kobiety, osoby LGBT, niewolnicy, ubodzy, ofiary zmian klimatu, prostytutki, imigranci. To nie źródło dla wybranych, ale dla wszystkich.

W Polsce póki co jest inaczej. Rację ma Szymon Hołownia, który w niedawnym felietonie w „Tygodniku Powszechnym” przekonywał: „Unikatowym «towarem» chrześcijaństwa, «towarem» próby takiej, że do tego poziomu nie jest w stanie zbliżyć się (choć próbowało wielu) nikt inny, […] jest zawsze oparta na Zmartwychwstaniu nadzieja”. „To nadzieja pozwala żyć w nas miłości, na czym w sumie polega przecież nasza wiara” – kontynuował. Rację niestety miał również, gdy puentował: „Właśnie z tym kojarzymy się wielu dziś ludziom najmniej”.

I choć z każdym jego słowem wypada się zgodzić zwłaszcza dziś – w czasie trudnym dla Kościoła i świata – to nawet to nie jest powodem, by tracić, nomen omen, nadzieję, że jeszcze będzie inaczej.

***

Działalność Kontaktu można wspierać finansowo w serwisie Patronite.

Teksty z bieżącego internetowego wydania Kontaktu można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Radioaktywny klimat. „Czarnobyl” i kryzys klimatyczny

Nadzieja ludzi naiwnych