dwutygodnik internetowy
23.02.2015
magazyn papierowy


Mieszkańcy Kuttlau

Na Dolnym Śląsku wciąż zdarza się, że odpadający z budynków tynk odkrywa ślady dawnych mieszkańców Breslau, Hirschberg czy Glogau. Wypatrując tych śladów, dzisiejsi mieszkańcy Wrocławia, Jeleniej Góry czy Głogowa lepiej poznają miejsca, w których sami żyją. Najdłużej od czwartego pokolenia.

fot.: Tomek Kaczor

fot.: Tomek Kaczor

Tekst pochodzi z 27. numeru kwartalnika Magazyn Kontakt zatytułowanego “Niema bieda”.

Na starej fotografii kobieta w jasnym płaszczu pozuje przed otynkowanym na biało domem. W drzwiach widać sylwetkę mężczyzny, a widoczny nad jego głową szyld z napisem „Fryzjer” dopowiada resztę historii. Widać też inny napis – na drugiej ścianie wciąż widnieje niemiecki „Friseur”. Trochę czasu minie, zanim nowy właściciel odmaluje budynek i „Friseur” zniknie pod tynkiem, podobnie jak „Post”, „Mühle” i „Sattler”. Szybko zacznie ginąć z oczu jeszcze coś – nagrobki z miejscowego cmentarza ewangelickiego. Jako jedne z ostatnich znikną ślady po Ericku Welarcku, Arturze Schultzu i małżeństwie Hoffmanów. Jak się okaże – nie na zawsze.

 

Ptaki

Opisane zdjęcie powstało w Kotli na początku lat 50. Kilka lat wcześniej wieś nazywała się Kuttlau. Podobnych śladów po poprzednich mieszkańcach było na powojennym Dolnym Śląsku wiele, podobnie zresztą jak na pozostałych terenach, które propaganda PRL określała mianem „Ziem Odzyskanych”. W ramach przymusowych akcji przesiedleńczych na zachodnie i północne ziemie Polski w latach 1945–1952 przybyły około dwa miliony nowych mieszkańców.

Już w pierwszych powojennych miesiącach w ruch wprawiona została machina propagandy, która akcje przesiedleńcze określała mianem „powrotu do słowiańskiej macierzy”. Przybywających na poniemieckie ziemie – dobrowolnie czy pod przymusem – przekonywały hasła: „Ziemie Zachodnie to racja stanu, to ostatni bój o nasze dziedzictwo po Piastach. Rolnicy, rzemieślnicy i robotnicy, tam znajdziecie Eldorado”. W 1948 roku w jeleniogórskim „Słowie Polskim” fotografię bociana budującego gniazdo ilustrował tekst „Wiosna wywołała nowe życie. Ptaki wracają do swych gniazd. Po długich latach niewoli – prastara ziemia śląska uwolniona od okrutnego najeźdźcy zaludnia się repatriantami z całego niemal świata”.

Te pierwsze miesiące wspominane są często jako niełatwy proces zadomawiania się i oswajania przestrzeni. W zgromadzonych relacjach i wspomnieniach z tego okresu powracają opowieści o Niemcach, wciąż jeszcze czekających na akcję wysiedleńczą w swoich domach. Nierzadko zdarzało się, że Polacy i Niemcy przez kilka lub kilkanaście tygodni dzielili dom, zanim ci ostatni go opuścili. Jedni i drudzy żyli w przekonaniu, że wyjazd z rodzinnych miejscowości jest tymczasowy. Najtrudniej z wysiedleniem było pogodzić się najstarszym mieszkańcom. Jak refren powracają historie o kufrach, w których latami przechowywane były najcenniejsze sprzęty domowe i pościel – niewypakowywane, bo przecież zaraz przyjdzie wracać z powrotem do domu. Młodzi szybciej adaptowali się do nowych warunków. W relacjach pochodzących z gminy Kotla, zbieranych przez lokalnego historyka, rzuca się w oczy to, z jaką łatwością pierwsze chwile na tych terenach zamyka się w kilku zaledwie zdaniach. Ot – przyjechaliśmy, ściągnęliśmy swoich, zatrudniliśmy się.

