dwutygodnik internetowy
03.11.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Milczenie pasterzy

Nie chodzi o „przyklepywanie wszystkiego” i rozgrzeszanie lekką ręką złamanych obietnic i wyrządzonych krzywd, lecz o branie poprawki na ludzką słabość – tę wobec pokus, ale i tę wobec struktur.

Ilustr.: Kuba Mazurkiewicz

Warto zastanowić się nad tym, czy „niebezpieczeństwo indywidualizmu i zagrożenie życia w kluczu egoistycznym” oraz „kwestia emocjonalności narcystycznej, niestabilnej i nietrwałej” rzeczywiście nie mają nic wspólnego z warunkami wychowania, współokreślanymi przez kształt polityki społecznej i regulacji gospodarczych.

 

Od zakończenia nadzwyczajnej sesji synodu biskupów upłynęły dwa tygodnie. Tylko i aż, jeśli wziąć pod uwagę liczbę opublikowanych w tym czasie komentarzy do wypowiedzi ojców synodalnych i do dwóch wypracowanych przez nich dokumentów. Szczególne zainteresowanie polskich komentatorów wzbudził wywiad, którego w trakcie obrad udzielił dla Radia Watykańskie arcybiskup Stanisław Gądecki, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski. Jego wielokrotnie już cytowane słowa o „nieświadomej ideologii antymałżeńskiej”, „uderzaniu w rodzinę” i „przyklepywaniu wszystkiego” z dającym się przewidzieć entuzjazmem przyjęli konserwatywni publicyści, ostrzegający przed „okołosynodalnym festiwalem światowości”, a nawet „herezjami na synodzie”.

 

Nadłamana trzcina

 

Nie licząc zwyczajowego rozdzierania szat nad dezorientacją, która miała zapanować w trzodzie po tym, jak na jaw wyszły różnice zdań pomiędzy jej pasterzami, autorzy obydwu wspomnianych tekstów wyrazili wcale nieirracjonalny niepokój. Poddanie pod dyskusję propozycji warunkowego dopuszczenia do eucharystii osób rozwiedzionych, które żyją w nowych związkach, osłabi wśród wiernych przekonanie o nierozerwalności małżeństwa i doprowadzi do rozpadu wielu małżeństw, które w innych okolicznościach dało by się, być może, uratować – twierdzą Tomasz Rowiński i Tomasz Terlikowski.

 

Od podjęcia namysłu nad rozwiązaniem postulowanym przez kardynała Waltera Kaspera do podważenia integralności i nierozerwalności małżeństwa jest, jak mi się wydaje, daleka droga. Rzecz jednak nie tylko w nauczaniu Kościoła, lecz również – tu Rowiński i Terlikowski mają rację – w duszpasterskich implikacjach dyskutowania o nim, i to w warunkach popularnego przekonania o jego całkowitej niezmienności (o tym, że nauczanie Kościoła ewoluuje, przeczytać można w naszym wywiadzie z Zuzanną Radzik). W gruncie rzeczy idzie więc o wychowawczą strategię Kościoła i o narzędzia, z których Kościół, wychowując, korzysta. Odstąpienie od bezwzględnego zakazu na rzecz strategii określonej przez Tomasza Terlikowskiego mianem „pseudomiłosierdzia” na pewno nie ułatwi naszym pasterzom pracy. W ich fachu poczucie komfortu nie jest chyba najważniejsze, ale przecież nie o sam komfort tu chodzi.

 

Puste miejsce

 

We wspomnianym wywiadzie arcybiskup Gądecki nie krył rozczarowania faktem, że synod, zamiast „wspierać rodzinę” koncentruje się na „kazusach trudnych”. Troska o trwałość dających się uratować związków, którą okazali idący mu w sukurs publicyści, nie powinna jednak tłumić w nas refleksji nad miejscem, które zajmują – albo którego nie zajmują – w Kościele ludzie żyjący w związkach, których z różnych powodów uratować się nie da. To o nich, jak się wydaje, jeszcze przed rozpoczęciem synodu mówił Franciszek jako o ludziach, którzy „są sam na sam ze swoją samotnością, w zgorzkniałym zmierzchu rozbitych planów i marzeń […], w ślepym zaułku rezygnacji, porzucenia, o ile nie żalu”.

