dwutygodnik internetowy
17.11.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Nacjonalizmy nasze skryte i fantazmat starcia cywilizacji

Liberalizm w swej historii starając się oddać pole prawom rynku, musiał go wspierać na polach innych niż interwencje gospodarcze. Obszarem troski rządów stało się bezpieczeństwo populacji.

Ilustr.: Ania Libera

Liberalizm w swej historii starając się oddać pole prawom rynku, musiał go wspierać na polach innych niż interwencje gospodarcze. Obszarem troski rządów stało się bezpieczeństwo populacji. Legitymizacja tego porządku wynika z tego, że szafuje on pewną fantazją o potencjalnym zagrożeniu, przed którym broni się społeczeństwo.

Gazeta Wyborcza, uczestnicząc w projekcie pięciu najważniejszych europejskich dzienników, powzięła się trudnego zadania sproblematyzowania zjawiska starzenia się polskiego społeczeństwa, które to zjawisko ściśle łączy się z napływającą do Europy falą imigrantów. Efektem tych starań jest seria analiz, reportaży i wywiadów, mających na celu przygotowanie Polaków do zmierzenia się z tym problemem, czyli płynącym z obserwacji malejącego przyrostu naturalnego wnioskiem, że polityka imigracyjna Unii i Polski stanie się wkrótce decydującą dziedziną planowania naszej przyszłości, której wizje rysują się póki co nieciekawie dla zwolenników kulturowej jednorodności. Kryzys demograficzny czyha w socjologicznych i ekonomicznych wyliczeniach, a w jego obliczu należy przyjąć jakąś strategię działania. Póki co strategią Unii jest zamykanie granic przed napływową ludnością, szukającą schronienia w arce demokratycznego dobrobytu. Konsekwencje tego są opłakane dla nich i w dalekiej perspektywie dla nas, kosztem przyszłości zapewniających sobie dzisiejszy święty spokój.

 

Prorodzinne recepty

Zazwyczaj mówi się, że ratunkiem i wyjściem z tej pogłębiającej się zapaści jest stymulowanie wzrostu urodzeń. Ten sposób ratowania naszego świata ma dwa warianty. Pierwszy, konserwatywny, nawołuje do przemiany świadomości, lub w wersji bardziej religijnej, po prostu do nawrócenia i powrotu do tradycyjnej rodziny, jako przeciwwagi dla hedonistycznej i zindywidualizowanej nowej kultury bycia. Drugi, bardziej realistyczny, uwzględnia systemowe i materialne zaniedbania, takie jak niskie płace, elastyczność rynku pracy, brak stabilności bytowej, niepewność jutra. Podczas ostatniego synodu biskupów mieliśmy okazję zaobserwować swego rodzaju ewolucję w Kościele, odbiegającą od konserwatywnego stanowiska, skupionego wokół krytyki cywilizacji śmierci, w stronę zmiany języka i nauczania, pozwalającego rozpoznać materialne uwarunkowanie człowieka, zawieszenie i uwikłanie w sieci zależności ekonomicznych. Tym sposobem widmo człowieka wielowymiarowego, słabego i potrzebującego realnego wsparcia przeniknęło do duchowości Kościoła.

Obie perspektywy, cieszące się statusem oczywistości oraz niepodważalną aprobatą w społecznej świadomości zgadzają się co do jednego: kryzys demograficzny winniśmy leczyć wspieraniem rodziny. Różnice dotyczą tu jedynie doboru środków: jedni będą chcieli wspierać rodzinę systemową polityką społeczną, drudzy remedium widzą w jeszcze większym uwolnieniu rynku, zmniejszeniu zobowiązań obywateli wobec państwa.

Warto zauważyć, że taka pozornie skonfliktowana hegemonia, sankcjonuje także pewien określony heteronormatywny i tradycyjny model rodziny, nie przyznając tego miana różnym innym formom współżycia, a przeto piętnując jako dewiacyjne i za naturalne biorąc bronione przez siebie wartości, implicite je dyskryminują.

