dwutygodnik internetowy
30.09.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Naciągnięta proca Hipster Prawicy

Płonie tęcza na placyku, pod nią Tyrmand z dmuchanym aligatorkiem się opala, czas odmierza rytm disco. Oto okładka całkowicie nowego numeru Frondy. A czemu całkowicie nowego? Postanowiliśmy się wywiedzieć.

 

Płonie tęcza na placyku, pod nią Tyrmand z dmuchanym aligatorkiem się opala, czas odmierza rytm disco. Oto okładka całkowicie nowego numeru Frondy. A czemu całkowicie nowego? Bo fotel dotychczasowego redaktora naczelnego – Tomasza Terlikowskiego – zajął z przytupem Mateusz Matyszkowicz. A na oparciach fotela wygodnie rozsiadła się z nim cała paczka z Hipster Prawicy. Postanowiliśmy wywiedzieć się, co to oznacza dla świata.

Z Mateuszem Matyszkowiczem i Adrianem Sinkowskim rozmawiają Paweł Cywiński i Jarosław Ziółkowski.

 

Koledzy konserwatyści, trzymamy w rękach pierwszy numer kwartalnika „Fronda”, stworzony po przejęciu przez Was redakcji, i zastanawiamy się jak to jest zrobić rewolucyjną zmianę w obrębie tradycji?

Mateusz Matyszkowicz: Dlaczego rewolucyjną zmianę?

 

Bo wszem i wobec zapowiadaliście, że czegoś takiego jak wasza nowa „Fronda”, jeszcze na polskim rynku prasowym nie było.

M.M.: Bo to nie jest ani kontynuacja „Frondy” sprzed paru miesięcy, ani odtworzenie Frondy znanej sprzed lat.

Adrian Sinkowski : Jak by nie patrzeć, „Fronda” na przestrzeni lat miała kilka oblicz. Inna była za Horodniczego, inna za Górnego. Chcielibyśmy, aby nasza czerpała z wszystkich poprzednich to, co było najlepsze.

 

Czyli jednak ewolucja, nie rewolucja?

M.M.: Na „Frondzie” się wychowaliśmy. Nie było więc tak, że usiedliśmy przy stoliku i zaprojektowaliśmy rewolucję. Rewolucja jest dlatego, że my tam przyszliśmy. I to nie dlatego, żebyśmy byli znowu tacy bardzo rewolucyjni, tylko dlatego, że jesteśmy po prostu inni. Wszyscy nasi poprzednicy robili takie pismo, o jakim marzyli, jakie sobie wyobrażali – my obecną „Frondę” staramy się robić tak samo. Ona nie jest żadnym wymyślonym produktem, efektem dogłębnych analiz socjologicznych i marketingowych. Jest naszym wcielonym wyobrażeniem.

 

No to opowiedzcie nam o swoich wyobrażeniach na „Frondę”.

A.S.: W słowie „Fronda” skrywają się dwa znaczenia – słowo „proca” i słowo „rozłam”. I jeżeli do któregoś z tych terminów będzie nam bliżej, to oczywiście do „procy”.

Mateuszowi i zespołowi, który się wokół „Frondy” zebrał, chodzi o to, żeby znaleźć taką procę, która jest nam współczesna. Za Grzegorza Górnego ta proca była trochę bardziej drewniana, w procę tę Tomasz Terlikowski wkładał trochę co innego i jak strzelał, to w trochę inną stronę. My znaleźliśmy inny naciąg, inny nabój.

 

Zatem jaka jest wasza proca?

M.M.: Jest cała w cekinach i błyszczy jak stroboskop, jest owinięta bandanką, no i trochę żelu też się znajdzie. Zdarzają się nam autorzy, którzy żelują włosy.

 

Dla niesformatowanych

 

To może inaczej – jeżeli mamy zmianę i mówicie, że bierzecie trochę z tego, trochę z tamtego i trochę z siebie, to warto postawić pytanie o to, kto jest waszym czytelnikiem. Do kogo kierujecie swoje wyobrażenia?

M.M.: Piszemy do swoich rówieśników i osób trochę od nas młodszych. Jeżeli chodzi o status społeczny, to przede wszystkim studenci. A jeżeli pytasz o profil światopoglądowy, to przede wszystkim osoby, które niezbyt odnajdują się w obecnie funkcjonujących nurtach w kulturze. Tacy, którzy jeszcze nie stwierdzili, że znaleźli to, do czego mogą przylgnąć, którzy ciągle szukają dysonansu poznawczego.

 

Niecodzienne założenia jak konserwatywne pismo!

