dwutygodnik internetowy
8.02.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Mowa, choć żadnych słów. Poetyckie obrazy Tomasa Transtroemera

W natłoku codziennych wrażeń odwykliśmy od prostoty. Być może dlatego lektura poezji szwedzkiego noblisty nie przyjdzie z łatwością. Wkraczamy oto w świat, w którym na tle milczenia do głosu dochodzą zwykle zaniedbywane szczegóły.

Ulla Montan/Albert Bonniers Forlag; Creative Commons; https://tomastranstromer.net/

Ulla Montan/Albert Bonniers Forlag; Creative Commons; https://tomastranstromer.net/

Powody powrotów ulubionych tekstów bywają błahe. Na pierwszy rzut oka pustka zimowego krajobrazu – zwłaszcza w tegorocznym wydaniu – nie kojarzy się specjalnie poetycko. Co innego, oczywiście, gdy poprószy śniegiem, mróz postara się o ornamenty na szybach i cały świat zacznie skrzyć się iskierkami lodu. Wtedy i romantyków można przywołać („Śnieg” Lampmana), i Miłosza („Postój zimowy”)… Cóż jednak po nagich drzewach, przejmującym chłodzie i wszechogarniającej szarości?

Jest mimo to poezja, która nie musi robić użytku z podobnie ckliwych obrazków. Kiedy myślę o ciszy zimowych dni, o ich jednostajnych równinach, przypominają mi się wiersze Tomasa Transtoemera.

 

7 marca 1979

Dość mając wszystkich, którzy przychodzą ze słowami,

ze słowami, ale nie mówiąc nic,

wyjechałem na zaśnieżoną wyspę.

Pustkowie nie zna słów.

Niezapisane stronice ciągną się na wszystkie strony!

Natrafiam na ślady sarnich kopytek w śniegu.

Mowa, choć żadnych słów.

 

W natłoku codziennych wrażeń odwykliśmy od prostoty. Być może dlatego lektura poezji szwedzkiego noblisty nie od razu przyjdzie z łatwością. Wkraczamy oto w świat, w którym na tle milczenia do głosu dochodzą zwykle zaniedbywane szczegóły. W ciszy słychać lepiej, w pustej przestrzeni każdy drobiazg nabiera znaczenia, własnej wymowy. Wiersze Transtroemera oddziałują obrazami; być może więcej jest tu do odczuwania niż do rozumienia, więcej do zobaczenia niż do odczytania.

 

Szyny

Druga w nocy, księżyc. Pociąg przystanął

pośrodku równiny. Daleko światełka miasta

mrugają, zimne, na horyzoncie.

Jak kiedyś ktoś zabrnie tak daleko w sen,

że, wróciwszy do pokoju,

już nigdy sobie nie przypomni, że był tam.

I jak kiedyś ktoś tak pogrąży się w chorobę,

że dni dawniej przeżyte są jak rój światełek

zimnych, wątłych, na horyzoncie.

 

Pociąg stoi zupełnie nieruchomo.

Druga. Pełnia księżyca, parę gwiazd.

przełożył Czesław Miłosz

 

Ktoś mógłby pomyśleć, że Transtroemer wciąż ucieka od cywilizacji. Jego wiersze o czystości natury robią jednak szczególne wrażenie właśnie dlatego, że poeta doskonale zna życie miasta. W jego tekstach często goszczą maszyny, rusztowania, korytarze i inne elementy miejskiej infrastruktury – zwykle jednak uśpione bądź natchnione. Miasto przypomina mityczne, rozumne stworzenie, które wciąga ludzi w swoją dziwną grę.

 

[…] Dźwigi na horyzoncie chcą skoczyć daleko, ale zegary są przeciw.

Rozrzucone betonowe płyty chłepcą światło zimnymi językami.

Warsztaty samochodowe założono w dawnych stajniach.

Kamienie rzucają cień tak ostry jak kamienie na powierzchni Księżyca.

„Przedmieście”, przełożył Czesław Miłosz

 

Transtroemer sam mówił o swoich wierszach jako o „miejscach spotkania”. Spotkania te miały szczególny charakter, ponieważ poeta starał się zderzać w nich sprzeczności: jasność i ciemność, świat natury i świat miasta, marazm i ogrom zmysłowych wrażeń. W poczuciu obcości, tam, gdzie przebiega granica, otwiera się transcendencja.

Mamy więc do czynienia z poezją odpowiednio dowartościowującą dziwność świata. Dzięki temu właśnie – i nie jest to moja interpretacja, lecz świadome dążenie Transtroemera, któremu dał wyraz w paru wypowiedziach – tak wiele tam prawdziwego doświadczenia, choć wymykającego się zwyczajnej mowie. Człowiek to przecież istota, która potrafi się dziwić. Zdziwienie zaś przychodzi znienacka. Może się okazać, że ślady na śniegu odsłonią więcej tajemnic niż traktaty mędrców – tak jak cisza zimowych popołudni może odkryć przed nami piękno czyichś wierszy.

 

Łuki romańskie

We wnętrzu ogromnego kościoła romańskiego cisnęli się turyści.

Rozpościerało się sklepienie za sklepieniem bez prześwitu.

Drgało kilka płomyków świec.

Objął mnie anioł bez twarzy

i zaszeptał przez całe ciało:

„Nie wstydź się tego, że jesteś człowiekiem, bądź dumny!

W twoim wnętrzu otwiera się sklepienie za sklepieniem bez końca.

Nigdy nie będziesz gotowy i tak jest słusznie”.

Byłem ślepy od łez

i wyprowadzono mnie na buzującą od słońca piazzę

wraz z Mr i Mrs Jones, Panem Tanaką i Signorą Sabatini

a we wnętrzu ich wszystkich otwierało się sklepienie za sklepieniem bez końca.

przełożył Leonard Neuger