Zwolennicy polityki prorodzinnej, argumentują, że jest ona inwestycją w siłę państwa. Państwo ma być wszakże silne mocą i liczebnością swoich zdrowych i normalnych rodzin. Przekonuje do tego poglądu między innymi demograf Krystyna Iglicka-Okólska w wywiadzie udzielonym Adamowi Leszczyńskiemu w jednym ze świątecznych wydań Gazety Wyborczej (Magazyn Świąteczny 27.10.2014 ). Rektorka szkoły Łazarskiego bije na alarm, przedstawiając prognozy, że w 2030 roku w Polsce, nawet przy względnej poprawie wskaźnika dzietności, zabraknie około 140 tys. osób w wieku produkcyjnym. Dlatego winniśmy ze szczególną uwagą i bezzwłocznie skupić się na zabiegach mnożących populację. Iglicka-Okólska przekonuje wszakże, że musimy wystrzegać się błędu popełnionego przez państwa zachodnie zaludnione przez imigrantów, bowiem multikulturalizm poniósł sromotną klęską. Dlatego pożądanym jest postawić na rozwój sił społecznych w ramach własnej grupy etnicznej i kulturowej. Taka logika skrywa pewne bardzo niepokojące podstawy.

 

Multikulti na śmietniku historii
W analizach przyczyn wzburzenia na Zachodzie- zwłaszcza w traktowanych jako laboratoryjne przypadkach Niemiec i Francji- zwraca się uwagę na porażkę multikulturalizmu. Dominująca narracja głosi, że jakiś czas temu Europa otworzyła łaskawie swoje podwoje dla przybyszy z odległych egzotycznych krain i przyjęła napływową ludność o ciemnych karnacjach, wyznających obce religie i rytuały uchodźców, posługujących się obcymi językami i różniących się od nas przyzwyczajeniami tułaczy, licząc, że wyświadczona gościnność spotka się z zasłużoną wdzięcznością. Wszelako zintegrowanie owych cudzoziemców nie powiodło się, może nie z wrodzonej hardości i dzikości, ale na pewno z ich niezdolności do przyswojenia naszych norm współżycia społecznego. Podobne wyjaśnienia krążą wokół problemu zawiedzionego zaufania i niewdzięczności.

Paradygmat ten wspiera się na założeniu, że naturalnym zrządzeniem losu ląd między Atlantykiem, a tą częścią kontynentu, gdzie zaczyna się nieokiełznany żywioł rosyjski, przypadł jako ojcowizna naszej nacji, gdzie na trwałych fundamentach dzięki pracy własnej i niespotykanym cnotom duchowym, wznieśliśmy przybytek tego, co zwać się przyjęło cywilizacją europejską, gdzie gospodarzymy jako lud etnicznie jednorodny, choć mieniący się różnymi odcieniami. W takiej opowieści z upodobaniem wyliczamy filary genealogiczne europejskiego dziedzictwa, esencjonalnie zawarte w spocie wyborczym przez kandydującego do europarlamentu prof. Ryszarda Legudkę: filozofię grecką, prawo rzymskie, chrześcijańską tożsamość i wspólnotę, francuską jasność myśli i elegancję, angielski parlamentaryzm i sztukę gospodarowania, niemiecką solidność i organizację, oraz polskie umiłowanie europejskiego dziedzictwa i wolności.

Tradycja oporu stawianego wschodnim najeźdźcom, to kolejny aspekt tego dziedzictwa, w którym także mamy narodowy udział. Zresztą w podobnym tonie 10 lat temu wypowiadał się kard. Joseph Ratzinger, mówiąc, że Turcja w całej historii reprezentowała inny kontynent, pozostając w ciągłym kontraście z Europą. Snują się po naszej Europie cienie jej ojców protektorów, stawiających niegdyś mężnie czoło barbarzyńskim inwazjom. W ołtarz kultury łacińskiej wprawione wizerunki upamiętniają Karola Młota, cesarz Karola V i Jana III Sobieskiego, który swoją odsieczą wjechał na husarskich skrzydłach prosto do habsburskiego cesarstwa, potwierdzając przynależność do starego kontynentu. W XXI wieku oddalonym kilka stuleci od tamtych dziejów, gdy starcie cywilizacji nadal jest w mocy, owi bohaterowie zamiast odchodzić na zasłużony spoczynek, stawiani są w światłach ramp wielkiej polityki. Słyszymy nieraz, że także dzisiaj potrzeba nam mężów stanu, którzy żelazną ręką zaprowadzą ład, rozprawiając się z obcymi masami zalewającymi nasz kontynent. Jednak dzisiaj ta defensywa przybrała odmienne formy działania, skupione wokół nowej metody rozwiązywania problemów społecznych i geopolitycznych: biopolityki.