We wspomnieniach powraca też obraz mieszkań, które nierzadko wyglądały tak, jak gdyby ich mieszkańcy wyjechali tylko na chwilę. W poniemieckich domach zostały meble, zastawy (nierzadko zakopywane w ogrodach w nadziei na szybki powrót), fotografie, przedmioty codziennego użytku. Noszące jeszcze wyraźne ślady poprzednich właścicieli, musiały zostać oswojone i „udomowione”. Trudno jednak wyobrazić sobie, żeby w czasach powojennej biedy gospodynie snuły pogłębione refleksje nad niemiecką filiżanką, z której jeszcze niedawno ktoś inny pił herbatę; albo nad łóżkiem, w którym jeszcze przed chwilą sypiał poprzedni gospodarz. Państwowa propaganda pozwalała coraz mocniej wierzyć w powrót do domu. Kto mieszkał w nim przed nami – to stopniowo traciło na znaczeniu.

 

Scena

Kuttlau przed wojną mogła być zamożną wsią. Do dziś zachowała się większość przedwojennych domów, siding nie burzy tu zgrabnych proporcji pruskiej architektury. Młyn, pałacyk, widoczne na przedwojennych zdjęciach brukowane ulice. Zmienili się właściciele, zmieniło się przeznaczenie budynków. Pałac jest dziś w prywatnych rękach, młyn straszy szczerbami pozbawionych szyb okien, w dawnej Schule mieszka leśniczy, a Pfarrhaus, plebania, to dziś przedszkole. Tylko Post nadal jest pocztą. Krajobraz zdobiły wieże dwóch kościołów – katolickiego i ewangelickiego. Na mapie dzisiejszej Kotli zobaczymy tylko jeden z nich. Drugi, choć przetrwał wojnę, szybko niszczał, w jego ruinach bawiła się miejscowa dzieciarnia. W końcu w 1961 roku wysadzono go w powietrze, a na pustym miejscu postawiono remizę strażacką.

fot.: Tomek Kaczor

fot.: Tomek Kaczor

Z remizą sąsiadował poniemiecki cmentarz, stopniowo ogołacany z nagrobków (wykorzystywanych podobno na potęgę przez okolicznych kamieniarzy). Z nekropolii pozostało około trzydziestu płyt. Pod koniec lat 60. teren, na którym się znajdowały, postanowiono przekształcić w park ze sceną i placem zabaw. Zadanie to powierzono między innymi nauczycielom i uczniom lokalnej szkoły podstawowej w ramach tak zwanego czynu społecznego. Ostatnie nagrobki ze zlikwidowanego cmentarza miały prawdopodobnie trafić pod budowę którejś z okolicznych dróg.

Kierownik szkoły nie mógł dyskutować z władzą, za to do późna dyskutował z żoną. Wiedział, że w parku przy remizie zaplanowano budowę sceny. Ustalili, że nagrobków nie oddadzą, ale schowają je w jej wnętrzu. Złożone tam w całości, w przyszłości będą mogły znowu ujrzeć światło dzienne. Ponad trzydzieści płyt przeniesiono w jedno miejsce, na pustym placu wytyczono alejki, zgrabiono liście. Miesiąc później robotnicy zaczęli stawiać budowlę.

Scena służyła do końca lat 90. Odbywały się na niej prezentacje lokalnych zespołów ludowych, pokazy artystyczne uczniów, koncerty. Jedynie z parku nic nie wyszło, bo ludziom jakoś nieswojo było chodzić tam z dziećmi. Pamiętano o tym, że kiedyś był tu cmentarz. Pusty plac przez jakiś czas służył za tor do nauki jazdy, ćwiczyli na nim uczniowie przed egzaminem na kartę rowerową.

Pod koniec lat 90. scena przestała być używana, a między nią a remizą stanął mur. Teren po placu manewrowym został włączony do sąsiadującego cmentarza katolickiego i ponownie przygotowany do wykonywania pochówków. Scena znalazła się tuż za ostatnimi kwaterami cmentarza. Kto ma bliskich w innej jego części, mógł nawet nie zauważyć, że „zawędrowała” tutaj ta nie do końca adekwatna budowla. Inni mijają ją niemal codziennie, wchodząc na cmentarz od strony bocznej uliczki.

