dwutygodnik internetowy
21.12.2015
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Na granicy, której nie ma

Od Mazur po Karpaty i dalej na wschód po Hrubieszów wzdłuż granicy do dzisiaj mieszkają Krzyżacy, Pomorskie Śledzie, Bose Antki, Gebelsy, Łańcuchy, Gulony, Cencioki czy Żółtobrzuchy. Każde z tych określeń ma bezpośrednie i wartościujące odwołanie do historycznej spuścizny.

 

Zalipie, fot. Tomasz Padło

Zalipie, fot. Tomasz Padło

Tekst ukazał się w numerze „Niebezpieczne Związki” (Kontakt 29/2015). W tekście tym błędnie podpisaliśmy fotografie. Autorem zdjęć jest Tomasz Padło. Za pomyłkę serdecznie przepraszamy.

Droga wojewódzka 858 według Wikipedii stanowić ma „wygodny łącznik pomiędzy Zamościem, Biłgorajem i Stalową Wolą”. Tymczasem między Sierakowem i Dąbrowicą zamienia się w drogę gruntową, by powoli zaniknąć w nadtanewskich lasach. Kierunek z Kochanowa do Niezgody na piaszczystym dukcie okolic jeziora Gopło – turystycznych bądź co bądź – wyznacza obudowa telewizora Cygnus z Unitry. Z kolei w podkrakowskim Giebułtowie asfaltowa ulica Orlich Gniazd przechodzi w żwirową Brzozową w sposób nagły i niespodziewany. Krajobraz tych nieciągłości komunikacyjnych nie jest może nad wyraz efektowny, interesująca jest jednak ich przyczyna. Sto lat temu w tych miejscach przebiegały granice. Jeszcze bardziej interesującym jest, że teoretycznie już ich być nie powinno.

Ślady po zaborcach

W czerwcu Europa świętowała dwusetną rocznicę zakończenia Kongresu Wiedeńskiego. W Polsce celebrowało się ją mniej entuzjastycznie. Potwierdził on bowiem podział rozbiorowy Polski pomiędzy trzy mocarstwa, odbierając naiwnym wiarę, że Polska w nowym europejskim ładzie uzyska więcej, niż chcieliby jej dać zainteresowani. Rozpoczęły się tym samym procesy, które z każdym rokiem żłobiły coraz głębsze koleiny pomiędzy Polakami żyjącymi w różnych częściach podzielonego kraju, których emanacją są dzisiejsze podziały społeczne i gospodarcze.

Sandomierz, fot. Tomasz Padło

Sandomierz, fot. Tomasz Padło

Rozbiorom Polski towarzyszyło odmienne spojrzenie zaborców na uzyskane ziemie. Rosja potraktowała swoją część jako odległe rubieże, mające stanowić bufor między wschodem i zachodem. Procesy rusyfikacyjne miały służyć ostatecznemu wchłonięciu nie tylko przestrzeni, ale również jej żywej tkanki społecznej. Podobnie było w Prusach, tyle że jeszcze intensywniej i jeszcze konsekwentniej, choć w zupełnie innym rycie społeczno-gospodarczym. Stworzono warunki do bogacenia się, z czego mieszkańcy Księstwa Poznańskiego skwapliwie korzystali, przy okazji lekko przesiąkając niemieckimi cechami narodowymi. Inaczej wyglądała sytuacja w Austrii i późniejszej Przedlitawii. Habsburska droga do władania w regionie wymagała spajania i utrzymywania ograniczonej niezależności wielu krajów, dlatego Galicja w nowej sytuacji mogła czuć się wyjątkowo na tle pozostałych rozebranych polskich ziem. Do dzisiaj zresztą jej mieszkańcy to podkreślają.