 

Czyste życie
Trudno w sposób przejrzysty i jednoznaczny zdefiniować czym jest owa biopolityka, dlatego też najłatwiej napisać, czym w żadnym wypadku ona nie jest. Negatyw działania biopolitycznego znajdujemy w greckiej antropologii i filozofii, którego najpełniejszy obraz można zrekonstruować sięgając do Kondycji Ludzkiej Hanny Arendt.

Życie w antycznym polis dzieliło się na trzy zasadniczo istotne elementy, których stosunek i miejsce było antropologicznie znaczące i kulturowo fundujące. Pierwszym komponentem jest tzw. wytwarzanie czyli praca twórcza. Jej istotą jest przekuwanie naturalnie danej materii w przedmioty sztuczne, dla człowieka i przez człowieka wykonane. Drugim składnikiem jest praca, rozumiana jako reprodukcja życia biologicznego, służąca podtrzymywaniu trwania ludzkiego ciała. Odbywająca się w oikos, czyli samowystarczalnym domostwie, prywatnej sferze, skrywającej za swoimi progami cały niewolniczy znój poświęcony przetrwaniu, wiąże się z koniecznością. Jej niewolniczy charakter oznacza, że wykonywali ją przedstawiciele grup zniewolonych, to jest niewolnicy i kobiety (np. jako matki). Byli oni z samej swojej natury związani są z działalnością bliską natury, toteż nie mogli cieszyć się fruktami prawdziwiej wolności, albowiem wolność konieczności nie znosi.  Oikos stanowi swoiste biologiczne zaplecze prawdziwego obywatela, który swoje człowieczeństwo realizuje poprzez działanie, dokonując pięknych czynów na estradzie publicznej, spełniając się w płomiennych mowach, dając wyraz cnotom duchowym, sile i sprawności fizycznej, kiedy przychodzi do wojennych eskapad. Działanie jest jedyną czynnością, która zachodzi bezpośrednio między ludźmi bez pośrednictwa materii pisze Arendt. Jej warunkiem, poza wolnością od trudów życia biologicznego, jest także wielość, ponieważ wszyscy jesteśmy tacy sami, to znaczy jesteśmy ludźmi, w taki sposób, że nikt nigdy nie jest taki sam jak ktokolwiek inny, kto żył, żyje lub żył będzie.

Na kompletny obraz kondycji ludzkiej, której nie można traktować jako natury ludzkiej, składa się zmienna w czasie konstelacja trzech, skrótowo przedstawionych powyżej elementów. Świat grecki opisywany przez Arendt nie toleruje, by sprawy publiczne wypełnione były problemami pracy, gdyż ta kłóci się z wolnością i jest to cecha zasadniczo różniąca antyk od czasów nam współczesnych. Dzisiejsza polityka bowiem zajmuje się przede wszystkim sprawami bytu materialnego człowieka. Można powiedzieć, że obywatele stali się klientami polityki, oczekując od niej zaspokojenia potrzeb życiowych. Najwyższym osiągnięciem tej tendencji jest być może welfare state, podstawą którego było właśnie zapewnienie bezpieczeństwa środowiskowego, gwarantującego zrównoważony rozwój gospodarczy. Toteż, o ile wskaźnik „biopolityzacji” u starożytnych zmierza do zera, bądź po prostu wartość ta jest u nich założona, o tyle w organizacji państwa opiekuńczego dąży on do nieskończoności. Tą myśl rozwinął Michel de Foucault i to on właśnie jest ojcem biopolityki.

