dwutygodnik internetowy
21.03.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Myśl o Kobane

Choć walka z Państwem Islamskim o Kobane zakończyła się sukcesem Kurdów, miasto legło w gruzach, pozbawione prądu, wody i kanalizacji. Wciąż nie jest tam zresztą w pełni bezpiecznie. To dlatego wielu ludzi, którzy w pośpiechu opuścili swoje miasto, nadal żyje w Suruç.

fot.: Dalia Mikulska

Ferya

Ferya odpala jednego papierosa od drugiego, za każdym razem częstując wszystkich zebranych. Ma na sobie długą spódnicę, a na głowie przewiązała kwiecistą chustę, spod której wystają kosmyki kruczoczarnych włosów. Choć wygląda bardzo kobieco, ma w sobie jakąś wewnętrzną siłę, która budzi respekt i posłuch również wśród mieszkających w obozie mężczyzn. Poprosiła syna o telefon, by na jego ekranie pokazać zdjęcia męża. Z dwóch pierwszych fotografii spogląda na mnie przystojny, wyprostowany mężczyzna w mundurze. Na następnym jest już martwy. „Został szahidem”, wyjaśnia z dumą. Czyli męczennikiem.

Pochodzi z Kobane, jak większość mieszkańców obozu dla uchodźców Arîn Mîrkan, który do niedawna znajdował się na pograniczu syryjsko–tureckim. Jej mąż zginął, broniąc ich oblężonego przez Państwo Islamskie miasta. Kobane zostało zaatakowane przez bojowników ISIS w październiku 2014 roku i choć Kurdowie byli mniej liczni i gorzej uzbrojeni od islamistów, to dzięki ich heroicznej walce i wsparciu powietrznemu ze strony USA w styczniu 2015 miasto oraz kilkaset okolicznych wiosek zostały wyzwolone. Trwający cztery miesiące opór Kurdów stał się symbolem walki z dżihadystami i pokazał światu, że samozwańcze Państwo Islamskie nie jest niepokonane.

Choć walka o Kobane zakończyła się sukcesem Kurdów, miasto legło w gruzach, pozbawione prądu, wody i kanalizacji. Wciąż nie jest tam zresztą w pełni bezpiecznie – po odbiciu z rąk ISIS zostało ponownie zaatakowane. Kobane położone jest w istotnym strategicznie miejscu przy granicy z Turcją, nie można więc wykluczyć kolejnych ataków. To dlatego wielu ludzi, którzy tak jak Ferya w trakcie walk w pośpiechu opuścili swoje miasto, nadal żyje w zawieszeniu w Suruç, mieście zamieszkanym również przez Kurdów, ale leżącym w granicach Turcji.

Ferya dobrze pamięta dzień, gdy była pewna, że straciła też swojego pierworodnego. Mieszkała już w obozie z dwoma młodszymi synami, gdy dowiedziała się, że oddział, w którym walczył dwudziestoletni Aziz, poniósł klęskę. Była pewna, że i on musiał zginąć. Rozpaczała, płakała. A jednak cud. Odbiera telefon, a po drugiej stronie słuchawki jej ukochany Aziz. Do dziś pamięta jego krzyk: „Mamo, merhaba!”. Uśmiecha się zamyślona.

Jest koniec października 2015 roku, zaczyna się jesień, ale na południu Turcji wciąż jest gorąco. Krajobraz jest piaszczysty, niebo prawie bezchmurne. Od ataku na Kobane minął rok, a ona nadal mieszka w namiocie. Miejsce, które zwykła nazywać domem, znajduje się zaledwie kilka kilometrów stąd, więc w obozie można jeszcze usłyszeć odgłosy wojny.