 

Tomasz Rowiński i Tomasz Terlikowski zachowują się tak, jak gdyby chcieli chronić papieża przed nim samym. Jeden z nich pisze o „mniejszości wprowadzającej do Kościoła rozkład” i poddającej się „dyktatowi politycznej poprawności, która niszczy Ojca Świętego i niszczy synod”, drugi zaś o „niewielkiej, ale skutecznej medialnie grupie katolickich hierarchów”, którzy „próbują doprowadzić do […] odrzucenia katolickiej ortodoksji”. Zarówno odtajniony na życzenie papieża wynik głosowań nad poszczególnymi punktami „Relacji Synodu”, jak i jego osobista decyzja o opublikowaniu trzech odrzuconych punktów wraz z innymi, każą zakwestionować pogląd wyrażony przez konserwatywnych publicystów. Wygląda na to, że tym razem to oni znaleźli się w mniejszości i – wbrew temu, co chcieliby utrzymywać – w pewnej opozycji do papieża. W podobnej sytuacji odnalazł się chyba również przewodniczący KEP, który po zakończeniu synodu zaczął się wypowiadać na jego temat w daleko bardziej powściągliwy sposób.

 

Współzależność i uwarunkowanie

 

Arcybiskup Gądecki dopytuje: „Czy mamy się poddać kulturze bieżącej i ustąpić, czy też odwrotnie, będziemy – z pomocą małżeństwa i rodziny – ewangelizować kulturę?”. Konserwatywni publicyści artykułują opozycję pomiędzy Kościołem i światem w sposób jeszcze bardziej dobitny, pisząc o synodalnym dialogu, który „w praktyce okazuje się przyklaskiwaniem oczekiwaniom tego świata” i o zastępowaniu katolickiej ortodoksji „poglądami, które niczym istotnym nie różnią się od logiki współczesnego świata”. Tymczasem nie chodzi przecież świat, lecz o ludzi, którzy są w nim zanurzeni.

 

Na początku Soboru Watykańskiego II Juliusz Eska, publicysta i redaktor „Więzi”, pisał: „Jeśli życie indywidualne i zbiorowe tych ludzi ma być chrześcijańskie, jeśli chrześcijańska ma być ich kultura i cywilizacja, jeśli […] tych właśnie konkretnych ludzi i ich życie Kościół ma naprawdę uświęcać, to musi tych ludzi oraz ich indywidualne i społeczne życie naprawdę zrozumieć. Zrozumieć – to znaczy poznać człowieka, jego życie materialne i duchowe z całą komplikacją współzależności i uwarunkowań. Jego sposób myślenia i odczuwania, jego problemy, dążenia i tęsknoty, obawy i kompleksy. Poznać problemy i zjawiska cywilizacyjne i kulturowe epoki w ich całej złożoności i mechanizmie, ich uwarunkowania i tendencje rozwojowe. Potem można dopiero szukać właściwych i zgodnych z duchem chrześcijańskim sposobów rozwiązania tych problemów i właściwych dróg uświęcania człowieka oraz odpowiednich do tego właściwych form oddziaływania”. Taką właśnie próbę zrozumienia człowieka – wraz z jego współzależnością i uwarunkowaniem – podjął zakończony synod.

 

Zaglądając do sypialni

 

Wróćmy jednak do wypowiedzi arcybiskupa Gądeckiego. Nawet jeśli Konrad Sawicki przejawia nadmierny optymizm, kiedy pisze, że przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski po prostu tego, co stało się na synodzie nie zrozumiał, nawet jeśli synod był wydarzeniem, które zrozumiał on bardzo dobrze i właśnie dlatego z tak dużą determinacją starał się wpłynąć na jego przebieg, to przynajmniej w jednym obszarze zdradził on bardzo charakterystyczną dla hierarchów polskiego Kościoła ignorancję.

 

„Mało mówi się o strukturach grzechu. Istnieją takie struktury, nad którymi nie można przechodzić obojętnie: biznes pornograficzny, prostytucja, to wszystko uderza w rodzinę i małżeństwo” – komentował arcybiskup Gądecki dyskusję prowadzoną na synodzie. Wygląda na to, że czytaliśmy różne dokumenty, bo ja odniosłem wrażenie, że ojcowie synodalni o strukturach grzechu powiedzieli nawet bardzo wiele. Są to jednak struktury, o których polscy biskupi w zasadzie milczą, częściej zaglądając do sypialni swoich wiernych niż do ich pokojów mieszkalnych (wbrew apelowi cytowanej przez kardynała Christopha Schönborna audytorki synodu).

