dwutygodnik internetowy
29.09.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Muzeum PGR – „Praca, spokój, stabilizacja”

W czasie transformacji wiele rzeczy zrobiliśmy kosztem wsi i do dziś marginalizujemy ją w debacie publicznej mówiąc: „poradzą sobie”.

fot.: Jan Mencwel

Przedstawiamy zapis debaty poświęconej PGR-om i wsi, która odbyła się 11 września w Domu Spotkań z Historią. Współorganizatorem wydarzenia było Towarzystwo Inicjatyw Twórczych „ę”. Przed dyskusją wyświetlony został film Jana Mencwela poświęcony jedynemu w Polsce muzeum PGR-u. Mogą go Państwo obejrzeć poniżej.
 
W debacie wzięli udział: dr Barbara Fedyszak-Radziejowska, Ewa Chomicka oraz Jan Mencwel. Spotkanie poprowadził Jarosław Ziółkowski.
 

 
Jarosław Ziółkowski: Zanim zwrócimy się do autora filmu, chciałbym zapytać panie panelistki o pierwsze wrażenia związane z filmem oraz o to, jakie pytania chciałyby panie zadać jego twórcy.
 
Barbara Fedyszak-Radziejowska: Po raz kolejny przypomniałam sobie jak wielkim, koszmarnym idiotyzmem był PRL. Zobaczyliśmy tutaj strukturę rolną w wydaniu pegeerowskim. Ktoś wymyślił, że na terenach które nazywam pomigracyjnymi – żeby już nie mówić poniemieckie lub odzyskane – zamiast stworzyć gospodarstwa rodzinne, duże, tak jak bauerowskie były przed II wojną światową, przeprowadzić coś, co można by nazwać industrializacją rolnictwa. To było mniej więcej 1600 PGR-ów o średniej powierzchni 2300 hektarów, co jest niebotycznie nieefektywne, bez dopłat bezpośrednich, takich jak dzisiaj w Unii Europejskiej, nie da się z takiego gospodarstwa osiągnąć zysku. I wokół tych wielkich gospodarstw wybudowano koszmarne bloki. To nie byli właściciele okolicznych gospodarstw rolnych, którzy przychodzili do PGR-u pracować. Robotników rolnych w PGR-ach skomasowano w blokach. Z koszmarnie drogą infrastrukturą, bo ogrzewanie, wodę, wodociągi trzeba było podciągnąć do postawionych w polu bloków. No i eksperyment ten zrobiono dodatkowo na terenach pomigracyjnych, a wiadomo, że zasiedlenie, zakorzenienie, tożsamość, poczucie odpowiedzialności rodzi się z własności.
W pana filmie zobaczyłam muzeum komunizmu – tam są wystawiane maszyny rolnicze, więc powiedzmy, że coś pomiędzy muzeum komunizmu a muzeum pracy.
A pytania, jeśli pan pozwoli: chciałabym wiedzieć, gdzie pracują ludzie, których pan tam spotkał? Rozumiem, że żadne wielkoobszarowe gospodarstwo tam nie funkcjonuje? Co się stało z tą ziemią? W to, że ona dzisiaj leży odłogiem nie wierzę, bo płatności bezpośrednie idą chociażby na skoszenie trawy. No i chciałabym też zapytać, czy mógłby pan powiedzieć coś więcej o spotkanych osobach. Czy są takie, jak na Pana filmie, czyli wspominają pracę, wyrażają trochę żalu, ale bez ideologii, że PGR-y mają wrócić?
 
Ewa Chomicka: Mnie ten krótki film bardzo się spodobał, nie tylko dlatego, że jestem muzealniczką, ale również dlatego, że w tak krótkiej formie udało ci się postawić kilka bardzo ważnych pytań. Ciekawi mnie twoja diagnoza – czy to muzeum jest sentymentem po PRL-u, czy może wyrazem zaradności współczesnej i tego, co jedna z bohaterek filmu określa słowami, że był to „pomysł na to, jak z niczego można zrobić coś”? Jaki powód leży u źródeł tej inicjatywy? I skoro muzeum zostało utworzone siłami mieszkańców, to jaką rolę dla nich rzeczywiście pełni?
 