Po drugiej stronie

W kraju, który przyjął największą liczbę uchodźców (według danych UNHCR jest tu ich już ponad 2,7 miliona), znajdują się ogromne obozy rządowe, w każdym z nich po kilkadziesiąt tysięcy osób mieszka w kilku tysiącach namiotów lub kontenerów. Ich funkcjonowanie koordynuje AFAD, czyli rządowa agencja zajmująca się pomocą humanitarną. W rozsianych po południowym wchodzie kraju obozach znajdują się prowizoryczne szpitale, szkoły, w których dzieci uczą się po arabsku, i namioty służące do modlitwy, a żeby do nich wejść, konieczne jest specjalne zezwolenie. Jeden z takich obozów znajduje się zresztą też w Suruç. Powiewa nad nim wielka turecka flaga, a jego wejścia strzegą ochroniarze, by nikt nieuprawniony się tam nie dostał.

Obóz Arîn Mîrkan był jednak inny. Nie było tam tureckich flag i choć kurdyjskie barwy też nie kłuły ostentacyjnie w oczy postronnych obserwatorów, to po przekroczeniu bramy bez trudu można było dostrzec elementy wskazujące na tożsamość jego mieszkańców. Utworzony został przez kurdyjską Ludową Partię Demokratyczną (HDP), która sprawuje władzę w mieście. To właśnie tureccy Kurdowie, a nie rząd, postawili półokrągłe namioty w kolorze khaki, wybudowali studnię na środku obozu i regularnie dostarczali uciekinierom z Kobane produkty spożywcze. Wsparli ich też aktywiści zgromadzeni w Amara Cultural Center, jednak wielu z nich zapłaciło za swoją solidarność życiem w zamachu, do którego doszło w lipcu ubiegłego roku. Podczas trwającej tam konferencji, w ogrodzie należącym do Amara zamachowiec samobójca wysadził się, zabijając trzydzieści trzy osoby, a raniąc ponad sto. Oficjalnie o dokonanie zamachu oskarżono Państwo Islamskie, jednak wielu Kurdów obwinia o to Turcję. W siedzibie centrum kultury do dziś są powybijane szyby, bo organizacji nie stać na ich wymianę.

Mimo wsparcia ze strony Amara i władz miasta potrzeby mieszkańców obozu przerastały to kilkutysięczne miasto. Brakowało leków, psuła się kanalizacja i elektryczne grzejniki, które w zimne noce ogrzewały mieszkających w namiotach ludzi. Nie było tam też opieki medycznej. A jednak wielu uchodźców z Kobane, unosząc się dumą, wolało schronić się tam niż w znajdującym się w pobliżu obozie prowadzonym przez turecki rząd, z którym ich mieszkający w Turcji rodacy od lat pozostają w konflikcie.

fot.: Dalia Mikulska

Męczennice

Terenu obozu strzegł jedynie płot, za którym znajdował się zamykany na klucz kontener, a w nim kilka krzeseł i biurko. Na ścianach powieszono pożółkłe ze starości wycinki z gazet ze zdjęciami Abdullaha „Apo” Öcallana. Apo, czyli „wujek” – jak nazywany jest przywódca Partii Pracujących Kurdystanu (PKK), przebywający od siedemnastu lat w tureckim więzieniu. Organizacja, na której czele stał od lat, walczy o utworzenie państwa Kurdów, będąc solą w oku tureckich władz, które uznają ją za ugrupowanie terrorystyczne.

Najbardziej rzucającym się w oczy elementem pomieszczenia był jednak powieszony nad biurkiem baner, a na nim fotografie trzech kobiet. Wszystkie trzy młode, wszystkie uśmiechają się do zdjęć. Mogłyby być studentkami, czyimiś córkami, siostrami, może już matkami i żonami. A jednak pod fotografiami przeczytać można turecki napis „Rojava kadin devrimi şehitleri”, czyli kobiety – męczennice rewolucji w Rojavie. I większymi literami „Selamliyoruz” – pamiętamy.