 

Pojęcie „struktury grzechu” zostało przejęte przez katolicką naukę społeczną od teologów wyzwolenia. Używali go oni do opisu sytuacji, w której zło osobiste jest reprodukowane i skrywane w systemie relacji społecznych. Przejawem takiej struktury może być oczywiście seksualne niewolnictwo kobiet, nierzadko mające zresztą podłoże społeczno-ekonomiczne, o którym przewodniczący KEP zapomniał. Na tym jednak nie koniec.

 

Czynniki ekonomiczne

 

W 45. punkcie „Relacji Synodu”, przyjętym głosami 165 ojców synodalnych przy raptem 15 głosach sprzeciwu, czytamy, że choć „separacja oraz rozwód są zawsze raną wywołującą głębokie cierpienia małżonków i dzieci”, to „człowiek często doznaje tych słabości i cierpi [raczej] niż je wybiera z pełną swobodą” (przekład Pawła Bravo). Ludzka wolność bywa ograniczana przez czynniki nie tylko osobiste, lecz także – jak czytamy w „Relacji” – kulturowe i społeczno-gospodarcze.

 

W odrzuconym głosami 74 ojców synodalnych (104 głosy „za”) punkcie 52., poświęconym warunkowemu dopuszczeniu do stołu eucharystycznego osób rozwiedzionych, które żyją w nowych związkach, znalazło się natomiast znamienne odniesienie do 1735 artykułu Katechizmu Kościoła Katolickiego. Artykuł ten mówi o ograniczeniu lub zniesieniu moralnej odpowiedzialności za popełnione zło ze względu na różnego rodzaju okoliczności, w tym również „czynniki psychiczne lub społeczne”. Obydwa teksty w dość czytelny sposób odsyłają do koncepcji struktur grzechu, które ograniczają wolność człowieka, niekiedy zaś wręcz go ubezwłasnowolniają.

 

Największym, być może, osiągnięciem zakończonego synodu jest podjęcie próby spojrzenia na człowieka jako istotę nieabstrakcyjną, uwikłaną w procesy o charakterze kulturowym, społecznym i ekonomicznym. Ojcowie synodalni niemal jednomyślnie podpisali się pod tymi punktami „Relacji”, w których mówi się o „poczuciu bezsilności wobec rzeczywistości społeczno-ekonomicznej, która często przygniata rodziny” (RS 6), o rozwodach, które coraz częściej są „determinowane jedynie czynnikiem ekonomicznym” (RS 8) oraz o czynnikach ekonomicznych, które „wywierają niekiedy decydujący wpływ i przyczyniają się do znacznego spadku urodzin” (RS 57).

 

Sypialniana narracja

 

Dla porównania, w wywiadzie udzielonym przed synodem „Naszemu Dziennikowi” arcybiskup Gądecki tłumaczył kryzys demograficzny przede wszystkim „mentalnością antykoncepcyjną” oraz „negowaniem daru płodności i zamknięciem się na potomstwo”.

 

Polscy biskupi przyzwyczaili nas do interpretowania problemów społecznych w kategoriach indywidualnych decyzji podejmowanych przez ludzi, którzy pozwolili się zdeprawować zdechrystianizowanej i wysterylizowanej z wartości kulturze. Stąd mają brać się zdrady, rozwody i niechęć do prokreacji. W tej „sypialnianej” narracji brakuje miejsca na doświadczenia ubóstwa, migracji zarobkowej, niepewności zatrudnienia, lęku przed utratą mieszkania, trudności z zapewnieniem rodzinie godnych warunków życia, braku dostępu do publicznych żłobków i przedszkoli, dyskryminacji ze względu na płeć, przymusu „elastyczności”, „dyspozycyjności” i „mobilności”, przemęczenia związanego z przepracowywaniem płatnych lub bezpłatnych nadgodzin. Oczywiście, nie wszystko można wytłumaczyć względami społeczno-ekonomicznymi. Nie sposób lekceważyć destruktywnych z punktu widzenia życia rodzinnego tendencji kulturowych. Warto jednak zastanowić się nad tym, czy „niebezpieczeństwo indywidualizmu i zagrożenie życia w kluczu egoistycznym” oraz „kwestia emocjonalności narcystycznej, niestabilnej i nietrwałej” rzeczywiście nie mają nic wspólnego z warunkami wychowania, współokreślanymi przez kształt polityki społecznej i regulacji gospodarczych.

