dwutygodnik internetowy
12.05.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Mieszkańcu, daj się oświecić

Wszystkie wypowiedzi radnych wynikają z traktowania „wolnego rynku” jako jedynej rzeczywistości, w której każdy człowiek jest w stanie się odnaleźć i spełniać swoje potrzeby.

ilustr.: Hanna Mazurkiewicz

Coraz częstsze organizowanie się lokalnych społeczności wokół przeciwdziałania bieżącym problemom świadczy o dotkliwej nieumiejętności zrozumienia przez rządzących codziennych problemów mieszkańców. Protesty, samoorganizacja i doprowadzanie do akcji referendalnych na terenie kraju pokazują, że wyczerpuje się model cichego przyzwalania na każde działania, przecież „demokratycznie wybranej”, władzy.
 
Niezależnie od przynależności partyjnej powszechne podczas codziennych dyskusji jest traktowanie instytucji publicznych nie przez pryzmat funkcji i celów, które realizują, a rentowności, jakby były one umiejscowione w społecznej próżni, na którą nie działają kryteria inne od rynkowych. Przekonanie to znajduje ujście w sposobie usprawiedliwiania przez władzę swoich posunięć: zamykanie szkół i szpitali pod pretekstem nierentowności.
 
W niniejszym artykule będę przywoływał wypowiedzi radnych odnośnie likwidowanych bądź prywatyzowanych warszawskich szkół, przedszkoli i stołówek. Część z nich słyszałem sam, jako osoba obecna na sesjach rady miasta i dzielnic, część przekazywali mi znajomi, wszystkie zaś można znaleźć w stenogramach i protokołach udostępnionych w warszawskim Biuletynie Informacji Publicznej

 
Operacja na tożsamości
 
Uprzywilejowaną pozycję polityków podczas sesji rad podkreśla sam dostęp do mikrofonów i przywilej dopuszczania, bądź odmawiania mieszkańcom prawa do głosu. Powszechnym zabiegiem ośmieszającym zaangażowaną postawę obywateli jest coś, co nazywam „operacją na tożsamości”. Dlaczego akurat „operacją”? Operuje się zawsze coś chorego, niepożądanego, przeszkadzającego, zaburzającego porządek organizmu. Czymś takim w organizmie miasta są obywatele niezgadzający się na narzucone z góry modele zmian. Politycy starają się przesunąć ich w pozycję „Obcego”. Służy temu daleko posunięta kategoryzacja i odczłowieczające biologiczne metafory. Te przemocowe treści są przekazane w formie aluzji na poziomie słownym, albo wizualnym. Przykład tego typu zabiegów stanowi wypowiedź Włodzimierza Paszyńskiego, zastępcy prezydenta m.st. Warszawy z sesji rady miejskiej z 2 lutego 2012:
 
Dyskusja o uchwałach, które będziemy omawiać ma, przede wszystkim charakter emocjonalny. (…) Dlatego na pierwszym slajdzie pokazuję reprodukcję słynnego akwafortu Goi z końca XVIII wieku, epoki rozumu. (..) „gdy rozum śpi, budzą się upiory”. Upiory wywołuje zwykle przerost emocji. By te emocje nie zdominowały naszej dyskusji, kilkanaście slajdów pokazujących jak wygląda sytuacja warszawskiej oświaty i porządkujących wiedzę.
 
Zdanie „gdy rozum śpi, budzą się upiory” było wraz z obrazem Goi wyświetlone na rzutniku przed prezentacją danych dotyczących wydatków oświatowych w Warszawie. „Rozum”, z którym mówca utożsamia swoją osobę i radnych popierających zamykanie i prywatyzację szkół, skonfrontowany jest z „przyrostem emocji” pod postacią mieszkańców, którzy tym decyzjom się sprzeciwiają. Aluzja użyta jest po to, żeby ich w zawoalowany sposób zdeprecjonować. Sam Paszyński podczas tej samej sesji parokrotnie nawiązywał do wypowiedzianych wcześniej słów:
 
Powiedziałbym, Goya powiada, że „gdy rozum śpi, budzą się upiory”. Ja bym to strawestował „gdy rozum śpi, zapomina się o różnych rzeczach”. To się nawet jakoś nazywa w medycynie.