Dziewczyna na pierwszym zdjęciu to Kader Ortakaya. Została zastrzelona przez tureckich żołnierzy podczas próby przekroczenia granicy z Syrią jesienią 2014 roku, gdy bojownicy Państwa Islamskiego zaatakowali Kobane. Chciała tam dołączyć do walczących z islamistami Kobiecych Sił Obrony (YPJ). Na środku Arîn Mîrkan – to na jej cześć nazwany został ten obóz. Zginęła w 2014 roku w wieku dwudziestu dwóch lat, była matką dwójki małych dzieci. Należała do YPJ, jako jedna z wielu młodych kobiet biorących udział w walkach o Kobane. Gdy została otoczona przez islamistów, zdecydowała, że woli umrzeć, niż zostać przez nich schwytana – wysadziła się, zabijając przy tym najprawdopodobniej dwudziestu trzech dżihadystów. Uniknęła dzięki temu tortur i okrutnej śmierci z ich rąk, ale także stała się bohaterką w oczach swoich pobratymców. Ostatnia z kobiet, Sibel Bulut, była członkinią MLCP, czyli Marksistowsko–Leninowskiej Partii Komunistycznej. Młoda, roześmiana dziewczyna w okularach, chuście na włosach i narzuconym na mundur polarze. Ona także uczestniczyła w walkach z ISIS o wyzwolenie Kobane. Zginęła 12 grudnia 2014, mając dwadzieścia osiem lat, została męczennicą.

Pojęcie męczeństwa w świecie islamu różni się od tego obecnego w chrześcijaństwie, bo męczennikami według muzułmanów zostają nie tylko ofiary prześladowań religijnych. Nie jest ono też tożsame z terroryzmem, bo nazywani tak są również ci, którzy zginęli, broniąc swojego domu przed najeźdźcami, nawet jeśli ci najeźdźcy również odwołują się do islamu. Więc dla Kurdów szahidami, czyli męczennikami, są dziś członkowie YPG czy kobiecych oddziałów YPJ, którzy zginęli w walce z Państwem Islamskim.

Jest początek listopada. Nahid siedzi przy biurku pod banerem i opowiada historie upamiętnionych na nim kobiet. Gdy kończy, zaprasza na herbatę do swojego namiotu, na którym wymalowano dużymi literami napis „YPG”, skrót określający Ludowe Siły Obrony. Bo on też kiedyś walczył. Popijając herbatę, opowiada o tym, że sam też był gotów oddać życie w walce. Wydawało się już, że sprawa jest przegrana i tak jak młodziutkiej Arîn pozostaje mu tylko wybrać rodzaj śmierci. Wtedy jednak z pomocą przyszedł mu inny oddział, uwalniając go tym samym od tak tragicznego wyboru. W trakcie jego opowieści do namiotu zagląda gromadka zaciekawionych dzieci. To ze względu na nie jego dowódcy zdecydowali, że powinien oddać broń młodszym od siebie i tym, którzy nie muszą się opiekować bliskimi. Tym dzieciom nikt inny nie pozostał, bo reszta rodziny została zabita przez islamistów.

Interesuje go moje wyznanie. „Daesh nienawidzi chrześcijan. Tam, gdzie oni panują, nie ma miejsca dla ludzi innych wyznań”. Używa arabskiego skrótu pogardliwie określającego Państwo Islamskie. Przekonuje, że w Rojavie, kurdyjskiej autonomii utworzonej w trakcie wojny na północy Syrii, było miejsce dla każdego. Dla chrześcijan, muzułmanów, jazydów. Arabów i Kurdów. Tak samo jest w tym obozie. Na potwierdzenie swoich słów zabiera mnie do namiotu zamieszkiwanego przez arabską rodzinę pochodzącą z Aleppo. A później do rodziny wprawdzie kurdyjskiej, tak jak większość przebywających tu uchodźców, ale w odróżnieniu od nich chrześcijańskiej. Mężczyzna mieszkający w namiocie pokazuje swoje skarby zabrane w pośpiechu ze zrównanego z ziemią Kobane. Są nimi trzy egzemplarze Pisma Świętego: w ojczystym kurmanji, po arabsku i po turecku.