Jedną z uczennic prezentujących swoje taneczne umiejętności na tej scenie byłam ja. Kierownikiem szkoły był kilkadziesiąt lat wcześniej mój dziadek.

 

Puzzle

Historię sceny usłyszałam od babci w 2012 roku, kiedy dziadek od kilku lat już nie żył. Opowiadałam jej o projekcie polegającym na odzyskiwaniu i przewożeniu na lokalne cmentarze żydowskie macew, które w czasie wojny i długo po niej wykorzystywane były jako budulec dróg, budynków czy chodników. Babcia powiedziała mi wtedy o niemieckich nagrobkach schowanych w scenie. Dwa lata czekałam na dobry moment do podjęcia działania. Wreszcie nadarzyła się okazja. Postanowiliśmy z przyjaciółmi zrealizować projekt wokół tematyki powojennych przesiedleń, który miał działać równolegle w czterech miejscowościach – dwóch na wschodzie i dwóch na zachodzie Polski. Chciałam, by nasza aktywność wokół sceny wpisana była w szerszy kontekst, by historie i działania prowadzone równolegle w innych miejscowościach stanowiły rodzaj poduszek powietrznych, dawały mieszkańcom mojej wsi poczucie bezpieczeństwa, że nie o budowanie poczucia winy czy o wskazywanie „winnych” nam chodzi. Nie wiedziałam, jak zareagują na nasz pomysł, ale wiedziałam, jak chcę o nim opowiadać i jak mogłabym reagować na ewentualny opór czy niechęć.

W połowie 2014 roku spotkałam się z wójtem gminy Kotla i zaproponowałam mu włączenie się w nasz projekt. Pamiętał występy szkolnych zespołów i plac, na którym kręcił ósemki na rowerze. Wspólnie postanowiliśmy rozebrać scenę, a wydobyte nagrobki utrwalić w lapidarium. Gmina zapewniła ludzi i sprzęt do pracy, akcję zaplanowaliśmy na początek września.

Po kilku uderzeniach młotem wyciągnęliśmy spod gruzu pierwszą płytę. Jak się okazało później, trafiliśmy na jedną z nielicznych, która przetrwała w jednym kawałku. Moja babcia będzie się później dziwić – pamiętała, że były składane w całości. Scena była budowana już bez udziału nauczycieli. Wszystko wskazuje na to, że płyty zostały potraktowane jak zwykły materiał budowlany. Zbyt ciężkie, by składać je w całości, zostały potrzaskane na fragmenty i wrzucone razem z gruzem do wnętrza konstrukcji. Plan dziadka powiódł się więc tylko częściowo. Tyle mogę sama dopisać do tej historii dziś, zgadywać i interpretować. Nie wiem, kto zdecydował o potłuczeniu płyt, nie wiem też, czy do czegokolwiek jest mi ta wiedza potrzebna.

Robotnicy pracowali przy rozbiórce przez ponad miesiąc. Aby nie zniszczyć płyt, nie mogli użyć cięższego sprzętu – odłupywali kolejne elementy sceny i uważnie oglądali każdy fragment wyciągniętego marmuru. Po kilku dniach żartowali, że zamiast młota powinni dostać pędzelki, bo bliżej im było do archeologów. Kawałek po kawałku, wydobywane fragmenty zaczynały składać się w całe płyty, które układaliśmy jak puzzle.

Równolegle do pracy przy scenie prowadziliśmy warsztaty z grupą dzieci z lokalnej podstawówki. Sięgnęliśmy po aparaty fotograficzne, by na ulicach i budynkach szukać śladów historii naszej wsi. Zastanawialiśmy się nad tym, czy miejsca i przedmioty mają swoje biografie i w jaki sposób możemy je odtwarzać. Z czasem dzieciaki zaczęły pomagać w pracach przy scenie – spisywały i tłumaczyły napisy odczytane z poskładanych płyt, numerowały fragmenty, żeby te nie pomieszały się przy przenoszeniu do lapidarium. Rozmawialiśmy też z mieszkańcami – po wsi szybko rozeszła się fama o akcji na cmentarzu, codziennie mijali nas ludzie odwiedzający zmarłych. Słyszeliśmy od nich, że to, co robimy, jest dla nich ważne. Ktoś przypomniał sobie o fotografiach znalezionych po wojnie w piecu domu, do którego się wprowadził. Ktoś inny opiekował się jednym z nielicznych pozostałych na cmentarzu niemieckich grobów albo zaprzyjaźnił z rodziną, do której przed wojną należał jego dom. Czy były też reakcje negatywne? Tego nie wiem, bo jeśli się pojawiły, to nie były przeznaczone dla naszych uszu.

