dwutygodnik internetowy
30.06.2014
magazyn papierowy


Mokry problem

Ilość wody na świecie od początku jego istnienia jest taka sama. Pijemy tę samą wodę, którą piły dinozaury. Dowcip polega na tym, by ilość, którą dysponujemy, tak przerabiać, uzdatniać i wielokrotnie zużywać, byśmy mogli napić się jej więcej.   Z profesorem Piotrem Kowalczakiem rozmawia Paweł Cywiński   Co pewien czas docierają do nas straszne wiadomości […]

zbiornik retencyjny Hoover Dam, z którego wodę czerpie Las Vegas i Pheonix. Rok rocznie jest tu coraz mniej wody.

Ilość wody na świecie od początku jego istnienia jest taka sama. Pijemy tę samą wodę, którą piły dinozaury. Dowcip polega na tym, by ilość, którą dysponujemy, tak przerabiać, uzdatniać i wielokrotnie zużywać, byśmy mogli napić się jej więcej.
 
Z profesorem Piotrem Kowalczakiem rozmawia Paweł Cywiński
 
Co pewien czas docierają do nas straszne wiadomości o wielomiesięcznych suszach i ludziach umierających przez nie z pragnienia. Co z tym robimy? Mimo że posiadamy na ten temat podstawowe informacje – oglądamy zdjęcia i dzienniki telewizyjne, czytamy artykuły i apele aktywistów – to zdarza się, że zamiast pomagać, pogrążamy się w poczuciu niemocy wobec sił nieprzewidywalnej natury. Jesteśmy bierni, bo wydaje nam się, że jesteśmy bezsilni…

Zaraz, zaraz, wobec natury możemy czuć niemoc, ale często to nie ona jest winna śmierci ludzi z pragnienia.
 
A kto w takim razie jest?
Człowiek i sytuacja społeczno-ekonomiczno-polityczna, jaką wytworzył. W przypadku braku wody musimy umieć rozróżnić dwa podstawowe czynniki – bywa, że brak życiodajnych płynów wynika z fizycznych warunków, po prostu wody nie ma na jakimś obszarze. Ten rodzaj problemu jest zazwyczaj doskonale zidentyfikowany i nie jest dla nikogo tajemnicą. Natomiast o wiele częściej wody brakuje, bo nie ma niezbędnych środków do budowy infrastruktury odpowiedzialnej za jej dostarczanie.
 
O wiele częściej?
Oczywiście, żyjemy przecież w XXI wieku i istnieją na świecie doskonałe technologie uzdatniania i dostarczania wody. To, że część świata ma problem z dostępem do wody, jest w tym przypadku ściśle powiązane z zasobnością portfeli poszczególnych ludzi lub państw. Dla przykładu, czy słyszał pan o kryzysie wodnym w Brazzaville?
 
Nie słyszałem.
Kilka lat temu w Kongo zabrakło środków na remont pomp, które nota bene zostały ufundowane przez ONZ. W konsekwencji półtora miliona ludzi zostało pozbawionych dostępu do wody. Po prostu zatrzymano pompownie.
 
Ale problemy infrastrukturalne trudno jest przełamywać z dnia na dzień, zwłaszcza w przypadku państw upadłych lub upadkiem zagrożonych. Może należy więc przerzucić część odpowiedzialności za ich rozwiązywanie na organizacje międzynarodowe lub kapitał prywatny?

Za pomocą prywatnych inwestorów próbowano sobie poradzić z rozbudową sieci wodociągowych na przykład w Boliwii. Jednakże, jak to zwykle bywa, chciwość inwestorów wzięła górę – prywatne firmy przejmując rozbudowę sieci, przyjęły dość szybko bandyckie zasady dystrybuowania wody. Rygorystycznie zabroniono korzystania z ujęć wód podziemnych ludziom, którzy do tej pory korzystali z nich na co dzień. Równocześnie drastycznie podniesiono opłaty za dostęp do dostarczanej wody, co doprowadziło do dużego kryzysu. Najpierw pojawiły się problemy finansowe u ludzi, którzy z trudem wiązali koniec z końcem, czego szybkim następstwem był wzrost całej palety problemów społecznych i zdrowotnych, a najbiedniejsze warstwy społeczeństwa zostały całkowicie pozbawione dostępu do wody. Końcowym efektem były krwawe rozruchy uliczne, do jakich doszło podczas manifestacji ludzi pozbawionych wody… W przypadkach tak delikatnych jak problemy z życiodajną woda, trzeba bardzo uważać na dobór narzędzi do ich rozwiązywania.
 