Pisze on, kontynuując pracę Arendt, że przez tysiąclecia człowiek pozostawał tym, czym był dla Arystotelesa: wyposażonym w życie zwierzęciem, zdolnym ponadto do egzystencji politycznej; człowiek nowoczesny jest zwierzęciem w polityce, w której postawiona zostaje kwestia jego życia jako żyjącego bytu. Foucault dostrzegł dalej, analizując historię społeczeństw, przejście od państw suwerennych o ambicjach imperialistycznych, skupionych na podporządkowanej rządom ziemi, do państw biowładzy, które za swój przedmiot obierają biologiczne życie ludzi i powstałą z ich agregacji populację. Troską biowładzy jest kontrola rozrostu tej populacji oraz jej dobrostan, ale także higiena i zdrowie. W sposób paradoksalny biopolityka wiąże z liberalizmem i neoliberalizmem, którego maksymą jest „rządzenia zawsze za dużo”.

Liberalizm w swej historii starając się oddać pole prawom rynku, musiał go wspierać na innych niż interwencje gospodarcze obszarach. Troską rządów stało się bezpieczeństwo populacji. Legitymizacja tego porządku wynika z tego, że szafuje on pewną fantazją o potencjalnym zagrożeniu, przed którym broni się społeczeństwo.

Podobną krytyczną analizę uprawia Slavoj Žižek. Dowodzi on, że współcześnie miejsce tradycyjnych sporów ideologicznych zastąpił sprofesjonalizowany system zarządzania i administracji, który służy tylko bezpieczeństwu i podnoszeniu dobrobytu ludzkości. Niestety, powoduje to, że obywatele skłonni są do działania tylko pod wpływem strachu, dlatego biopolityka jest po prostu polityką strachu, skoncentrowaniem na obronie przed potencjalną krzywdą lub zastraszeniem. Tym strachem jest między innymi strach przed Innym.

 

Kto u siebie?
W swej obserwacji zjawisk związanych imigrantami Žižek dotyka sedna problemu, mówiąc, że wobec odrodzenia tożsamości kulturowej Zachodu, wszystkie wiodące partie europejskie podkreślają, że imigranci są zaledwie gośćmi w naszych społeczeństwach i dlatego muszą stosować się do norm kulturowych obowiązujących w naszym społeczeństwie. Myśląc o imigrantach Francuzi postrzegają ich jako gości, a siebie jako gospodarzy. Žižek nadmienia, że we francuskim dyskursie, niepodzielnie rządzi rozróżnienie obywatel- autochton, z domyślną rasistowską normatywizacją. Tak skonstruowana definicja doskonale konserwuje podziały etniczne kwitnące w Europie, ma natomiast bardzo wątpliwe podstawy.

Na analogicznym gruncie wyrastał w Polsce antysemityzm. Wyraźnie ukazuje to nowela Mendel Gdański Marii Konopnickiej. Tytułowy Mendel w rozmowie ze znajomym zegarmistrzem dowiedziawszy się, że szykują się antyżydowskie zamieszki pyta:

– Nu, za co Nui mają wszystkich Żydów bić?
– A za cóż by? – odrzucił swobodnie zegarmistrz. – Za to. że Żydy!
– Nu – rzekł Mendel mrużąc siwe oczy – a czemu Nui do łasa nie idą i nie biją brzeziny za to. że brzezina, albo jedliny za to, że jedlina?..
– Ha! ha! – rozśmiał się zegarmistrz – każdy Żyd ma swoje wykręty! Przecież ta jedlina i ta brzezina to nasze, w naszym lesie, z naszego gruntu wyrosła!
[..]
– Nu, a ja z czego wyrósł? A ja z jakiego gruntu wyrósł? Pan dobrodziej mnie dawno zna? Dwadzieścia i siedem lat mnie pan dobrodziej zna! Czy ja tu przyszedł jak do karczmy? Zjadł, wypił i nie zapłacił? Nu, ja tu nie przyszedł jak do karczmy! Ja tu tak w to miasto urósł, jak ta brzezina w lesie! Zjadł ja tu kawałek chleba, prawda jest. Wypił też wody, i to prawda jest. Ale za tego chleba i za tej wody ja zapłacił.
[..]
– Tak się to mówi’ – odparł dyplomatycznie zegarmistrz – ale Żyd zawsze Żydem!.,.
[..]
– Nu. a czym nu ma być? Niemcem ma być? Francuzem ma być?.. Może nu koniem ma być? Nu, bo psem to nu już dawno się zrobił, to nu już jest!
– Nie o to chodzi! – rzekł patetycznie zegarmistrz. – Chodzi o to.
żeby nie był obcym..