Inne drogi rozwoju, na które nałożyły się zróżnicowane efekty rewolucji przemysłowej i podążające za nimi rewolucje społeczne, sprawiły, że stempel odmiennej polityki i gospodarki został jeszcze bardziej podkreślony. Mieszkańcy podzielonych ziem polskich, jak i przekształcany przez nich krajobraz zaczęły się różnić i różnić się do dziś nie przestały. Dobitnie świadczą o tym chociażby ostatnie wybory, które po raz kolejny pokazały, którędy przebiega linia podziału Polski. Socjologowie i politolodzy ponownie z mniejszym lub większym zaskoczeniem starali się tłumaczyć to zjawisko. Politycy i dziennikarze widoczny podział wykorzystali na potwierdzenie swoich tez. Cały dyskurs toczy się jednak na ogólnym, nie do końca sprecyzowanym poziomie, tymczasem granicę widać najlepiej tam, gdzie ona przebiegała, między innymi w Sierakowie, Kochanowie i Giebułtowie. Zarówno w pejzażu, jak i w głowach mieszkańców.

Granice wytyczano arbitralnie, często ustanawiając je tam, gdzie najprościej, czyli na barierach naturalnych. Biegnie więc historyczna, jeszcze pamiętająca Krzyżaków granica wzdłuż Rospudy, otacza Puszczę Piską będącą naturalną barierą od średniowiecza, meandruje wraz z Drwęcą, dzieląc przy okazji Golub-Dobrzyń i przechodzi wzdłuż rynny jeziora Gopło. Wielkopolskę z kolei dzieli Prosna. Dalej na południe granicę stanowiły Liswarta i szczególnie osławione Brynica i Przemsza, nad których brzegami rozgrywa się szczególnie ciekawy konflikt cywilizacyjny. W pobliżu Krakowa kordon wytyczono na Wiśle, na odcinku dwustu kilometrów, niemal do Zawichostu, a dalej na Sanie. Na odcinku galicyjsko-cieszyńskim granicę stanowił z kolei łańcuch Beskidu Śląskiego i rzeka Biała, która dzieliła nie tylko Bielsko od swojej imienniczki, ale również Bystrą Krakowską od Bystrej Śląskiej.

Połajewo, fot. Tomasz Padło

Połajewo, fot. Tomasz Padło

Mezalians

Naturalne bariery jeszcze mocniej niż same granice ograniczały kontakty międzyludzkie. Społeczności po obu ich stronach z konieczności były do siebie odwrócone plecami, tworząc własną, niezależną od sąsiadów wspólnotę, często do tych sąsiadów nieufną. Różnice przejawiają się zarówno w światopoglądzie, znajdującym wyraz między innymi przy urnach wyborczych, jak i w całej gamie zachowań społecznych utrudniających wzajemne relacje, ot choćby matrymonialnych. Tradycyjny Ślązak z Gorolką z Zagłębia raczej się nie ożeni. Nawet gdyby zawładnęło nim wyjątkowo silne uczucie, równie tradycyjna rodzina przywoła go do porządku. Nie inaczej jest w Wielkopolsce. Jeszcze w badaniach z lat 90. XX wieku poznańskich etnografów zaskoczyło, że małżeństwa zawierane z osobami z dawnej Kongresówki traktowane były jako mezalians i wstyd dla rodziny.

Trudno jednak wymagać, żeby życie towarzyskie kwitło, skoro stare podziały zostały zakonserwowane przez podziały współczesne. 1/3 granic rozbiorowych to dziś granice wojewódzkie, a 3/4 to granice gmin. Przy ogólnie niewielkiej mobilności Polaków męża czy żonę poznaje się często w obrębie gminy czy powiatu, w ramach edukacji szkolnej, kultywowania praktyk religijnych w parafii albo pląsów w miejscowej remizie, czyli w miejscach, wokół których toczy się rytm życia wspólnoty wiejskiej lub małomiasteczkowej. Szczególnie gdy do tych obcych zza dawnego kordonu ma się stosunek co najwyżej ambiwalentny, czego dowodem są choćby przezwiska. Od Mazur po Karpaty i dalej na wschód po Hrubieszów wzdłuż granicy mieszkają więc do dzisiaj Krzyżacy, Pomorskie Śledzie, Bose Antki, Gebelsy, Łańcuchy, Gulony, Cencioki czy Żółtobrzuchy. Każde z tych określeń ma bezpośrednie i wartościujące odwołanie do historycznej spuścizny. Ograniczone zaufanie do tych z drugiej strony, niezależnie, o której stronie mówimy, dość znamiennie wyartykułowała licealistka z podkrakowskich Bibic, opisując aparycję rówieśników z Masłomiącej: „Nie podobają mi się twarze tamtejszej młodzieży”.