M.M.: Mamy takie poczucie, że w ostatnich latach nasze media i nasz przekaz kulturowy strasznie spsiały. A spsiały dlatego, że przestano otwierać swoich odbiorców na rozbieżności. Dzisiejsze media otwarcie określają się jako tożsamościowe – oznacza to, że swój format dostosowują do odbiorców, sądząc, że ci odbiorcy chcą czytać to co już i tak myślą.

My mamy nadzieję, że jest duża grupa ludzi, która się w takich formatach nie odnajduje, która z przyjemnością przeczyta takie teksty, z którymi się głęboko nie zgodzi. Albo takie, z którymi się zgodzi, ale dopiero po jakimś tam dłuższym namyśle, po stoczonej ze sobą walce. Stąd we „Frondzie” są teksty, z którymi ja sam głęboko się nie zgadzam. I bardzo się cieszę, że mogą być – bo wiem, że one są w stanie pobudzić ferment w myślach.

 

Pamiętając „Frondę” Tomasza Terlikowskiego, to jest jednak prawdziwa rewolucja.

M.M.: Spójrzcie na pisma konserwatywne – one są skrojone pod ludzi już sformatowanych, trzydziesto-czterdziesto-pięćdziesięciolatków. Nie jest to format dla studentów w przedziale 18-25 lat. Młodzi nie oczekują, że będą chodzić na dyskusje panelowe, na których będą potakiwać głowami w rytm kolejnych wygłaszanych fraz. Oni chcieliby się zdenerwować, pokłócić, wszcząć burdę. I ja uważam, że to zdrowa konserwatywna postawa, wkurza mnie to, że na konserwatywnych spotkaniach jest permanentne wspólne potakiwanie. To jest po prostu sprzeczne z duchem Polaka-Konserwatysty-Sarmaty, aby się zgadzał ze wszystkim co usłyszy.

A.S.: Najmilsze reakcje z którymi się spotkaliśmy po wydaniu naszego pierwszego numeru to były reakcje w stylu – nigdy nie sądziłem, że wezmę do ręki pismo konserwatywne, prawicowe, katolickie – różne końcówki wymieniano. Gdy słyszę coś takiego, to wiem, że to jest nasza ważna grupa docelowa.

 

A co ze starszymi czytelnikami poprzedniej „Frondy”?

M.M.: Oni się dzielą na dwie części. Z jednej strony są ci, którym to się podoba i czytają z radością. To są ci ludzie, którzy osiągnęli już wiek średni, ale kontrkulturowy diabełek wciąż w nich siedzi. I oczywiście są też tacy czytelnicy, dla których ta forma jest niestrawna.

 

Może mają inne poczucie humoru?

M.M.: Może wolą słuchać Ryszarda Makowskiego, i on jest dla nich punktem odniesienia. Widzicie, ja nie mam kompulsywnej potrzeby podobania się wszystkim, więc nie uważam, abyśmy robili pismo, które ma się wszystkim spodobać – to byłoby niemożliwe i niepedagogiczne.

A.S.: Jeden z tekstów we „Frondzie” głosi, że tęcza, która jest co pewien czas podpalana, a właściwie sam akt podpalania, jest pewną formą dialogu i komunikacji z artystą. Jeżeli formą dialogu z nami jest krytykowanie „Frondy”, to my ten dialog przyjmujemy na klatę – byle nie była to krytyka dla krytyki.

M.M.: Krytyka sama w sobie też jest zabawna – najlepsze krytyki „Frondy” przerobimy na poezje. Jeden z wierszy będzie się nazywał „wnikliwie przejrzałem”.

 

A czy cały ten humor, to, co mówicie o docieraniu do niesformatowanego czytelnika, nie jest jakąś formą reakcji waszych autorów na sformatowanie „Gazety Polskiej Codziennie”, dla której też piszecie?

M.M.: Nie. Ja lubię pisać do GPC i wierzcie mi, że znajduję tam więcej wolności ekspresji niż w innych mediach. Poza tym zauważcie, że z tamtej strony były akurat pozytywne reakcje na temat nowej „Frondy”. Natomiast to trzeba powiedzieć jednoznacznie – my myślimy o „Frondzie” jako o zupełnie odrębnym bycie. Jest to coś ekstra, co robimy w swoim życiu.

A.S.: Zawsze wycofuję się na to pytanie o GPC, bo jeżeli gdzieś publikowałem, to w mediach, które były po przeciwległej stronie do GPC. Zresztą większość naszej redakcji z GPC nie ma za wiele wspólnego.

