dwutygodnik internetowy
23.11.2015
magazyn papierowy


„Nad morzem”. Film Angeliny Jolie

Angielinie Jolie niewątpliwie służy zrezygnowanie z tematyki wojennej, którą zajmowała się w swoich pierwszych dwóch filmach. Tym razem skupiła się na czymś – prawdopodobnie – bliższym jej życiu, na czym zna się znacznie lepiej. Dzięki temu nie ma możliwości uderzenia w patetyczne tony ani przybliżania ważnych dla świata spraw (co robiła w strasznie infantylny sposób). Nie oznacza to niestety, że udało jej się też uniknąć naiwności oraz prób „sprzedania” wielkich mądrości.

materiały prasowe

Do filmów reżyserowanych przez aktorów, zwłaszcza znanych, zawsze podchodzę z ostrożnością i sporymi obawami. Przykładowo, Angelina Jolie już dwa razy udowodniła, że zdecydowanie lepiej czuje się przed kamerą. Korzystając jednak ze znanego powiedzenia, że do trzech razy sztuka, zdecydowała się nie tylko wyreżyserować film „Nad morzem”, ale też napisać do niego scenariusz i zagrać w nim główną rolę. Efektem jest jej najlepsze, jak do tej pory, dzieło. Co niestety absolutnie nie znaczy, że jest ono dobre.

Roland i Vanessa przyjeżdżają do małej, ale bardzo malowniczej miejscowości we Francji, by tam odciąć się od świata. On chce w końcu napisać kolejną książkę, ona planuje głównie odpoczywać. Najważniejszym jednak elementem pobytu nad morzem jest próba ożywienia pogrążającego się w coraz większym kryzysie związku.

Angielinie Jolie niewątpliwie służy zrezygnowanie z tematyki wojennej, którą zajmowała się w swoich pierwszych dwóch filmach. Tym razem skupiła się na czymś – prawdopodobnie – bliższym jej życiu, na czym zna się znacznie lepiej. Dzięki temu nie ma możliwości uderzenia w patetyczne tony ani przybliżania ważnych dla świata spraw (co robiła w strasznie infantylny sposób). Nie oznacza to niestety, że udało jej się uniknąć naiwności oraz prób „sprzedania” wielkich mądrości. Przez większość filmu wydaje się, że jedyne, co reżyserka ma do powiedzenia na temat długich związków to to, że po pewnym czasie wpadają one w rutynę, nudzą się obojgu partnerom. Podkreślane jest to przez ciągle powtarzające się rozmowy o niczym, wzajemne pretensje i unikanie drażliwych tematów. Gdy pod koniec filmu widz dowiaduje się, co było głównym powodem kryzysu, jest już tak znudzony, że naprawdę trudno przejąć się tym dramatem. Jolie miota się, próbując zaciekawić odbiorcę i przekazać mu coś ważnego na temat życia z drugim człowiekiem. Jak przy okazji poprzednich jej dokonań, otrzymuje on jednak garść oczywistości, podanych na dodatek w strasznie męczący sposób. Niewykluczone, że gdyby do końca nie było wiadomo, co właściwie stało się w przeszłości Vanessy i Rolanda, po seansie pozostałaby przynajmniej nutka niepewności, coś, co by rzeczywiście mogło intrygować.

Punktem przełomowym filmu jest moment, gdy Vanessa odkrywa, że w ścianie pokoju hotelowego jest dziura, przez którą może obserwować przebywające tam młode małżeństwo. Po pewnym czasie dołącza do niej Roland, co staje się zaczynem czegoś na kształt nowej, wspólnej pasji, która sprawia, że oboje się do siebie zbliżają. Problem w tym, że jest to pomysł mocno niewykorzystany. W zasadzie nie wiadomo, dlaczego bohaterowie tak bardzo lubią to robić ani co im to daje – widać tylko, że zaczynają odżywać. Ta „terapia przez dziurkę od klucza” byłaby znacznie ciekawsza, gdyby zmienić nieco koncepcję filmu i gdyby to Vanessa i Roland byli podglądani. Grają ich bowiem Angelina Jolie i Brad Pitt, od dawna będący w związku w prawdziwym życiu. Jeśliby więc film opowiadał o parze, która na wakacjach ma przypadkowo okazję podglądać Jolie i Pitta (chociaż nie musieliby oni koniecznie grać samych siebie) „Nad morzem” mogłoby być ciekawą wypowiedzią na temat aktorskich par. Było już dzieło, które zasadzało się na podobnym pomyśle – w „Oczach szeroko zamkniętych” Stanleya Kubricka główne role grali Nicole Kidman i Tom Cruise, również będący małżeństwem poza planem. Kubrickowi wyszedł intensywny psychologiczny dramat o (między innymi) koszmarze zdrady. Jolie mogłaby pójść na przykład w kierunku celebryctwa, prywatności wielkich gwiazd kina. Tak się jednak nie stało.

Seans „Nad morzem” dla większości widzów będzie zatem sporym wyzwaniem. Na nic zdają się piękne widoki, świetna scenografia oraz kostiumy. Nie zastąpią one mizerii scenariusza, w większości – chociaż z wyjątkami – drętwych dialogów oraz, co jest kolejnym wielkim problemem filmu, nieprzekonującego aktorstwa. Jolie i Pitt wyraźnie męczą się, występując razem przed kamerą, do tego ich bohaterowie są mocno antypatyczni. Nawet jeśli intencje mieli szczere i chcieli przekazać widzom coś ważnego i ciekawego, bardzo trudno jest to osiągnąć, gdy publiczność nie pała sympatią do oglądanych postaci. Pozostaje mieć nadzieję, że rzeczywistość aktorskiego związku jest znacznie sympatyczniejsza i szczęśliwsza.