Jan Mencwel: Może zacznę od tego, czy muzeum jest wyrazem sentymentu za czasami PGR-ów czy PRL-em. To nie było powiedziane w filmie, ale muzeum powstało z dosyć prostego powodu – było jedynie sposobem na to, żeby uratować budynek szkoły. Bo w tej miejscowości szkoła została zamknięta i stał pusty budynek, z którym nie za bardzo było wiadomo co zrobić. Pani, która jest dyrektorką tego muzeum, sołtyska, szukała po prostu jakiegoś pomysłu na to, co można zrobić w tym budynku, żeby jej nie odebrano tej wsi. No i jak słyszymy w filmie, panowie poszli do radę do pana Krzysika, który nie mieszka w tej wsi, jest działaczem. Powiedział im: no mieliście PGR, to może zróbcie Muzeum PGR-u. A oni stwierdzili: no dobra, robimy Muzeum PGR-u. Trudno jest mi powiedzieć, czy przed powstaniem muzeum w Bolegorzynie był żywy sentyment za minionymi czasami, i czy faktycznie była to idea upamiętnienia, czy tylko był to sposób na to, żeby z niczego zrobić coś, a konkretnie żeby nie stracić szkoły. Ważne jest, że udało się pozyskać pieniądze na to, żeby to muzeum zaczęło działać.
Nie można tu więc chyba mówić o sentymencie za PRL. Dużo o tym mówi hasło, które wisi na ścianie muzeum, chyba nieprzypadkowo akurat od frontu – „Praca, spokój, stabilizacja”, tak też zresztą zatytułowałem film. Wydaje mi się, że oni tęsknią nie za systemem, a za tymi trzema rzeczami, bo teraz ich tam nie ma. Pracy nie ma, to znaczy jest, ale za najniższą krajową, bo jedynym pewnym pracodawcą w okolicy jest fabryka kabli w Czaplinku, w której pensje się tak kształtują, a jeszcze trzeba odliczyć koszty dojazdu.
Faktycznie jest to w jakimś sensie muzeum pracy. Nieprzypadkowo zajmują się przede wszystkim zbieraniem narzędzi pracy i muzeum jest zastawione różnymi maszynami. Ciekawe jest to, że oprowadzają byli pracownicy PGR-u i nie wchodzą w kwestie ideologiczne, bardzo dużo opowiadają natomiast o tym, jak się pracowało i czego się do pracy używało. Podkreślają, że był to zakład pracy. Jeżeli się z nimi dłużej porozmawia, czuć, że w tamtym systemie czuli właśnie spokój i stabilizację. To może kontrowersyjne, ale wielu osobom tego brakuje, nie tylko we wsiach gdzie upadł PGR.
Nie jestem pewien jak to jest z kwestią ziemi, o którą pytała pani doktor. Z tego co wiem, bardzo niewiele osób pracuje tam w rolnictwie. Część, na przykład mąż przewodniczki, pracuje w tartaku. Ona sama jest bezrobotna i pracuje jako przewodniczka w ramach prac interwencyjnych – jest to rodzaj zastępstwa pracy dla osób bezrobotnych. Wiem, że ktoś z Warszawy kupił teraz budynki popegeerowskie i chce je przerobić na hotel. To jest bardzo ładna okolica, niedaleko jest jezioro Drawskie. Mieszkańcy skarżą się na to, że ten właściciel w ogóle z nimi nie rozmawia, nie ma mowy w ogóle o tym, żeby ich zatrudnił w hotelu.
 
Aktywność i bierność wsi
 
J.Z.: Pania Ewa Chomicka zadając pytanie zwróciła uwagę na zdanie „zrobiliśmy coś z niczego”. Przed pokazem powiedziała pani, że tropi pani wszelkie formy aktywności. Na czym aktywność polega tutaj? Często mówiąc o dawnych pracownikach PGR-ów używa się określenia „pegeerus”, co podkreśla chyba, że ich immanentną właściwością jest bierność. Może paradoksalnie są oni bardzo aktywni?