To jest oczywiście chwytliwe, aby wtłoczyć „Frondę” w pewne ramy. Nie starajcie się dorabiać nam pupy z GPC. „Fronda” nie jest jej żadną odnogą.

 

Tęczowy sztandar konserwatystów

 

No dobra, jeżeli to mniejszość redakcji, to wróćmy do tej pluralistycznej wizji pisma. Mamy nieodparte wrażenie, że jesteście trochę – nie obraźcie się – manichejscy. Stawiacie takie jasne punkty podziału. Świat około premiery „Psów”, świat po „Pokłosiu”. „Brzuchata dziewka” a „Szwendająca się lama”.

M.M.: Dlaczego? Wydaje mi się, że „Manifest disco prawicy” to jest tekst autoironiczny. Naprawdę uważasz, że ten tekst można czytać na poważnie? To jest raczej żart kulturowy.

 

Czyli nie przyznajecie się do manichejskich mechanizmów?

M.M.: Zawsze, kiedy przychodzi do stawiania tez, to taki element manichejski musi się pojawić, bo musi się pojawić podział na to, co moje, i to, co nie moje. I to nie jest problem – problemem jest to, co dalej, czy stanie się to elementem pewnej dyskusji, punktem wyjścia do jakiejś próby tworzenia kategorii etycznych, czy pozostanie hasłem na sztandarze? Ja nie lubię haseł na sztandar. Gdybym miał kiedykolwiek w życiu napisać całkowicie poważny, już nieironiczny manifest polityczno-kulturowy, to byłby to manifest anarcho-konserwatysty. Jestem człowiekiem, który nie chodzi ze sztandarami.

A.S.: Myślę, że „Fronda” sama w sobie jest sztandarem. I to takim tęczowym.

M.M.: „Fronda” jako tęczowy sztandar konserwatystów.

 

To smutne, że się do niego nie przyznajecie, bo w tym waszym manicheizmie znaleźliśmy prztyczek w naszą stronę. Po jednej stronie dostrzegliśmy waszą próbę samookreślenia, a po drugiej katolewicę – czyli nas – której możliwość istnienia kwestionujecie, ale ukazując nas po drugiej stronie, trochę nas jednak dowartościowujecie.

A.S.: Ale zaraz po tekście-prztyczku, o którym mówicie, jest tekst w kontrze.

 

Tyle, że pierwszy tekst stawia tezę zdecydowanie mocniej, jest bardziej wyrazisty.

A.S.: Tak, ale chociaż „Kontakt” pada w nim z nazwy, ja za katolewicę uważam raczej starą „Więź”, tę z końca lat pięćdziesiątych. Być może polemizuję tym samym z autorem tekstu, Tomkiem Rowińskim. Nie wydaje mi się, że to właśnie do „Kontaktu” odnosimy się w kontrze.

 

Skoro nie katolewica, to jakbyś nas rozpoznał?

A.S.: Jako, mimo wszystko, „coś” bliżej środka.

M.M.: Przyznam, że nie lubię tych kategorii, lewica, prawica. Można z ich pomocą poukładać rzeczywistość, ale ja mam problem, żeby w tym podziale się odnaleźć. Mam liberalne poglądy na kwestię ingerencji państwa w gospodarkę, ale uszy mnie bolą, kiedy moi liberalni koledzy schodzą na sprawy społeczne. Nie podzielam ich pogardliwych określeń pod adresem ludzi, którym się nie powiodło, nie uważam, że to ich wina, bo są niezdarami i darmozjadami. Moja katolicka dusza burzy się na takie opisy. Czy jestem dziwakiem, że wierzę w konieczność równoległego istnienia wolnego rynku i instytucji profesjonalnie zajmujących się miłosierdziem – także instytucji państwowych? Z drugiej strony, lewica dostarcza interesujących kategorii opisu – choćby krytyki postkolonialnej. Jeśli są one użyteczne, dlaczego z nich nie korzystać?

 

Jeżeli my jesteśmy po środku, to może twoja dusza Mateuszu jest już katolewicowa, a Ty narzuciłeś sobie prawicowy gorset, czy też gębę?

M.M.: Nie, ja po prostu nie lubię tych gąb.

 

Czy w takim razie „Fronda” jest jeszcze czasopismem prawicowym i konserwatywnym?

M.M.: „Fronda” jest konserwatywna o tyle, o ile jej redaktorzy zachowują postawę konserwatywną. Jest też chyba i prawicowa, ale nie w sensie politycznym. Jest prawicowa poprzez związek z konserwatyzmem i poprzez stanie w kontrze wobec tendencji rewolucyjnych w świecie. Choć to wszystko bardziej skomplikowane – dlatego do redakcji wprowadziliśmy Leopolda Tyrmanda. Tyrmand w pewnym momencie życia zrozumiał, że najlepszym sposobem na to, by sprzeciwić się negatywnym zjawiskom społecznym fundowanym światu przez lewicę lat pięćdziesiątych, jest kontrkultura.