30 października na cmentarzu nie było już sceny. Ponad trzydzieści skompletowanych nagrobków leżało w równych rzędach przy zachodnim murze cmentarza. 1 listopada pojawiło się przy nich kilka zniczy.

 

Ślady

Nie potrafię zrozumieć tego, co spotkało poniemieckie nagrobki w mojej wsi. Czy zniknęły z cmentarza po to, by – podobnie jak niemieckie szyldy na budynkach – nie kłuć w oczy i pozwolić nowym mieszkańcom zapomnieć o ich poprzednikach? Może motywy były bardziej praktyczne, jak w przypadku tych kamieniarzy, którzy skupowali dobrej jakości płyty i skuwali z nich napisy, robiąc miejsce kolejnym? A może była to kwestia czysto pragmatyczna: na środku wsi znajdowała się terra incognita, dziwna przestrzeń, do której nikt nie czuł już niechęci, ale przywiązania – też nie. Uczucia strachu, lęku, wrogości wobec tych, którzy symbolizowali koszmar wojny, dawno już wywietrzały, ustępując miejsca obojętności. Niemiecki cmentarz nie budził już negatywnych skojarzeń, ale nie był też powiązany ze sferą sacrum.

fot.: Tomasz Kaczor

fot.: Tomek Kaczor

Nasuwają się oczywiste skojarzenia z tym, co w czasie wojny i długo po niej działo się z nagrobkami żydowskimi. Cała Polska usiana jest miejscami, w których macewy posłużyły za budulec dróg, domów, murów, kwietników. Na wiejskich podwórkach wciąż można znaleźć „toczaki”– skute w kształt koła nagrobki, z ciągle widocznymi hebrajskimi literami, o które długo po wojnie ostrzono noże i narzędzia rolnicze. Proces niszczenia żydowskich nagrobków w Polsce zapoczątkowali jeszcze w czasie wojny niemieccy okupanci. Po wojnie proceder ten kontynuowali Polacy – w dawnych sztetlach jeszcze po dziś dzień można czasem znaleźć ślady hebrajskich liter, widocznych to na cmentarnym murze, to na przydomowym kwietniku, to – jak w Szczecinie, na zbudowanej w na przełomie lat 60. i 70. piaskownicy. O tym, co działo się (i dzieje po dziś dzień) z żydowskimi nagrobkami, opowiada album Łukasza Baksika „Macewy codziennego użytku” (Wydawnictwo Czarne, 2013).

Nie znam jednak odpowiedzi na pytanie, jak to, co spotkało nagrobki niemieckie, ma się do aktów symbolicznej przemocy dokonywanych na żydowskich macewach. Pewne wydaje mi się jedno – z biegiem powojennych lat za tym procesem coraz częściej stawały niepamięć i obojętność wobec mniej i mniej widocznych śladów przeszłości. Ślady te wtapiały się więc w tło, stawały częścią krajobrazu, przestawały odsyłać do czegoś więcej, do szerszego kontekstu. Historyk Marcin Kula pisał o koncepcji nośników pamięci i uruchamianiu ich do działania. Nośniki pamięci nie powstają „same z siebie” – tworzą je przedstawiciele społeczności narodowych i lokalnych. Nośnik jest aktywny, dopóki chce tego społeczność. Niezauważany, zostaje pozbawiony znaczenia, a co za tym idzie – swojej funkcji.