 
E.Ch.: Tak, jak najbardziej. Występuję tu po części w imieniu Kolektywu Terenowego – to nieformalna grupa etnografów, animatorów i artystów. Od kilku lat na południowym Mazowszu, we wsiach Broniów i Ostałówek realizujemy badania wzmocnione działaniami animacyjnymi i działaniami z zakresu sztuki współczesnej. Impulsem naszego działania była praca Tomasza Rakowskiego, który wiele lat temu zaczął badać ten teren. Jako pierwszy zwrócił uwagę, że choć okolice Szydłowca są bardzo mocno dotknięte problemem ubóstwa, to ich mieszkańcy szukają sposobów wyjścia, zaradzenia tej sytuacji. Powoli najpierw sam Tomek, potem kolejne osoby zaczęły tropić coś, co nazywamy nierozpoznanymi wymiarami rozwoju kulturalnego. Taki jest zresztą podtytuł książki, którą wydaliśmy. Nasze badania były możliwe dlatego, że przyjeżdżaliśmy tam przez kilka lat i że to nasze bycie w terenie było narastającym doświadczeniem, które rodziło się pod wpływem spotkań i działań jakie realizowaliśmy razem z mieszkańcami obu wsi.
Te wsie to są typowe „ulicówki”, około 100 numerów każda, czyli po około 300 mieszkańców. Obie wsie są położone blisko siebie, ale jednocześnie są bardzo różne. Broniów kiedyś był wsią rolniczą, teraz większość pól to ugory, a codzienna aktywność mieszkańców związana jest z pracami dorywczymi. Bardzo niewiele osób ma stałą pracę w okolicznych miejscowościach, znaczna część młodych i dorosłych, szczególnie mężczyzn, zapewnia codzienny byt poprzez pracę na Zachodzie.
 
Ostałówek pozostał miejscowością rolniczą, ale z bardzo drobnymi gospodarstwami. Wiele z nich jest na tyle małych, że ich właściciele pobierają dodatkowy zasiłek. I w takim właśnie kontekście tropiliśmy formy samoorganizacji, przyglądaliśmy się też, jak rozkładają się w różnych aktywnościach relacje płciowe. Okazywało się, że ogromną rolę w tych miejscowościach mają inicjatywy, które nie mieszczą się w standardowych klasyfikacjach mówiących o kreatywności, zaangażowaniu, rozwoju. Były to na przykład straże ochotnicze, kółka różańcowe i inne formy aktywności okołokościelnej. Ale też nieformalne szkoły mistrzowskie, jak na przykład szkoła pana Zielonki – wykształcił całe grono murarzy, którzy to następnie zalali Europę Zachodnią. Były to też w końcu niezwykle aktywnie działające – i konkurujące ze sobą – zespoły muzyczne z obu wsi. Zespół „Broniowianki” i zespół „Ostałki”, który był siłą napędową wszelkich lokalnych festynów, celebracji, świąt.
Formy aktywności, o których wspomniałam, to nie tylko rodzaj samorganizowania się, ale też sposób radzenia sobie w codzienności niedoboru ekonomicznego. Mieszkańcy tych wsi często nie mogą sobie pozwolić na zakup pewnych dóbr, w związku z czym sami je wytwarzają. Bardzo widoczna jest tam kultura samoróbek, czyli tworzenia rzeczy własnoręcznie, z niczego. Znaleźliby tam państwo całą gamę przepięknych, fantastycznych tworów, przeróżnych traktorów, głośników, które zamieniają się w diody, własnoręcznie wykonane pianino, które jest zrobione ze starych elementów połamanego instrumentu, wzmocnionego i sztukowanego szprychami, elementami pralki. I to wszystko działa.
 
Jednym z naszych celów było tropienie tych aktywności i pokazywanie, że są one formą kreacji, twórczości i świadczą o niebywałych umiejętnościach mieszkańców obu wsi. Z tych samoróbek zrobiliśmy wystawę w centralnym miejscu Broniowa. Zaprosiliśmy wszystkich gospodarzy, żeby wystawili traktory, heblarki, pralki, które sami zrobili. Każdy z obiektów podpisaliśmy nazwiskiem twórcy, podaliśmy rok wykonania, o ile był znany. W ten sposób, tak jak się to dzieje w geście muzealnym, staraliśmy uwznioślić te przedmioty, przedstawić je jako bardzo specjalne obiekty. I to przejrzenie się mieszkańców w tych nieoczywistych formach aktywności pokazało wspólną kolektywnaą umiejętność.
Nie znam kontekstu etnograficznego miejscowości, o której dzisiaj mowa, ale to może to być bardzo podobna sytuacja. Wydaje mi się, że tutaj następuje przekucie pustki – używam tego pojęcia w cudzysłowie, ironicznie, bo mieszkańcy Bolegorzyna pokazują, że nie jest ona pustką, że jest bardzo wartościowym wspólnym zasobem, bardzo konkretnym wspólnym doświadczeniem.
 