 
Przypisanie samemu sobie, jako reprezentantowi funkcji radnego nadzwyczajnych funkcji, takich jak szersza perspektywa, większe predyspozycje do podejmowania decyzji, jest czymś powszechnym, a tym samym dyskryminującym mieszkańców, jako osoby niekompetentne, egoistyczne i patrzące tylko na swój własny interes. Odwołanie się do kategorii medycznych stygmatyzuje przeciwnika, budzi skojarzenia z teoriami rasistowskimi. Przypisuje mu mniejsze zdolności w celu usprawiedliwienia swoich własnych interesów ekonomicznych. Tego typu zabiegi odwołują się również do takich konstruktów jak „homo sovieticus” powołany do życia przez ks. Józefa Tischnera w 1991, czyli raptem w dwa lata po początku polskiej terapii szokowej. Do antykomunistycznych resentymentów i uproszczeń Paszyński odwoływał się w dalszej części rady:
 
Otóż zacząłem od epoki racjonalnej. Sto lat po tej epoce przyszła epoka, która bardzo dużo mówiła o utylitaryzmie i o tym, że trzeba patrzeć na wszystko, wszystkich i uwzględniać te interesy.
 
Znów mamy do czynienia z aluzją reprodukującą neoliberalne komunały. Skoro wiemy, że komunizm się nie sprawdził, jego roszczenia „patrzenia na wszystko i wszystkich” (co w tym przypadku oznacza po prostu wysłuchanie mieszkańców), są bezpodstawne, tak samo jak stają się takimi automatycznie wszystkie postulaty odnoszące się do większego utylitaryzmu i partycypacji mieszkańców we wpływie na politykę lokalną. Ten programowy antykomunizm jest postawą powszechną i szczególnie na obszarach dawnego Bloku Wschodniego używaną instrumentalnie w celu wyeliminowania z debaty pojęć i roszczeń ważnych dla tamtej epoki jako nieaktualnych i irracjonalnych. Łączenie chęci wzięcia odpowiedzialności za najbliższe otoczenie z PRL-owską epoką w kapitalistycznej Polsce jest wyznaczaniem granic wspólnoty społecznej. Osobom niechętnym zmianom nakłada się w ten sposób łatkę kogoś oderwanego od rzeczywistości, tkwiącego w starym ustroju na tyle głęboko, że nie warto z nim rozmawiać. Rządzący wchodzą w rolę pedagogów, których zadaniem jest nauczanie mieszkańców. Jest to pewien rodzaj spadku po dyskursie transformacyjnym, opisanym chociażby w Strefie przejścia Borisa Budena, w którym celem rządzących jest „oświecanie”, „tłumaczenie demokracji” i „przyczynianie się do dorastania” rządzonych. Finał tego „procesu dojrzewania” określają sami wychowawcy, którzy dążą raczej do pomnażania rzeszy „niedojrzałych”. „Udziecinnianie” uprawomocnia relację panowania, w której demokracja staje się swoim przeciwieństwem – ustrojem z gruntu niepartycypacyjnym.
 

Słowa-fetysze
 
W Nowomowie neoliberalnej Alain Bihr, posługuje się pojęciem „słów-fetyszy”, które mają uprawomocnić sposób uprawiania polityki przez władzę i jednocześnie ograniczyć możliwość jej krytyki . Warto z tej perspektywy spojrzeć na wypowiedzi Paszyńskiego z wspomnianej już sesji rady Warszawy:

 
Ja ani razu nie powiedziałem w prezentacji, że my będziemy oszczędzać. Ja mówiłem cały czas o tym, ja mówiłem wyłącznie o tym, że nie możemy już więcej dokładać”. „Być może w stosunku do samych uczniów te liczby mogą się bardzo różnić w zależności od typu szkoły, od miejsca, od warunków tejże szkoły, ale to jakby nie zmienia faktu, że dopłacaliśmy te pieniądze, dopłacamy nadal, nie przestaniemy dopłacać, ale wysokości tej dopłaty zwiększyć już nie możemy.
 