Nowe Brzesko, fot. Tomasz Padło

Nowe Brzesko, fot. Tomasz Padło

 

Miejsce historyczne

W kraju homogenicznym etnicznie, w którym hasło solidaryzmu, jedności i patriotyzmu wciąga się na wszystkie sztandary, mówienie o podziałach nie jest szczególnie popularne. Blisko tysiąc osiemset kilometrów granic, które przecinają Polskę, doczekało się niewielu miejsc upamiętnienia. Przystanek XII na ścieżce dydaktyczno-przyrodniczej „Nad Tanwią” dość lapidarnie nazwano po prostu „miejscem historycznym”. W 1901 roku granicę na rzece przekroczył w tym miejscu Józef Piłsudski, przebrany ponoć za leśnika. Nie jedyny to raz, kiedy historyczna granica pojawia się nie jako podmiot upamiętniania wydarzeń, ale raczej element towarzyszący, który trudno by było pominąć w narracji. Podobnie rzecz się ma z granicą w podkrakowskich Michałowicach, a raczej z trasą I Kompanii Kadrowej, która granicę w tym miejscu przekroczyła, obalając słupy graniczne.

Pamięć podziału Polski, który wyżłobił tak głębokie koleiny między wschodem i zachodem, Prusami i Rosją, jest zamiatana pod dywan. Ponoć podziały należy zasypywać, ale czy tym samym należy wymazywać historię? Tak jak po 1918 roku, kiedy masowo burzono prawosławne cerkwie, przywodzące skojarzenia z Rosją, albo kościoły protestanckie, które w najlepszym przypadku zostały przekazane Kościołowi katolickiemu? Słupy graniczne zostały wykopane, chłopów nie trzeba było do tego specjalnie zachęcać. Czas był szczególny, niektóre decyzje łatwo zrozumieć. Jednak po stu latach nastał może odpowiedni czas, aby historię oswoić zamiast jej unikać?

Kucze, fot. Tomasz Padło

Kucze, fot. Tomasz Padło

Trójkąt Trzech Cesarzy mógłby być nie lada atrakcją turystyczną. W przeszłości zresztą ze swej atrakcyjności czerpał. Nabrzeża obu Przemsz tętniły życiem nie tylko dzięki emigrantom z Galicji, poszukujących na mysłowickim dworcu pociągu do dobrobytu, ale także przez turystów, dla których miejsce kontaktu trzech wielkich imperiów stanowiło cel przyjazdu. Na widokówkach z epoki widzimy tratwy na rzekach, panie pod parasolkami w sukniach z wysokim stanem i wyprężonych panów w eleganckich cylindrach. Po stronie austriackiej stał Weinhaus, połączony kładką ze Śląskiem, po rzekach krążył parowiec, a nad wszystkim górowała wieża Bismarcka, stanowiąca atrakcję samą w sobie. Miejsce odwiedzało nawet kilka tysięcy turystów tygodniowo. Dziś Trójkąt Trzech Cesarzy zachował poniekąd swoją specyfikę, stając się trójkątem trzech prezydentów. Granice galicyjskiego Jaworzna, śląskich Mysłowic i zagłębiowskiego Sosnowca jak przed stu laty wykorzystują koryta rzek. Aktywność w promocji miejsca jest jednak mocno ograniczona. Po stronie Mysłowic jest co prawda popękana pleksi-tablica informująca na wszelki wypadek o pełnej historii przynależności politycznej tej części trójkąta, ale już Jaworzno nie zdecydowało się na jakiekolwiek upamiętnienie tego faktu. Najdalej poszły władze Sosnowca. Wykoszono trawnik i postawiono obelisk z wygrawerowaną tajemniczo brzmiącą treścią: „Obelisk pamięci o dawnym podziale Europy i jej zjednoczeniu”. Podział Europy nie może istnieć bez jej zjednoczenia. Pamięć o historii, o której chcielibyśmy zapomnieć, jeśli już jest kultywowana, musi być przypudrowana i okraszona czymś współczesnym i wzniosłym.