Popegeerowska bieda
 

“Puste Pola”, PKF z 1992 roku o zamkniętym PGRze
 
J.Z.: Pani doktor, prowadziła pani badania dotyczące PGRów. Co można powiedzieć o sytuacji dawnych pracowników PGRów? Czy może są różne typy wsi popegeerowskiej?
 
B.F.-R.: Rzeczywiście, w połowie lat 90-tych byłam członkiem trzyosobowego zespołu kierowanego przez panią doktor Krystynę Łapińską-Tyszkę. Zrobiłyśmy badania, w których dotarłyśmy do kilkuset nowych właścicieli tego co powstało po przekształceniach PGR-ów. I przy tej okazji jakby może bardziej zetknęliśmy się z problemem biedy. Profesor Tarkowska badając biedę na terenach popegeerowskich znakomicie pokazywałą wątek kobiecy. Mówiła, że kobiety były niezwykle dzielne, wymyślały nieprawdopodobne zajęcia. Sama widziałam biedę na koszalińskiej wsi i panowie byli wyraźnie załamani brakiem pracy, wyraźnie słabsi jeśli chodzi o aktywność. Mam nadzieję, że panowie się nie obrażą, ale pani profesor Tarkowska też tak o tym pisała. Kobiety natomiast z wikliny robiły zabawki, które potem były wysyłane na spotkania ekologiczne, żeby utrzymać rodzinę.
Proszę pamiętać, że na terenach popegeerowskich bezrobocie potrafiło sięgać 30 paru procent. Pracę w ciągu dwóch, trzech lat straciło mniej więcej 400 tys. osób. Przekształcone PGR-y znalazły się w nowych rękach dzierżawców, którzy kierowali się rachunkiem ekonomicznym – to była Polska potransformacyjna – więc zwalniali ludzi. Te 400 tys. osób to jest mniej więcej milion licząc z rodzinami. Kuroniówka była zasiłkiem, ale nie trwałą formą utrzymania. To są miejsca, w których nie ma przemysłu, nie ma miasta i nie ma rodzinnego rolnictwa. Tradycja chłopska jest czymś zupełnie innym niż tradycja folwarczna, w związku z czym oni nawet rolnikami nie byli, oni byli pracownikami PGR-ów.
 
Wracając do Pana pytania o proces przekształceń. Otóż to była decyzja polityczna, o której mówił prezes Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa Adam Tański. Chodziło o pozostawienie bardziej efektywnych wielkoobszarowych gospodarstw. Nie 2 tys. hektarów, bo bez unijnych dopłat jest wykluczone, żeby mogły one przynosiłć dochód. Zredukowano je do mniej więcej do 500-hektarowych gospodarstw. W ten sposób w przybliżeniu powtórzono strukturę majątków ziemiańskich przed wojną. W 60% przypadków nowymi gospodarzami była kadra pegeerowska, najczęściej nie główny dyrektor, tylko zastępca do spraw produkcji, zwykle po studiach, więc to byli profesjonaliści, ale z rodowodem z nomenklatury – żeby być dyrektorem PGRu trzeba było przecież należeć do PZPR.
Ta nowa sytuacja była pozbawiona tradycji. Bardzo pięknie jest porównanie filmu, który oglądaliśmy z opowieścią pani Chomickiej o Mazowszu. Otóż Mazowsze jest zakorzenione. W filmie jesteśmy w Zachodniopomorskim, czyli na terenie pomigracyjnym, mamy ludność napływową albo z Kresów, albo z Mazowsza albo z biednego siedleckiego. Nie ma korzeni, nie ma zespołu ludowego, bo przed wojną mieszkali tam zupełnie inni ludzie. W ten sposób dotykamy materii zakorzenienia się Polaków na ziemiach, które zostały po wojnie puste. Co jest ich „przeszłością, na której budują przyszłość”? PGR. Dla nich zespołem ludowym jest PGR.
 