Swoją drogą, od kiedy woda stała się prawem człowieka, coraz trudniej w ogóle mówić o jej prywatyzacji
Jest prawem człowieka nie tylko w kontekście międzynarodowych dokumentów. W konstytucjach wielu państw figurują zapisy określające wodęjako ogólnodostępne dobro, które się po prostu obywatelowi należy. Choć tu znowu wracamy do kwestii braku środków, bo co z tego, że zgodnie z prawem się ona należy, jeżeli nie ma pieniędzy na realizację tych postulatów?
Prawo czasem nie przystaje do tego, co dzieje się na świecie. Państwo niewydolne i tak wystarczającej ilości wody obywatelowi nie dostarczy. My możemy spać spokojnie, w Unii Europejskiej realizowane są dyrektywy, które wprowadzają zasady, iż każdy zanieczyszczający płaci za swoje zanieczyszczanie, każdy konsument pokrywa koszty związane z pozyskaniemi przeróbką wody. Stać nas na to. W wielu krajach afrykańskich na razie jest to niemożliwe, choć marzenia mieszkańców tego kontynentu dotyczące konsumpcji nie różnią się tak bardzo od naszych.
 
To co trzeba zrobić? Jaki model zarządzania wodą należy rozpowszechniać, aby była ona w biedniejszych regionach dostępna bez problemów?
Na początku trzeba zrobić wszystko, żeby każde państwo było w ten czy inny sposób w stanie zapewnić wodę wszystkim swoim obywatelom. Przynajmniej do poziomu, po przekroczeniu którego zmienia się taryfikator lub dostawy się urywają. Takie ewolucyjne rozwiązanie wydaje mi się na początek bardzo dobre. Posiadając minimum, ma się czas i możliwości by zaplanować następne kroki.
 
Ile wody według pana powinno być zapewnione w takim minimum wodnym?
To zależy od klimatu. Wiadomo, że w klimacie tropikalnym potrzeby wodne są
znacznie większe, a w umiarkowanym znacznie mniejsze. Potrzeby wodne człowieka zależą nie tylko od fizjologii, która w przypadku wszystkich ludzi jest taka sama, ale też od dostępu do infrastruktury i zróżnicowanych potrzeb cywilizacyjnych. Odpowiednie szacunki zostały opracowane dla większości krajów afrykańskich i krajów Azji Południowo-Wschodniej – wielkości początkowe oscylują wokół piętnastu litrów dziennie.
 
Natura sprzyja bogatszym.
Rzeczywiście, tak mamy świat zorganizowany, że w krajach bogatej Północy mamy wspaniałe technologie i ogromne zasoby wody, w związku z tym problem jej braku tam nie istnieje. Sama Kanada ma połowę światowych zasobów wody zgromadzonej w jeziorach. Wszystkie problemy wodne koncentrują się wokół równika, a potęgowane są na dodatek przez utrzymującą się tam od pokoleń biedę. Zatem jeżeli mówi się o 1,2 miliarda udzi, którzy żyją za mniej niż 1,25 dolara dziennie, to jednocześnie trzeba pamiętać, że ci sami ludzie ulokowani są w ubogiej w wodę strefie naszej planety. Głównie chodzi tu o Afrykę Subsaharyjską i Azję Południową oraz Wschodnią.
 
Jaka jest na świecie ilość wody zdatnej do picia?
Niewiele – w zależności od szacunków od 1,5% do 3% wszystkich zasobów, w dodatku skrajnie nierównomiernie rozłożonych. Większość wody pitnej ulokowana jest w miejscach bardzo trudno dostępnych – w lodowcach czy w głębokich zbiornikach podziemnych. Warto przy tym zwrócić uwagę, że ostatnio daje się zaobserwować na świecie dziwną tendencję do obudowywania miast położonych na terenach, na których występuje bardzo mało wody.
 