 

***

 

Ojcowie synodalni podkreślili, że Kościół „ma […] świadomość słabości wielu swoich dzieci, które z trudem podążają drogą wiary” (RS 24). Słabość ta polega nie tylko na moralnych niedostatkach, ale i na wielorakim uwikłaniu każdego z nas w struktury, których presja czyni niekiedy naszą wolność abstrakcyjną dyspozycją. W tym kontekście należy, jak sądzę, rozumieć wielokrotne przypominanie przez autorów dokumentu o chrześcijańskim miłosierdziu, które „zmierza do odzyskania osób i relacji” (RS 44). „Powstaje wrażenie, że dotąd nauczanie Kościoła było niemiłosierne, podczas gdy teraz zacznie się nauczanie miłosierne” – obruszał się arcybiskup Gądecki. Ale tu nie chodzi przecież o niedostatek miłosierdzia, lecz o niedostatek rozumienia człowieka wraz z jego kulturowym, społecznym i ekonomicznym bagażem. Nie chodzi o „przyklepywanie wszystkiego” i rozgrzeszanie lekką ręką złamanych obietnic i wyrządzonych krzywd, lecz o branie poprawki na ludzką słabość – tę wobec pokus, ale i tę wobec struktur.

 
 

  • tbgmbx

    “…brakuje miejsca na doświadczenia ubóstwa, migracji zarobkowej,
    niepewności zatrudnienia, lęku przed utratą mieszkania, trudności z
    zapewnieniem rodzinie godnych warunków życia, braku dostępu do
    publicznych żłobków i przedszkoli, dyskryminacji ze względu na płeć,
    przymusu ‘elastyczności’, ‘dyspozycyjności’ i ‘mobilności’, przemęczenia
    związanego z przepracowywaniem płatnych lub bezpłatnych nadgodzin.
    Oczywiście, nie wszystko można wytłumaczyć względami
    społeczno-ekonomicznymi.” – przecież tak było zawsze, było jeszcze gorzej! W porównaniu z tym, co było w XIX wieku, co było w poprzednich wiekach, co było w czasie wojen, okupacji, zaborów! Dzisiejsze ubóstwo w Europie i Ameryce Pn, to coś nieporównywalnego z ubóstwem chociażby w przedwojennej Polsce. Migracja zarobkowa – np. ta do Londynu, to już dawno nie podróż chłopskich rodzin w ładowni transatlantyku za chlebem. Utrata mieszkania – są mieszkania, których nie było, i nie są to nory, w których gnieździła się biedota. żłobki, przedszkola – toż to zdobycz PRL-u tak bardzo uwewnętrzniona, że nawet sobie z tego nie zdajemy sprawy. Itp., itd. Aż nie mogę uwierzyć, że dzisiejsze, trudne warunki ekonomiczne odsuwają rodziny od kościoła, a dawniej, jeszcze trudniejsze, nie odsuwały!

    Ale chciałbym wrócić od bazy do nadbudowy, mówiąc kategoriami marksistowskimi. Bo to właśnie w nadbudowie dokonała się, ba, nadal się dokonuje na wielką skalę, zmiana paradygmatów w naszym życiu, i w tym widzę nasz największy problem. Jeszcze do połowy XX wieku większość ludzi, przynajmniej w chrześcijańskim obszarze kulturowym, deklarowała, że ich życie wyznaczają wartości – miłość, przyjaźń, bezinteresowność, ciekawość wiedzy, patriotyzm, pragnienie czynienia dobra… Obecnie życiem społecznym kierują popędy (i to wcale nie tylko popęd seksualny, równie ważny jest popęd własności, władzy, zabawy), a stosunki wzajemne opierają się na transakcjach (co ty mnie, co ja tobie) i rozliczaniu, żeby broń Boże nie było nierównowagi zwanej wyzyskiem. Ten nowy paradygmat jest niewątpliwie sterowany medialnie i ekonomicznie i wspiera trywialnie rozumiany wzrost gospodarczy – więcej produkować, więcej sprzedawać, ktoś musi być klientem. W tym nowym paradygmacie nie ma miejsca na tradycyjne wartości, tak bliskie chrześcijaństwu. Myślę, że to właśnie niepokoi hierarchów, nawet jeśli nie definiują swoich obaw tymi słowami. Zaś jeśli chodzi o problemy populacyjne, to zmiana ekonomicznej i społecznej sytuacji kobiet, otwarcie przed nimi możliwości zdobywania wiedzy, samodzielnego utrzymywania się, osiągania celów życiowych niezwiązanych z rodziną, jest główną przyczyną spadku dzietności. I nie można jednocześnie zjeść ciastka i nadal mieć ciastko. Jeśli uważamy, że dobrze jest, gdy kobieta jest takim samym człowiekiem, mającym takie same prawa i możliwości, jak mężczyzna, to musimy zaakceptować fakt, że wiele kobiet będzie wtedy bardziej zajętych realizacją swoich nowych możliwości niż rodzeniem, pielęgnowaniem, wychowywaniem. Bo w nowym paradygmacie zaspokojenie swoich potrzeb i ambicji jest ważniejsze niż staroświeckie poczucie odpowiedzialności, poświęcenie, rodzina.