Wieś sobie poradzi
 
B.F.-R.: W koszalińskim w ramach szukania zakorzenienia stworzono „Hobbitowo”, próbowano ściągnąć turystów z Europy turniejejami rycerskimi. Szukamy czegokolwiek, w Bolegorzynie znaleźli PGR. Być może kiedyś źródłem zarobkowania tych ludzi będzie turystyka, ma powstać hotel, więc być może powstaną kwatery. Gdyby jednak nie ten koszmarny PRL, ci ludzie mieliby własne domy, nie mieszkania w blokach. Gdyby to były chałupy wiejskie, można by było na swoim gospodarstwie otworzyć kwatery agroturystyczne i zarabiać. Oczekiwanie, że oni znajdą pomysł na zarabianie, skoro zostali w tych nieszczęsnych blokach wybudowanych w wokół PGRu, jest nierealistyczne. To są tereny, na których wszystkie postulaty aktywności, przedsiębiorczości, zarzuty postpeerelowskiej mentalności są o tyle niesprawiedliwe, że obiektywnie sytuacja, w której znaleźli się ludzie po redukcji zatrudnienia w PGR-ach, jest bardzo, bardzo trudna. Nie ma się co dziwić, że migracja zarobkowa jest jakimś rozwiązaniem.
Proces transformacji na terenach pegeerowskich, ale też na całej polskiej wsi przebiegał z opóźnieniem, w bardzo niekorzystnej atmosferze wielkomiejskiego dystansu. „Mają ziemię, to sobie poradzą. Z głodu nie umrą, mają krowy, mają mleko, zasiłki”. Na początku lat 90-tych proces transformacji polegał między innymi też na tym, że z upadających wielkich przemysłowych przedsiębiorstw zwalniano w pierwszej kolejności dwuzawodowców. Na wieś wróciło wtedy 680 tys. ludzi. Im nie trzeba było płacić świadczeń, bo wracali do gospodarstwa rolnego i nie mieli prawa do zasiłku, bo przecież on był rolnik – miał trzy hektary. Wiele rzeczy zrobiliśmy kosztem wsi, więc to nie jest tylko kwestia marginalizacji przez biedę, ale także takiej marginalizacji w debacie publicznej – „poradzą sobie”.
 

fot.: Jan Mencwel


Odzyskiwanie tożsamości
 
J.Z.: Janku, chciałem zapytać co cię w tej historii zafrapowało.
 
J.M.: Z zawodu jestem animatorem kultury, prowadzę też badania w sferze aktywności kulturalnej. Często jeżdżę do małych miejscowości, do domów kultury, bibliotek i tam albo realizuję jakieś działania wspólnie z mieszkańcami, albo staram się czegoś dowiedzieć o tym, jak wygląda ich własna aktywność. O muzeum usłyszałem mniej więcej dwa lata temu. Henryk Wujec opowiadał o wizycie premiera Tuska w Bolegorzynie. Mówił, że muzeum jest wspaniałym przykładem tego, jak poradzili sobie mieszkańcy dawnego PGR-u. Skrzyknęli się, zorganizowali, mają muzeum i wszystko się tam zmienia. Byłem bardzo ciekaw, czy to prawda, czy rzeczywiście już tak fantastycznie się tam żyje dzięki muzeum.
A druga rzecz – wydawało mi się to bardzo nietypowym zabiegiem, żeby w miejscowości, w której właściwie nigdy nie było nic oprócz PGR-u, stworzyć muzeum właśnie PGR-u, czyli tak naprawdę muzeum tej miejscowości. To nietypowy przykład oddolnej aktywności kulturalnej.
 