Jak to?
Na przykład w tej chwili najbardziej rozwijającym się miastem amerykańskim którego dynamikę rozwoju widać w każdej niemal dziedzinie, jest Las Vegas. Miasto ulokowane na pustyni, totalnie uzależnione od dostaw wody z jednego z największych w USA zbiorników retencyjnych Hoover Dam. I to jest wielki problem, bo właściwie z dnia na dzień ubywa w nim wody i wiadomo, że nigdy już nie uda się wrócić do poziomu sprzed kilku dekad. W dodatku pod ten sam zbiornik podłączyło się też inne miasto – Phoenix – oraz jeden z największych w stanach systemów nawadniania upraw. To jest przykład błędu, na którym przyszłe pokolenia będą się uczyć.
Błąd ten rodzi też wiele innych problemów, na przykład polityczny konflikt z Meksykiem, który również potrzebuje potężnych dostaw wody z tych samych źródeł, lub poważne zmiany przyrodnicze, bo wskutek spadku przepływu w rzece nastąpiły problemy w strefie przybrzeżnej. W wielu miejscach na świecie możemy zaobserwować zakłócenie ekosystemu w wodach morskich, bo mniejszy transport wód słodkich zmienia budowę plaż i świat całej związanej z morzem przyrody.
 
Temat rzeka… A w dodatku zużycie wody rośnie w o wiele szybszym tempie niż przyrost populacji.
Nic dziwnego, ludzie na całym świecie mają coraz to nowe potrzeby cywilizacyjne, zaczynają się częściej kąpać, używać samochodu, podlewać trawniki. Choć nadal z jednej strony mamy mieszkańca Afryki Subsaharyjskiej zużywającego kilkanaście litrów dziennie, to z drugiej jest obywatel USA, który wody może używać bez ograniczeń. Ta tendencja będzie z dekady na dekadę rosła. Chociażby dlatego, że zmienia się jakość jedzenia na świecie
 
To znaczy?
Mało kto wie, że produkcja mięsa pochłania ogromne ilości wody – na wyprodukowanie kilograma mięsa zużywa się średnio 20 000 litrów wody, a w przypadku wołowiny bywa, że aż 50 000 litrów. Dla porównania, wanna mieści 150 litrów.
 
Uboczny efekt bogacenia się społeczeństw uboższych?
Dziś cały świat patrzy w tej kwestii na Chiny. Państwo Środka nie tylko zlikwidowało klęski głodu, ale jest już po rewolucji wieprzowej, czyli Chińczycy osiągnęli podobny status, jeżeli chodzi o spożycie wieprzowiny, co kraje rozwinięte. Obecnie chińscy decydenci planują zrobić skok w kierunku zwiększenia konsumpcji wołowiny – pragną zorientować rynek mięsa w ten sposób, aby i jej spożycie było na podobnym poziomie, jak w krajach europejskich.
 
Co to oznacza z punktu widzenia wody?
Ten skok będzie kosztował tyle wody, ile znajduje się w rzece o przepływie równym Nilowi. Ale Chiny są obecnie mistrzem świata w dziedzinie technologii wodnych i wierzę, że ten problem zostanie rozwiązany.
 
Dobra, pora zadać to kasandryczne pytanie – kiedy skończy się nam woda?
Mam nadzieję, że nigdy. Na świecie od początku jest stała ilość wody, my naprawdę pijemy tę samą wodę, którą piły dinozaury. Dowcip polega na tym, by ilość, którą dysponujemy, tak przerabiać, uzdatniać i wielokrotnie zużywać, byśmy mogli napić się jej więcej. A co najlepsze, naprawdę jesteśmy technologicznie w stanie to zrobić, choć z różnych powodów nadal istnieją na świecie miejsca, którym grozi wysiedlenie z powodu braku wody…
 
Jakie to są miejsca?
Na przykład stolica Jemenu, Sana, lub milionowe miasto Kweta, stolica pakistańskiej prowincji Beludżystan.
 
Byłem w Kwecie kilka lat temu i nie zauważyłem żadnego przerażenia perspektywą wysiedleńczą.

A wodny zegar tyka i czas do ewakuacji odmierza się tam już w latach. W pobliżu prawie nie ma wody z ujęć podziemnych. Ciągłe poszukiwanie, nawiercanie i ewentualne wydobywanie z głębszych partii zaczyna być już tak kosztowne, że w żaden sposób nie może być uznane za opłacalne, a to oznacza smętny koniec. Pamiętam prognozę sprzed pewnego czasu, że to miasto już od dwóch lat nie powinno istnieć. Niedawno dowiedziałem się na jednej z konferencji w New Delhi, że ten wyrok został odłożony w czasie, bo spadły większe niż prognozowane opady deszczu, dzięki czemu udało się uzbierać trochę wody. Ale żadne miasto nie może żyć perspektywą, że za dwa lub pięć lat trzeba będzie się stamtąd wyprowadzić – nikt tam już w nic nie zainwestuje. Tak więc Kweta powoli zaczyna już czuć suchy podmuch na karku, a pewnego dnia po prostu zabraknie wody w kranie i to będzie już definitywny koniec.
 