Stary Mendel nie jest obcy dlatego, że jego biografia nie jest dość mocno spleciona z historią kraju. Jego inność wynika z określonych przymiotów osobowości, akcentu, wyglądu, obyczajów. Sytuacja zdaje się być identyczna w krajach zamieszkałych przez duży odsetek imigrantów. Najczęściej są oni kolejnym pokoleniem zamieszkującym zachodnie kraje. Co więcej, traktowanie ich jako gości, sugeruje, że mają oni jakąś swoją ojczyznę, do której mogą wrócić. Jest to fałszywa sugestia.

Nasza szlachetna tolerancja wobec Innego ograniczona jest warunkiem, żeby nie wchodził nam w drogę swoją odmiennością, że dzieląc z nim łaskawie udostępnioną przestrzeń będzie zachowywać się tak jak my. Pozbawiamy go tym samym politycznej podmiotowości, czyli zapośredniczonego przez polityczny proces wpływu na swój własny los.

 

Przemoc niemocy
W tej optyce należy patrzeć na zjawiska podmiejskich rewolt, jakie przetoczyły się przez Francję w 2005 roku. Ich osobliwością była pustynia ideowa, brak jakiegokolwiek projektu przemiany i towarzyszące im akty przemocy. Mówi to nam wiele nie o samych imigrantach, ale o sytuacji ideowo-politycznej i świecie w jakim żyjemy, skoro jedyna drogą wyjścia z narzuconego siłą demokratycznego konsensusu jest ślepa agresja. Miarą naszego zubożenia ideowego jest właśnie fakt, że opozycja wobec systemu nie może już przybrać nie realistycznej alternatywy, ani klarownego utopijnego projektu. Pozostaje nam jedynie bezsensowny wybuch – zauważa Žižek.

Rebeliantami powodowała chęć stania się obywatelami Francji, w pełnym tego słowa znaczeniu. Wcale nie jest to walka z oświeceniowym uniwersalizmem, a raczej z jego niedostatkiem, na którego to uwagę miały zwrócić rewolty.

Sama przemoc, jak pisze Žižek jest adekwatną reakcją, jeśli wziąć pod uwagę wspomniane zubożenie ideowe. Przemoc jest efektem życia w przestrzeni coraz bardziej bezsłownej, uniemożliwiającej stwarzanie narracji. Nieodparcie wiąże się to z kapitalizmem, który dostosowuje się do rozmaitych kultur i jest całkowicie globalny, a ponieważ jest tylko czystą siłą, ustanawia zarazem niemożność stworzenia całościowego światopoglądu, czyli struktury znaczeń, które nadawałyby sens światu. Skoro kapitalizm jest prawdą-bez-znaczeń i nie posiada swojego światopoglądu, sprzeciw wobec niego nie może zostać wyrażony pojęciowo i przybiera postać nagiej przemocy. Tak zorganizowany świat jest zracjonalizowany i znaczeniowo aseptyczny. To jeden z powodów odrodzenia się licznych fundamentalizmów, które nie są jedynie problemem Islamu. Przykładem potwierdzającym tę tezę jest norweski zamach Breivika. Žižek pokazuje jednak pewną istotną różnicę między społeczeństwami zachodnimi a np. muzułmańskimi, polegającą na tym, że w przypadku tych pierwszych modernizacja, czyli zdobywanie hegemonii przez kapitalizm i dyskurs naukowo- racjonalistyczny trwała kilka wieków pozwalając na to, by ludzie poprzez pracę kultury, wytworzenie się odpowiednich narracji i mitów, przyzwyczaili się do nowej rzeczywistości. Inne społeczeństwa zderzyły się z nową rzeczywistością bezpośrednio, nie mając dostępu do jakiegokolwiek filtru ochronnego (…) stracili symboliczny grunt pod nogami (..).