Nadawca zmieniając zamknięcie szkoły na „niemożność dokładania więcej” ma na celu przedstawienie radnych jako pokrzywdzonych, choć pokrzywdzeni zostają tak naprawdę mieszkańcy. Podczas sesji radni zmieniali likwidację szkoły na „wygaszenie”, bądź „likwidację na mocy prawa”. Politycy wypowiadający się w imieniu „budżetu”, „sytuacji szkół” i „reformy”, personifikują je i tym samym uprzedmiotowiają obywateli. Taki eufemistyczny sposób przekazywania informacji otwiera drogę do przedstawiania swoich decyzji jako „niepopularnych”, „trudnych”, ale racjonalnych.
 

Kapitalizm jako stan naturalny
 
Wszystkie wypowiedzi radnych wynikają z traktowania „wolnego rynku” jako jedynej rzeczywistości, w której każdy człowiek jest w stanie się odnaleźć i spełniać swoje potrzeby. Widać to było szczególnie mocno w odnoszącej się do prywatyzacji szkolnych stołówek i zwalniania pracujących w nich kucharek wypowiedzi Pawła Martofela z sesji rady dzielnicy Śródmieście, która odbyła się 12 kwietnia 2012:
 
Nie wiadomo na jakiej podstawie wnioskuje się, że prywatnemu przedsiębiorcy zależy na świadczeniu usług złych a nie jak najlepszych. Rodzice będą współdecydować jaki podmiot będzie świadczył usługi w szkole, do której uczęszczają ich dzieci. Jak powiedział Adam Smith „Nie od przychylności rzeźnika, piwowara czy piekarza oczekuję naszego obiadu lecz od ich dbałości o własny interes” (…) Obowiązkiem każdej osoby prowadzącej działalność publiczną jest bowiem szczególna dbałość o miejsca pracy. Jednak połowa osób zatrudnionych w kuchniach i tak przechodzi na emerytury, natomiast pozostałe osoby pozostające w okresie aktywności zawodowej albo będą mogły stawać się ajentami w placówkach, w których pracują albo będą mogły być zatrudniane na innych stanowiskach np. woźnej.
 
Radny nie dostrzega, że prywatyzacja stołówki w każdym wypadku oznacza wzrost cen posiłków, a przy tym ogranicza możliwość pomocy dzieciom ubogim, ale niekwalifikującym się do refundacji posiłków. Tego rodzaju pomoc jest możliwa w placówkach państwowych, gdzie kucharki gotując codziennie na tzw. kotły, mogą zapewniać posiłki potrzebującym uczniom, które w innym wypadku marnowałyby się. Uzasadnieniem dla wprowadzenia logiki wolnorynkowej do szkolnych stołówek ma być większa możliwość przejęcia współodpowiedzialności za to, co znajduje się w kuchni. Jest to oczywiście współodpowiedzialność pozorna, bo osobista niezależność idzie w parze z niepoddaną kontroli bezosobową zależnością, jaką jest relacja z „wolnym rynkiem”.
 
Podobnie rzecz ma się z przywoływanym przez radnego cytatem z nie do końca słusznie namaszczonego na guru konserwatywnych liberałów Adama Smitha, który ma za zadanie przekonać mieszkańców do tego, że wszystko, co prywatne jest lepsze, bardziej opłacalne i racjonalne. Lekarstwem na problemy osób zagrożonych utratą pracy jest przekonanie, że każda z nich powinna zachowywać się na wzór kapitalistycznego przedsiębiorstwa, a zabezpieczenia socjalne (którymi były objęte pracownice stołówek) powinny być nagrodą dla pracowników mobilnych i potrafiących się przystosować do różnych form zatrudnienia.
 
Chociaż przytoczone wypowiedzi odnoszą się do konkretnego zagadnienia często identyczną linię argumentacji słyszymy przy okazji dyskusji odnoszących się do opłat za komunikację miejską czy polityki mieszkaniowej. Tego rodzaju zamykanie debaty przed obywatelami, trudno powiedzieć, czy w większym stopniu wynikające z cynizmu, czy szczerych przekonań (żyjemy w końcu w kraju, gdzie niektórzy dalej traktują poważnie ekonomiczny dogmatyzm Jeremiego Mordasewicza), ma znaczny wpływ na radykalizację postaw mieszkańców i brak wiary w państwowe instytucje. Co za tym idzie, jest jednym z czynników, które w dużej mierze psują demokrację.
 
Jeśli nie chcą Państwo przegapić kolejnych wydań naszego tygodnika, zachęcamy do zapisania się do naszego newslettera.