To tylko burza

Większość mieszkańców obozu Arîn Mîrkan stanowiły kobiety i dzieci. Ich mężowie i ojcowie wciąż walczą w Syrii lub uczestniczą w odbudowie miasta, wielu zginęło w walce. Każdy tu kogoś stracił. Dzieci biegały w klapkach, choć zbliżała się zima. Buty miały często nie do pary, czasem chłopcy nosili dziewczęce, a dziewczynki chłopięce. Ważne, że miały coś na nogach. Na Bliskim Wschodzie zima też potrafi być sroga, może nie tak jak w Polsce, potrafi jednak dać się we znaki mieszkającym w namiotach uchodźcom.

Jest koniec listopada. Jedenastoletnia Silva chwyta mnie za rękę i prowadzi do namiotu, w którym mieszka wraz z rodzicami i trójką rodzeństwa. Ich namiot w środku wygląda jak maleńki pokój, jest bardzo schludny, podłoga z ułożonych obok siebie cegieł wyściełana jest dywanem, przed którym należy zdjąć buty. Kotara z dwóch złączonych ze sobą koców zasłania schowek na przedmioty osobiste, które udało im się zabrać z opuszczonego ponad rok temu domu. Są tam szachy, w które rodzina czasem gra wieczorami, i dwa dziecinne plecaki należące do Silvy i jej o rok młodszego brata, a w nich kolorowanki, kredki i kurdyjskie elementarze, z których rodzice, Ahmed i Zaide, uczą dzieci ojczystego języka. Te elementarze to nie byle co. Jeszcze przed wojną nauka kurmanji była w Syrii zakazana, a kurdyjskie dzieci, podobnie jak mali Turkmeni i Asyryjczycy, uczyły się tylko po arabsku. Dopiero gdy na północnym zachodzie kraju kontrolę przejęła kurdyjska Demokratyczna Partia Jedności (PYD), nauka tego języka została włączona do szkół. Więc Silva i Jihad dumni, że je mają i mogą się z nich uczyć, postanowili nauczyć i mnie. Pokazują słowa, każą czytać. „Roj”– słońce albo dzień, tak jak w „Rojbaş”, czyli dzień dobry. Od tego słowa pochodzi też zresztą Rojava – dosłownie zachód słońca, ale nazwano tak też zachodni Kurdystan, czyli leżącą w granicach Syrii część zamieszkiwanego przez Kurdów terytorium.

Ich ojciec, Ahmed, ma czterdzieści dwa lata, jego żona trzydzieści cztery, choć oboje wyglądają na co najmniej dziesięć lat więcej. Przed wojną mężczyzna podróżował po Bliskim Wschodzie – był w Libanie i w Turcji. „Ale to Kobane było najpiękniejszym miejscem na ziemi”, podkreśla. „Oczywiście zanim zostało doszczętnie zniszczone podczas trwających cztery miesiące walk”, dodaje ze smutkiem. Chciałby wrócić, jednak musi dbać o bezpieczeństwo swojej rodziny. Ma przecież żonę i czworo dzieci.

Kiedy nadchodzi pora posiłku, Zaide rozkłada na podłodze wielką tacę, na której położyła dwa wspólne dla całej rodziny talerze. Na jednym z nich ryż polany pikantną przyprawą, na innym jajka. Rodzina rozsiadła się na podłodze wokół tacy, każdy dostał płaski chleb nan, który następnie maczają w ryżu lub jajkach. Siedmioletnia Simaf podsuwa mi chleb. Odmawiam, bo wiem, że stwierdzenie, że im się nie przelewa, byłoby wyjątkowo łagodnym eufemizmem. Mała głośno cmoka, jednocześnie kiwając głową w moją stronę. W ten sposób okazuje, że się ze mną nie zgadza. Bo jak powiedział mi później znajomy Kurd, odmowa przyjęcia czyjejś gościnności może być w tej kulturze uznana za obraźliwą. Nawet jeśli tę gościnność okazują zamieszkujący namioty uchodźcy.

Ahmed odbiera telefon. „To z Kobane”, wyjaśnia. Jego telefon jest stary, dzięki niemu może się co prawda skontaktować z bliskimi, którzy zostali w Syrii, nie może jednak przy jego pomocy oglądać zdjęć, dlatego prosi, bym włożyła do swojego kartę pamięci, którą przechowuje bezpiecznie w portfelu. Cała rodzina z przejęciem gromadzi się, by obejrzeć zdjęcia zrobione jeszcze zanim pod koniec 2014 roku byli zmuszeni zostawić całe swoje dotychczasowe życie za sobą, by schronić się w Turcji. Mieszkali kiedyś w dwupiętrowym domu, dziś został z niego jedynie kamień na kamieniu.