J.Z.: Co powiedziałbyś o zakorzenieniu ludzie, których tam spotkałeś? Jak oceniają miejsce, w którym żyją
 
J.M.: PGR w Bolegorzynie powstał dosyć późno, bo w latach 60-tych, wtedy też zbudowano część bloków. Pozostałe dobudowano w latach 80-tych. Co ciekawe, mieszkańcy nowych bloków – bo oni dzielą się na nowe i stare bloki – uważają swoje mieszkania za coś bardzo wartościowego. Są zdania, że za małe pieniądze można tam kupić ładne mieszkanie na wsi, dobre miejsce do życia, z którego można gdzieś dalej dojeżdżać.
Co do samego muzeum – część eksponatów to maszyny poniemieckie. Czy udają eksponaty pegeerowskie? Mieszkańcy potrafią opowiedzieć, jak się ich używało, ale nie doszedłem do tego czy faktycznie były stosowane w PGR-ze. Niemniej jednak wydaje mi się, że problem braku zakorzenienia tam istnieje, że ludzie mają poczucie, że nie są stamtąd. Nie mają opowieści o tym, co z dziada pradziada… I dlatego też jest to dla mnie bardziej zrozumiałe, że właśnie w takim miejscu powstało akurat muzeum PGR-u. No bo jeżeli w ogóle miałby powstać, to jakie inne? I wydaje mi się, że to też był kolejny powód, dla którego chciałem się tym miejscem zająć, pojechać tam i coś o tym spróbować opowiedzieć. Wydaje mi się, że poszukiwanie własnej tożsamości jest charakterystyczne dla całej zachodniej Polski.
Nawet teraz zresztą z zespołem „Ę” rozpoczynamy projekt „Tożsamości odzyskane”. W jego ramach będziemy jeździć do różnych małych, pomigracyjnych miejscowości, najczęściej na zachodzie i na wschodzie. I tam będziemy pracować z mieszkańcami po to, żeby zobaczyć w jaki sposób oni opowiadają o tym, skąd są. Czy bardziej identyfikują się z ziemią, na którą przyjechali, czy raczej z tą, z której pochodzą oni sami, lub ich rodzice, dziadkowie.
 
J.Z.: A skąd pochodzą dziadkowie, rodzice mieszkańców Bolegorzyna?
 
J.M.: Część z nich była z Kresów, a część to byli z kolei przesiedleńcy z centralnej Polski. Nie ma reguły, także dlatego, że ten PGR powstał w latach 60-tych, to już nie była fala przesiedleń powojennych.
 
E.Ch.: Czy mógłbyś trochę więcej opowiedzieć o tym, jak muzeum funkcjonuje? Czy to jest rzeczywiście wspólnotowa idea? Bo odniosłam wrażenie, że jest tam wyraźna liderka.
 
JM: Faktycznie, nie ma wspólnoty skupionej wokół muzeum. Jest bardzo mocna liderka w osobie pani Bożeny, która jest też sołtyską, bardzo sprawną organizatorką. Wyszła z inicjatywą, żeby uratować szkołę, potrafiła napisać wniosek. No ale muzeum istnieje od 5 lat, a pani Bożena czuje się bardzo osamotniona w dbaniu o nie. Mówi, że młodzi ludzie jej nie pomagają, czasem przychodzą dziewczyny, które w ramach prac interwencyjnych przez miesiąc czy dwa jej pomagają. Jest jeszcze jedna przewodniczka. Muzeum organizuje raz na jakiś czas festyny, ale w dużej mierze chodzi w nich o to, żeby przyjechał ktoś z Czaplinka albo Drawska. Odniosłem wrażenie, że dla pani Bożeny integrowanie się lokalnych mieszkańców nie jest takie ważne.
 

fot.: Jan Mencwel


Współdziałanie i współbycie
 
J.Z.: Możemy powiedzieć, że muzeum PGR jest inicjatywą oddolną. Ciekawi mnie, czy działania Kolektywu Terenowego wpływają na to co później robią mieszkańcy wsi, które państwo odwiedzają. Czy podejmują kolejne działania po państwa wyjeździe?
 