Nie należy jednak zarzucać wyjaśnienia rewolt imigranckich przez odwołanie się do sytuacji społeczno-ekonomicznej. W gettach imigranckich żyją ludzie, których perspektywy życiowe są bardzo marne. Są to społeczności trawione przez bezrobocie, wiodące życie materialnie bardzo lichej jakości. Sprzyja to narastaniu społecznej frustracji. Widać jednak pewne zużycie języka liberalno- lewicowego, posługującego się już tylko frazesami o opiece socjalnej, integracji przez pracę, problemie bezrobocia. Jasnym staje się, że przyszła kolej na wytworzenie się aktora politycznego, zdolnego reprezentować interesy rzeczonych grup. Warunkiem tego jest zrozumienie, że dzielący z nami kontynent Inni, mają prawo do współdecydowania o jego losie.

 

Zagrożenie fikcyjną oczywistością
Europa dotoczyła się do rozstajów, gdzie wybór jednej z odnóg umożliwi jej dalszy postęp dziejów, wybór drugiej zaś spowoduje, że zatoczy koło i cofnie nas do epok kwitnących w podziały etniczne, rasizm i wzajemną wrogości, kiedy to do głosu dochodzą samozwańczy obrońcy zachodu w na polu fikcji o starciu cywilizacji.

Warto zatrzymać się, nad bardzo dziś aktualnym, obrazem z noweli Konopnickiej i wyciągnąć z niego lekcję, nim znów, tak jak przed kilkudziesięcioma laty, miejsce naszej kulturowej dominacji i ksenofobii zostanie zajęte przez zbrodnicze rozwiązania, te które zlikwidowały problem Innego, okalając połacie ziemi ostrokołem i budując piece krematoryjne. Obyśmy lekcję tę odrobili mądrze.

Skończymy zatem z konserwatywnym dyskursem zderzenia cywilizacji, nawołującym do obrony rodzimego porządku i obyczajów, zmuszającym nas do rodzenia potomstwa i wzmacniania zunifikowanej populacji. Posiadanie dzieci powinno być możliwością dla osób noszących się z zamiarem ich spłodzenia, nie zaś szantażem wywieranym pod groźbą ekspansji złych i dzikich islamistów. Nie trzeba przeto polityki prorodzinnej bezwzględnie potępiać, bo godne pochwały są jej rozmaite formy, pod warunkiem, że jej zamiarem będzie stworzenie stabilnych warunków i zapewnienie bezpieczeństwa, a także wspieranie osób starających się o potomstwo np. poprzez refundację in vitro oraz podpory socjalne.

Kategoryczny wszelako sprzeciw powinny budzić założenia i motywy sytuujące rodzinę, jako źródło siły narodu rozumianego ekskluzywnie w postaci jednorodnej grupy etnicznej, która jako maszyny wymagające naoliwienia i rozruszania dla wzrostu potęgi i siły kultury Europejskiej traktuje kobiety, wyrzekając na ich postępujące wyemancypowanie i to, że często niechętnie pozostają w domu.

Taka polityka prorodzinna podszyta jest nacjonalistycznymi założeniami, które przyjęte jako bezspornie korzystne, wymagają denaturalizacji i ukazania ich mitologicznego wymiaru.

Mitem staje się także przekonanie o możliwości urządzenia świata społecznego według zestawu racjonalnych zasad. Rozum obecnie zamiast krytycznej refleksji, zaprzęgnięty jest służebnie do wypracowywania technicznych rozwiązań, mnożenia środków kontroli i kalkulowania optymalnych rozwiązań. W czasach, gdy coraz mniejsze znaczenie ma opiniotwórcza działalność i interpretowanie zjawisk, coraz większe znaczenie zyskują same wydarzenia wzięte w czystej postaci, nadające się do zręcznego wykorzystania przez populistów wszelkiej maści.

Świadomość problemów przed jakimi stanęły europejskie społeczeństwa sprawia, że kroczymy prostą drogą ku sytuacji, w której skumulowana bateria skutecznych w najwyższej mierze narzędzi, zostanie zaangażowana w służbie nacjonalistycznych interesów, których siłę stanowi monokulturowo populacja. Stanie się tak na pewno wówczas, gdy powstałe trudności będziemy zbywać prostymi odpowiedziami, nie siląc się na znalezienie rzetelnej podstawy i narzędzi do krytycznej analizy zjawisk, które to przyjmowane dzisiaj bezrefleksyjnie, stają się decydującym materiałem budowania kapitału politycznego.