W jaki sposób odzyskuje się obecnie wodę na masową skalę?
Dobrym przykładem jest Bahrajn. Dziś już cała woda jest tam pozyskiwana metodami odsalania. Tak zwane technologie odwróconej osmozy spowodowały, że zmniejszyły się koszty pozyskiwania wody, co otworzyło przed nami dostęp do jej wielkich zasobów. W Europie liderem jest z przymusu Hiszpania, której turystyczne ośrodki nadmorskie mają ciągły problem z wodą, a dostawy z Francji są już zbyt małe.
 
Turystyka pochłania duże ilości wody?
Na samo pole golfowe potrzebna jest ilość wody, która normalnie wystarczyłaby do życia dziesięciotysięcznemu miastu lub sześćdziesięciu tysiącom tajskich mieszkańców wsi. A do tego są przecież baseny, fontanny, ogrody… Hiszpanie pozyskują na to wszystko wodę właśnie z morza, przy czym, powiedzmy sobie szczerze, na razie na wykorzystanie tego typu technologii stać wyłącznie najbogatsze kraje świata lub uzyskujące z tego odpowiednie profity, jak właśnie Hiszpania.
 
Czy na globalnym Południu czekają nas wielkie konflikty o wodę?
Nie wiem, czy wielkie, ale w lokalnych sporach woda na pewno będzie odgrywała istotną rolę. Dotychczas nikt nie nazywał sporu pomiędzy Izraelem i państwami arabskimi konfliktem wodnym, ale zauważmy, że jakoś tak się działo, że granice tego konfliktu przebiegały zazwyczaj wzdłuż naturalnych granic hydrograficznych, a nie państwowych, plemiennych czy historycznych. Typowym tego przykładem są Wzgórza Golan, które stanowią obszar zasilający rzekę Jordan oraz dużą liczbę mniejszych strumyków na obszarze Libanu. To ten fakt czyni ze Wzgórz Golan naprawdę strategiczny punkt.
 
Czy globalna Północ nie będzie w tych wojnach uczestniczyć?
Już poniekąd uczestniczy, wykorzystując odcięcie od wody jako środek militarny w konflikcie niezwiązanym bezpośrednio z wodą. Podczas amerykańskiej agresji dokonanej pod pozorem walk antyterrorystycznych na wybrane kraje Bliskiego Wschodu dochodziło przecież do świadomego ataku na cele związane z gospodarką wodną, oczyszczaniem ścieków, ujęciami wody i tak dalej.
 
Przecież istnieje międzynarodowa konwencja zakazująca tego typu praktyk militarnych.
Niemniej są one faktem, co wynika zarówno z dokumentów, jak i ze zdjęć. Choć to nie wszystko, konwencja nie zakazuje na przykład patrolowania miast, a sporym problem jest w tamtych krajach lokalizacja podziemnej sieci wodociągowej. W Polsce rury umieszcza się na głębokości minimum 70 cm pod powierzchnią, co wynika między innymi z potrzeby zapewnienia ochrony przed zamarzaniem. Tam tego problemu nigdy nie było, więc sieci wodociągowe zlokalizowane są na głębokości 30 cm. Każda runda po mieściekolumną czołgów i transporterów opancerzonych powoduje zniszczenie tychże wodociągów. Wystarczy jedna przejażdżka po miasteczku i trzeba rozpoczynać budowę od nowa. Zazwyczaj robione jest to nieświadomie, ale efekt jest koszmarny.
 
To są specyficzne przykłady wojen, ale domyślam się, że dużo większe niebezpieczeństwo wybuchu konfliktu na dużą skalę tkwi w sytuacji, gdy rzekę bądź jezioro przecinają państwowe granice?
Niekoniecznie, wbrew pozorom woda może skutecznie godzić ludzi.. Cofnijmy się do czasów przedwojennych i zwróćmy uwagę, że Niemcy swoje granice z wrogami, czyli Polską i Francją, posiadali na rzekach. I zaraz po wojnie udało się, przy ścisłej współpracy, oczyścić rzeki z pozostałości wojennych i dostosować je do żeglugi. A to był wciąż czas wrogiego na siebie zerkania.
 