Golub-Dobrzyń poza zamkiem krzyżackim powinien być znany również z rzeki Drwęcy, która jeszcze do lat 50. XX wieku oddzielała pruski dawniej Golub od rosyjskiego Dobrzynia. Proces łączenia obu miast trwał znacznie dłużej niż całego kraju i do dzisiaj nie został całkiem zakończony. Trwałość podziału uwidaczniają nie tylko różnice architektoniczne między gotyckim i neogotyckim Golubiem a postmodernistycznym Dobrzyniem, ale może przede wszystkim różnice kulturowe między obiema częściami połączonego organizmu. Sto lat od odzyskania niepodległości i sześćdziesiąt od połączenia relacje między obiema częściami są co najwyżej poprawne, a pamięć o historycznym podziale wyjątkowo żywa. Do tego stopnia, że przez dwanaście lat miastem rządził burmistrz przybyły z zewnątrz, nieuwikłany w miejscową historię. Samo nadanie miastu nowej nazwy spotkało się z licznymi protestami mieszkańców Dobrzynia, którzy poczuli się dotknięci jakoby podrzędną pozycją ich miasta w dwuczłonowej jego nazwie. Różnice mentalne i kulturowe, jak i pamięć o granicy, potwierdzone chociażby badaniami profesora Holzera, funkcjonują powszechnie, ale jedynie w nieoficjalnym pakiecie zachowań. Pamięć o podziale, który wciąż kształtuje charakter miasta, przed przyjezdnymi jest bowiem ukrywana, a jedyną formą upamiętnienia jest tablica na miejscowym technikum informująca, że w jego miejscu znajdowała się komora celna. Jeszcze gorzej pod tym względem jest w Wieruszowie, który wchłonął sąsiednie Podzamcze, nie pozostawiając żadnego materialnego śladu po dzielącej ich granicy. Jest to może kara za wyniosłość i dumę Podzamczan, którą ponoć irytowali zakompleksionych swą przeszłością Wieruszowian.

Krysiaki, fot. Tomasz Padło

Krysiaki, fot. Tomasz Padło

Pamięć krajobrazu

Mimo niechęci decydentów różnych szczebli do kultywowania pamięci o tym okresie historii Polski krajobraz do dziś jest nośnikiem historycznego podziału. Trwałości budownictwa pruskiego opartego na cegle wraz z konsekwentnym planowaniem osad zawdzięczamy różnorodność polskiej wsi, która na zachodzie i północy obroniła się przed zalewem pustaka formowanego w mieszkalne klocki. Szczególnie silnie widać to, gdy udamy się z Mazowsza na Mazury (których przynależność do Prus była oczywiście znacznie dłuższa niż tylko okres rozbiorów) czy z Ziemi Łódzkiej do Wielkopolski. Wyższa kultura materialna w państwie pruskim i lepiej rozwinięta gospodarka prowadziły do masowej migracji zarobkowej na obszarze pogranicza. Widać to na przykład w braku ogródków przydomowych po rosyjskiej stronie granicy. Ich potencjalni właściciele zamiast uprawiać grządki wyjeżdżali rokrocznie do Prus na prace sezonowe. Do dzisiaj migracje na pograniczu przyjmują kierunek zachodni z powodu znacznie lepszej tkanki mieszkaniowej w dawnym zaborze pruskim.