    • tejrezjasz

      A czy kiedyś stosunki społeczne nie opierały się na transakcjach? Tyle tylko że zmieniły się wymieniane w nich dobra. W modelu, który opisuje Pan jako chrześcijański i oparty na “tradycyjnych wartościach” mężczyzna zarabiając na rodzinę, oczekiwał w zamian pełnego podporządkowania w sprawach domowych kobiety i dzieci, co wobec kobiecego upośledzenia i niemożności zaistnienia na rynku pracy było oczywiste.
      Wbrew pozorom rodzina nadal jest dla bardzo wielu ludzi ważna, ale jest to już inny model rodziny i z jego zaakceptowaniem mają problem i hierarchowie, i prawicowi publicyści – czytając Pana wypowiedź – również Pan. Nowa rodzina opiera się na związku/ relacji partnerskiej, a nie relacji podległości. Dotąd swoje potrzeby i ambicje mógł spełniać jedynie mężczyzna (choć i to nie było wcale nie takie proste), teraz mają do tego prawo obie strony.
      A co do bazy, o której Pan sporo pisał, choć niekoniecznie poprawnie. Trochę faktów: przed wojną mój dziadek – młynarz, zarabiał 180 zł miesięcznie i za te pieniądze był w stanie utrzymać siebie, niepracującą żonę i trójkę dzieci. Dzisiaj przy wynagrodzeniu robotnika na poziomie 2,500 zł na rękę – to prawie średnia krajowa, 5-osobowa rodzina znajduje się poniżej progu ubóstwa (do niedawna 504 zł na osobę). I to jest zasadnicza różnica. Dorzucę tylko, że mniej więcej tyle zarabia nauczyciel, podczas gdy przed wojną mój drugi dziadek zarabiał, pracując w szkole państwowej 600 zł miesięcznie, a wtedy jego żonę stać było na służącą i nianię do dziecka – jakiego nauczyciela na to dzisiaj stać?
      Dzięki możliwości regulacji poczęć, kobieta mogła pójść do pracy, bo w obecnym świecie nie utrzyma jej pracujący mąż. Nie dlatego, ze nie chce, ale dlatego, że nie da rady, bo koszty życia wzrosły wielokrotnie i porównywanie ich z tymi sprzed stu czy dwustu lat to błąd metodologiczny – dziadkowie jeździli na rowerach, opalali mieszkania węglem, nie mieli telewizji, itd. Dzisiaj wszystko jest zmechanizowane (samochód, ogrzewania, telewizory, itd) i trudno byłoby uznać, że jest sens cywilizacyjnie wracać do tamtych czasów – ale postęp kosztuje – a tych kosztów w swoim opisie bazy zupełnie Pan nie uwzględnił.
      Zmienił się świat, więc zmienił się człowiek i nie mamy na to wpływu jako jednostki – problem hierarchów polega na tym, że żyjąc w oderwaniu od codziennych realiów ludzkiego bytowania, nie zauważyli tych zmian (myślę przede wszystkim o polskich hierarchach) i nie potrafią dać recepty dla dzisiejszego człowieka, więc sztywno trzymają się ustaleń sprawdzających się sto czy sto pięćdziesiąt lat temu Ona nie ma być prosta, ale ma być wykonalna. “Bóg jest Miłością” – a nie starotestamentowym “karzącym Ojcem” – na tym przecież podobno polegała Chrystusowa rewolucja.

  • Pingback: Rok 2014 w ilustracjach „Kontaktu” | Magazyn Kontakt()