Ale konflikt o wodne granice tlił się dłużej…
…co nie przeszkadzało współpracować. Z czasem wszystkie te kraje zaczęły się rozwijać i w przypadku Odry powstał problem walki z zanieczyszczeniem, które z powodu naszych i czechosłowackich hut oraz rolnictwa było ogromne.Mimo początkowo wrogich stosunków, po latach powołano międzynarodową komisję, która doskonale ten temat uregulowała i wciąż jest przykładem wzorcowej współpracy granicznej. Podobnie było w przypadku dwóch największych wrogów w Azji, czyli Indii i Pakistanu. Obecnie międzynarodowe komisje rzeczne są w zasadzie jedynymi skutecznymi organami, które w ramach kontaktów tych państwa działają. A od takiego dialogu zaczyna się zwykle szersza współpraca.
 
Wszędzie i zawsze?
Przypadek, w którym się to nie sprawdza, to Izrael i państwa arabskie – tam mamy do czynienia z wielopoziomową sytuacją, od dekad na krawędzi wybuchu.
 
Dużo mówimy tutaj o roli państw, a jak pan ocenia działalność organizacji pozarządowych w tej kwestii?
Z tym mam duży problem. Z jednej strony obserwujemy agresywne i przekonane o swojej nieomylności organizacje typu Greenpeace, których działalność zazwyczaj nie prowadzi do niczego poza rozbuchaniem wśród zwykłych ludzi wielkich, a zarazem stosunkowo płytkich emocji. Z drugiej strony, na przykład w Polsce ekologiczne organizacje pozarządowe są zbyt mocno podporządkowane dotacjom wielkich koncernów lub grantom z instytucji państwowych. Przez to zdarza się, że są one maszynkami do zarabiania kasy, a ich ogólne znaczenie mocno się zdewaluowało. Chociaż dostrzegam i osobiście współpracuję z organizacjami budzącymi powszechny szacunek. Według mnie wzorcową działalność w dziedzinie problemów wodnych prowadzi Polska Akcja Humanitarna.
 
Pozostało nam opierać się na politykach?
Politycy są potrzebni do inicjacji rozmów, ale uważam, że prawdziwe rozwiązywanie konfliktów powinno należeć do sprawnej ekipy fachmanów, specjalistów od sprawiedliwego podziału wody, międzynarodowych komisji powołanych w celu rozwiązania konkretnych konfliktów. Nie wierzę i nie znam przykładów dowodzących, że problem sporów o wodę można rozwiązać tylko przy udziale ruchów społecznych albo tylko siłami polityków.
 
Panie profesorze, smutny to wniosek, że wodny problem świata wynika tylko z braku dostępu do technologii i decyzji politycznych…
Poniekąd też naszych jednostkowych decyzji. W czasach pędzącej globalizacji musimy dbać szczególnie o to, aby zapewniać innym stały dostęp do wody pitnej. A dysponujemy przecież demokratycznymi narzędziami nacisku i zmian. Większość naszych wodnych problemów wynika przecież z błędów i decyzji naszych politycznych reprezentantów. Zawsze powtarzam, że wezbrania wody to twór natury, powodzie to już zasługa człowieka. Przecież to, co obecnie obserwujemy, wynika zazwyczaj ze zbyt intensywnego uszczelnienia powierzchni. I tak samo jest z niedoborami wody – wynikają przede wszystkim z błędów ludzkich: albo skoncentrowaliśmy ludność w miejscu, w którym brakuje wody, albo nie używamy dobrej technologii, albo nie dostrzegliśmy, że razem z wrogiem pijemy z tego samego kubka, więc obydwaj musimy o niego zadbać. Przyczyna leży po stronie człowieka, odczepmy się od natury.
 

Prof. dr hab. Piotr Kowalczak
jest członkiem Polskiej Akademii Nauk, dyrektorem poznańskiego oddziału Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej, doradcą Ministerstwa Nauki i Studiów Wyższych i autorem ponad 300 prac badawczych oraz kilkunastu książek dotyczących wody, w tym książki „Konflikty o wodę” (2007 r.).
 
UWAGA! W czasie wakacji internetowa odsłona „Kontaktu” będzie ukazywać się raz na dwa tygodnie – co drugi poniedziałek. Serdecznie zapraszamy do lektury!