W historii kotelskiej sceny nie ma jednak jasnych odpowiedzi na stawiane przez nas pytania. Trudno formułować jednoznaczne opinie. Scena powstała w latach 70., ale kilka niemieckich grobów przetrwało na swoich miejscach – tak jak grób Franza Müllera, ostatniego pastora parafii w Kuttlau, dziś pielęgnowany przez mieszkańców wsi. Do Kotli jeszcze kilka lat temu przyjeżdżali Niemcy – pokolenie, które pamiętało akcje przesiedleńcze z dzieciństwa. Znam kilka polskich rodzin, które na lata zaprzyjaźniły się z dawnymi mieszkańcami swoich domów. Jedna z nich opiekuje się grobem rodziny, do której należało przed wojną jej gospodarstwo. Te relacje nie przeszkodziły jednak mieszkańcom w zapomnieniu o tym, co kryje w sobie scena. Co musi się wydarzyć, by pamięć została uruchomiona?

Utworzone przez nas lapidarium pełni kilka funkcji. Z jednej strony przywraca lokalnej pamięci nazwiska przedwojennych mieszkańców, z drugiej – wprawia w ruch samą tę pamięć. Jest ona wypadkową wszystkich zakrętów historii, która odcisnęła swój ślad nie tylko na ludziach, lecz także na domach, ulicach, na przestrzeni, która ich otacza. Lapidarium działa jak filtr – pozwala wyławiać z przestrzeni elementy, które wcześniej pozostawały zatopione w tle – widoczne, ale kompletnie niewidzialne. Poczułam to bardzo wyraźne w przeddzień rozpoczęcia prac na cmentarzu. Spacerowałam z mężem po wsi, znaleźliśmy się przed kościołem. Znam to miejsce od urodzenia, byłam w nim chrzczona, widuję je za każdym razem, kiedy odwiedzam rodzinę. Staliśmy przed głównym wejściem, kiedy Tomek wskazał na coś pod moimi stopami. Okazało się, że stoję na prostokątnych płytach z piaskowca, na których wciąż widoczne są ślady niemieckich słów. Ułożone są w kształt dużego trójkąta – musiał tam być kiedyś duży klomb, po jego likwidacji trzeba było czymś zabezpieczyć podłoże. Kilkadziesiąt metrów dalej z ziemi wystaje kolejny fragment płyty – zatopiony w asfalcie służy jako odbój dla głównej bramy kościoła. Chodziłam po tych płytach przez lata, ale dopiero teraz – poruszona historią sceny, czuła na przestrzeń wokół mnie w sposób, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłam, w towarzystwie kogoś z zewnątrz, komu przestrzeń jeszcze się nie „opatrzyła” – mogłam je zauważyć.

 

Zegar Oskara Kutznera

„W tym miejscu spoczywa w spokoju nasze serce: syn, brat i wnuk Artur Schultz. Urodzony 1 sierpnia 1909 roku, zmarł 24 grudnia 1925 roku”. Gustav Kinzel, mistrz wyrobów rymarskich, umiera w 1932 roku. Żona Elfride przeżyje go o dziewięć lat. Za to żona zmarłego dwadzieścia cztery dni po rozpoczęciu wojny Heinricha Starke nie zdążyła chyba umrzeć w Kuttlau. Na nagrobku, pod napisem „Nasi ukochani rodzice”, brakuje jej nazwiska. Puste miejsce po lewej stronie płyty wygląda, jak gdyby ciągle na nią czekało.

Na ścianie mojego domu wisi od zawsze stary, poniemiecki zegar. Nie wiem, czy należał do Oskara Kutznera (może Kutzner nigdy nie miał takiego zegara), czy nakręcała go matka młodej Idy Janke z domu Reich. Sam fakt, że fantazjuję o zegarze, sięgając po nazwiska mieszkańców mojej wsi, sprawia mi pewną ulgę. Pochodzę ze wsi, w której każdy był przybyszem, obcym, czy – jak chciała to widzieć propaganda PRL – pionierem ponownie zasiedlającym prastare, słowiańskie ziemie. A mnie dzisiaj, bardziej niż historia mieszkającego tu przed tysiącem lat Świętopełka, interesuje historia Dorothei Werzke z domu Seelander. I jej ślad, i to, żeby znowu gdzieś nie zniknął.

 

Opisane działanie zostało przeprowadzone  w ramach programu „Tożsamości Odzyskane. Interwencje”, którego organizatorem jest Towarzystwo Inicjatyw Twórczych „ę”. Projekt został dofinansowany ze środków Muzeum Historii Polski (program „Patriotyzm Jutra”) oraz dzięki zbiórce crowdfundingowej na portalu PolakPotrafi.pl.