 

A jak łączycie konserwatyzm z kontrkulturą?

M.M.: W sztampowym ujęciu konserwatyzmu nigdy nie połączy się z kontrkulturą. Wydaje się nam, że konserwatyzm ujmuje kulturę poprzez kanon, stoi po stronie porządku społecznego, status quo, ma charakter legitymistyczny. A kontrkultura to zaburzenie dotychczasowych hierarchii. Okazuje się jednak, że dzisiaj kontrkultura – po tym, jak przez świat przetoczył się lewacki walec lat sześćdziesiątych, który nowe wartości ustanowił religią panującą – jest z gruntu konserwatywna, bo sprzeciwia się tendencjom psującym ten świat. Dziś kontrkultura ma nowe znaczenie. Błazen stał się kapłanem i na odwrót.

A.S.: Co więcej – kiedy mówi się dziś o kulturze, używa się kategorii liberalnych bądź lewicowych – buntu, gender, ekologii. Te hasła są dziś eksploatowane. Nam chodzi o to, aby o tych samych dziełach, o Oldze Tokarczuk, Jasiu Kapeli i innych twórcach, mówić językiem prawicy. Niech pojawi się tam Bóg, naród i jeszcze wiele innych, które pomogą nam zrozumieć, czym jest kultura dzisiaj.

 

Nieustanny mecz bokserski

 

Czyli nowa „Fronda” będzie kontrkulturowa. A jak widzicie jej przyszłość – czy to będzie wieczny manifest, czy ciągła „jazda po bandzie” kiedyś was nie obali?

A.S.: Fakt, na razie czuję się przerażony tym, jak jestem wyeksploatowany po pierwszym numerze. Ale równocześnie jestem przerażony liczbą naszych pomysłów na przyszłość. Sam mam sześć pomysłów z pogranicza piłki nożnej, filmu i literatury. Aż się boję, czy to wszystko pomieścimy. Bieżący numer miał mieć sto stron mniej niż ma.

 

Za chwilę „Fronda” będzie miała format Biblii.

M.M.: Obecna liczba stron była świadomym wyborem. Kiedy dostałem propozycję zostania redaktorom naczelnym „Frondy”, zgodziłem się pod warunkiem, że nie będzie to pismo jednej osoby. Stąd tak szeroka jak na kwartalnik redakcja. Rzecz bowiem w tym, żeby skumulować kapitał wielu różnych osób, żeby spotkanie tych ludzi generowało wartość dodaną, która z osobna nigdy by się nie pojawiła.

 

A macie przekonanie, że na tej bandzie utrzymacie się przez kolejne cztery, pięć numerów?

M.M.: Czasem możemy zaskoczyć czymś odwrotnym. Gdyby na bardzo awangardowym festiwalu zaprezentowano Mszę h-moll Bacha, wykonaną według wszelkich prawideł sztuki, to byłaby genialna instalacja i performance. Chcemy tworzyć napięcie między treściami awangardowymi i klasycznymi. Prawdziwa wartość „Frondy” ma się rodzić ze zderzania tych dwóch porządków.

A.S.: Od kiedy „Fronda” istnieje, wpisuje się w metaforę meczu bokserskiego, który ma to do siebie, że w różny sposób wyprowadza się ciosy. Raz lewy prosty, raz prawy sierpowy.

M.M.: Czasem sędzia nie widzi, więc kopniak.

A.S.: „Fronda” jest nieustającym meczem bokserskim, ciosy nie będą wyprowadzane stale w taki sam sposób, raz będę z lewej, raz z prawej, a czasem zrobimy unik.

 

Mateusz Matyszkowicz – filozof, absolwent UJ, tłumacz św. Tomasza z Akwinu („De regno”), eseista („Śmierć rycerzy na uniwersytecie”), redaktor naczelny „Frondy”, redaktor „Teologii Politycznej” i szef jej portalu, kontrowersyjny hodowca ziół i pomidorów.

Adrian Sinkowski – poeta, publicysta. Redaktor czasopism „Wyspa” oraz „Fronda”, rzecznik prasowy Centrum Myśli Jana Pawła II. Publikował m.in. w pismach: „Odra”, „Twórczość”, „Kresy”, „Czas kultury”, „Pressje”, „Topos”, „Kultura liberalna”, „Fraza”. Mieszka w Warszawie.