E.Ch.: To jest właśnie coś, czego nie chcemy sobie stawiać za cel. Nasze działanie wychodzi z założenia, że podczas pracy coś się wydarza pomiędzy nami i mieszkańcami. Sami zadajemy sobie pytanie o to, czy zachodzi jakaś zmiana i czy dotyka ona raczej nas, czy mieszkańców. Zmiana nie jest jednak dla nas celem naczelnym, bo żeby coś zmieniać, trzeba najpierw zdiagnozować potencjalny brak. My korzystają z aktywnych metod animacyjnych i partycypacyjnych staramy się odkrywać aktywności, o których opowiadałam. Kieruje nami nastawienie na relacyjność, wspólnotowość sposobu działania, przyglądania się. My to nazywamy „współbyciem”, bo wspólnie z mieszkańcami Broniowa i Ostałówka mieszkamy, wspólnie realizujemy projekty. Nie przyjeżdżamy z gotowym pomysłem, że warto by było tej miejscowości zaproponować to i to. Wręcz przeciwnie: podchwytujemy pomysły, które funkcjonują już w tym miejscu. Nawet wspólne odmalowywanie przystanków w tych dwóch miejscowościach było tak naprawdę inicjatywą i pomysłem mieszkańców, my robiliśmy to wspólnie z nimi.
Bardzo odległy jest nam sposób myślenia – funkcjonujący niestety w wielu projektach – w którym najpierw wymyśla się działanie, które uzdrowi, sprawi, że społeczność stanie się aktywna, dynamiczna, a zatem przestanie być bierna. Tak często mówi się o polskiej wsi i to powiela dyskurs wykluczający, o którym też mówiła pani Barbara.
 
Rozliczanie PGR-ów
 
Głos z sali: Interesuje mnie kwestia rozliczenia się z PGR-ami jako z problemem społecznym, przestrzennym i gospodarczym. Żaden rząd tego nie zrobił, a przecież zniszczono to, co było. Nie tylko strukturę rolną, ale strukturę przestrzenną w ogóle. Mam tu na myśli założenia pałacowo-przestrzenne, które zastąpiono potwornymi budyneczkami dla pracowników PGR-ów. Uważam, że to wszystko powinno się zburzyć. Jeżdżę co roku na Pojezierze i widuję popegeerowskie budynki, gdzie mnożą się menele i pijaczki, dzieci nie chodzą do szkoły, zbierają i sprzedają butelki. Marazm i potworność.
 
B.F.-R.: Dotknęła pani problemu, który na terenach zakorzenionych jest problemem reprywatyzacji. W gruncie rzeczy zapytała pani o to, dlaczego to co było pegeerowskie, a powstało po części z majątków ziemiańskich, nie wróciło do właścicieli. Prywatnie na pytanie o to, dlaczego w ogóle nie było reprywatyzacji na obszarach wiejskich odpowiadam sobie brutalnie, z pełną świadomością: bo jakbyśmy ją zrobili na terenach zakorzenionych, to trzeba by było ją zrobić na terenach pomigracyjnych. A reprywatyzacja na terenach pomigracyjnych, szczególnie po wejściu do Unii Europejskiej, groziła utratą własności ziemi. Nie oszukujmy się, zostalibyśmy wepchnięci w pułapkę utraty 40% terytorium. Ja akurat mam rodziców ze Lwowa i Samboru. W Samborze do dzisiaj stoi dom. Jeśli Ukraina wejdzie do Unii Europejskiej, słowo pani daję, nie będę tego domu próbowała odzyskiwać, bo mówię: koniec, tak zostawmy. Ta pułapka sprawiła, że niewiele da się zrobić i słowo „rozliczyć” w gruncie rzeczy pozostaje bez odpowiedzi. Bo kogo rozliczymy za PGR-y? Pani mówi: wysadzimy te domy. No tak, ale w tych blokach, nawet tych brzydkich, mieszkają ludzie, dzieci. Nie wysadzimy ich w powietrze.
 
dr Barbara Fedyszak-Radziejowska – socjolog wsi, pracuje w Instytucie Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN oraz Wydziale Administracji i Nauk Społecznych PW, etnograf, publicystka
Ewa Chomicka – etnografka, współtwórczyni Kolektywu Terenowego
Jan Mencwel – redaktor „Kontaktu”
 
Jeśli nie chcą Państwo przegapić kolejnych wydań naszego tygodnika, zachęcamy do zapisania się do naszego newslettera.
 

 
 
Magazyn „Kontakt” to nie tylko internetowy tygodnik, ale także papierowy kwartalnik. Zachęcamy do lektury. Można go nabyć m.in. w prenumeracie.