Innym razem Ahmed wyciąga ze schowka w składanej kanapie pudełko. Pokazuje po kolei dokumenty swoje, żony i dzieci, a na nich dane zapisane alfabetem łacińskim i arabskim. Następnie wyciąga zdjęcie dziecka. To ich piąte dziecko, brat bliźniak najmłodszej córeczki. Jemu nie udało się dotrzeć do Turcji. Dziś miałby cztery lata.

Dopiero gdy Zaide zdejmuje długą spódnicę przed snem, zauważam jej wypukły brzuch. Jest w ciąży z kolejnym dzieckiem. W namiocie rodziny światło pozostało zapalone przez całą noc. Tej nocy nad Suruç przeszła przeraźliwa burza. Dzieci zerwały się na dźwięk rozrywającego niebo huku, najmłodsza zaczęła płakać, więc Ahmed ją uspokaja. Tym razem to tylko burza. Nie tak dawno podobny huk zmusił ich do ucieczki z domu i koczowania przez kilka dni przed granicą, aż Turcja zdecydowała się ich wpuścić.

Rano na dworze wciąż pada, ale nie jest to już oberwanie chmury jak w nocy. Na zewnątrz wszędzie są kałuże. Po tych kałużach dzieci biegają w klapkach, sandałach czy nawet na boso.

Myśl o Kobane

Pomimo trudności, z jakimi się mierzą, czasem wieczorami uchodźcy gromadzili się na placyku pośrodku obozu, a gdy przyszły mrozy – w jednym z namiotów. Jeden z mężczyzn przynosił saz, popularny na Bliskim Wschodzie instrument strunowy, dwie nastoletnie dziewczyny, Hilava i Cala, zaczynały śpiewać. Reszta społeczności zgromadzona wokół z nostalgią słuchała pełnych dumy i wiary pieśni o ich Kurdystanie, o Rojavie, z której musieli uciec, o czczonym przez nich Apo, o bohaterskich czynach.

Jest początek grudnia 2015, przychodzą pierwsze mrozy, uchodźcy wciąż mieszkają w namiotach. Na szczęście w zimne noce ogrzewają ich elektryczne grzejniki. „Następnym razem odwiedzisz nas, gdy wrócimy do Kobane, Inshallah” (jeśli Bóg pozwoli). Tymi słowami pożegnał mnie Ahmed. Ferya mówi, że ma dla mnie prezent. Patrzę zdziwiona na wyciągniętą w moją stronę szczoteczkę do zębów i pastę. „Od teraz, gdy będziesz szczotkować zęby w Polsce, pomyśl o Kobane”. Wiem, że jeszcze długo o tym miejscu nie zapomnę.

Później dowiaduję się, że tego obozu już nie ma, że w miejscu, w którym jeszcze niedawno znajdowały się namioty, jest jedynie puste pole, a uchodźcy zamieszkali w mieście, gnieżdżąc się po kilka rodzin w jednym mieszkaniu. Są też tacy, którzy zaciągnęli się w szeregi YPG, by walczyć z religijnymi fanatykami z Państwa Islamskiego. Jeszcze inni postanowili wrócić do Kobane, pomimo ogromnych zniszczeń i niebezpieczeństwa. Ich domy są doszczętnie zniszczone, ale w Rojavie powstały dla nich obozy dla wewnętrznie przesiedlonych. Wolą żyć w zagrożeniu, ale u siebie, na ziemi swoich przodków, która tak naprawdę nigdy nie należała do nich.

  • PBM

    „Selamliyoruz” – to dosłownie znaczy pozdrawiamy, jakkolwiek mniej wykształceni ludzie używają tego w rodzaju “błogosławimy” . Pamiętać, to hatırlamak