Różnice gospodarcze i polityka rolna przyczyniły się również do bardziej powierzchniowych zmian krajobrazu wiejskiego na pograniczu, widocznego choćby w wielkości pól uprawnych. Z jednej strony w dawnych Prusach występują relatywnie duże gospodarstwa, będące efektem bardziej produktywnego rolnictwa i wprowadzonej primogenitury, dzięki której ograniczono rozdrobnienie rolnictwa. Z kolei po rosyjskiej i – zwłaszcza – galicyjskiej stronie granicy dziedziczenie przez wszystkich spadkobierców i brak alternatywy dla pracy na roli spowodowało duże rozdrobnienie rolnictwa. Piękne, opiewane przez poetów wąskie niwy pól Ziemi Świętokrzyskiej czy Pogórza Karpackiego w konfrontacji z rozległymi, nudnymi polami ziem zachodnich wygrywają w warstwie estetycznej, były jednak wyrazem przeludnienia agrarnego i do dziś prowadzenie efektywnej gospodarki rolnej jest na nich mocno utrudnione.

Kochowo, fot. Tomasz Padło

Kochowo, fot. Tomasz Padło

Prawdopodobnie najwyraźniejszym śladem istnienia granicy w krajobrazie pozostają do dziś dworce kolejowe, które dla mocarstw wieku pary i elektryczności miały stanowić swoisty symbol ich potęgi. W Rosji pozostały nim zresztą do dzisiaj. Wizytówkę kraju najlepiej było umieścić tuż przy granicy, szczególnie że podróżni dopełniający formalności wjazdowych mieli sposobność intensywnie z nich korzystać. Powstały więc wystawne dworce z ekskluzywnymi restauracjami w podsosnowieckich Maczkach na trasie kolei warszawsko-wiedeńskiej, w Aleksandrowie Kujawskim, gdzie dworzec de facto stworzył miasto, czy w Nowych Skalmierzycach, gdzie neogotycki gigant w chwili otwarcia był drugim po Berlinie największym dworcem Prus. To one po zniesieniu granic straciły najwięcej. Podstawa ich funkcjonowania przeszła do historii, na co nałożył się ogólny regres w rozwoju kolei. Dziś wszystkie trzy straszą w pejzażu miast, którym dały życie, czekając na nowe funkcje, które wykorzystałyby ich architektoniczny i lokalizacyjny potencjał. Jaskółki zmian już widać. Zarówno władze Nowych Skalmierzyc, jak i Aleksandrowa Kujawskiego wykupiły od PKP historyczne budynki, dworzec w Maczkach chce wykorzystać jedna z wyższych uczelni.

Golub-Dobrzyń, fot. Tomasz Padło

Golub-Dobrzyń, fot. Tomasz Padło

Kupię pruski bruk

Na bruk drogi krajowej 65 w Prostkach ze strony Boguszy wylewa się asfalt. Koniec nierównej nawierzchni pokrywa się tutaj z granicą gminy, powiatu, województwa i dawną państwową. Były plany, żeby kostki się pozbyć, utrudnia bowiem płynne poruszanie się po drodze. Kupiec ponoć był, Niemiec w dodatku, gmina na razie swój zabytek postanowiła jednak zachować. Poza namacalną nawierzchnią drogi o granicznym położeniu Prostek się tutaj nie przypomina. Pozostałości poniemieckich nie da się co prawda wyburzyć, trzeba by bowiem zniszczyć całą wieś, ale co poniektóre, szczególnie drażniące relikty przeszłości można schować, jak na przykład tablicę dworcową z nazwą Prostken, przechowywaną staraniem jednego z nauczycieli w miejscowym liceum. W pobliskim lesie, z dala od zabudowań, w miejscu, do którego kierują liczne jak na mazurskie warunki strzałki informacyjne, stoi tymczasem replika słupa granicznego z czasów Jagiellonów. Refleksja nasuwa się smutna.

Dudki, fot. Tomasz Padło

Dudki, fot. Tomasz Padło

Bielsko-Biała, fot. Tomasz Padło

Bielsko-Biała, fot. Tomasz Padło

 

 

 

  • semaforek

    Bardzo fajny artykuł. Od siebie dodam z granic do dziś istniejących że z Katowic do Sosnowca prowadzą zaledwie trzy drogi, z czego jedna to Gierkówka, a dwie pozostałe to drogi lokalne bez żadnego istotnego znaczenia bo położone na krańcach miast. Żeby dojechać rowerem z centrum Katowic do centrum Sosnowca i nie nadkładać drogi, trzeba przekroczyć granicę drogami gruntowymi.