dwutygodnik internetowy
04.12.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Mięsem w ekran

Trudno znaleźć film, który dotyka problemu mięsożerności, a przy tym nie jest makabryczny i nie próbuje forsować wegetariańsko-wegańskiej perspektywy. Być może o mięsie najwygodniej jest milczeć, by nie wzbudzać konfliktów. Tegoroczne premiery filmowe dowodzą jednak, że wielu twórców milczeć wcale nie chce.

ilustr.: Julia Chibowska

ilustr.: Julia Chibowska

Pytam znajomą, czy obejrzałaby film, który reklamuje się hasłem: „po nim przestaniesz jeść mięso”. Odpowiada stanowczo: „nie, bo chcę je jeść”. Inna koleżanka mówi, że nie chce iść na film o mięsie, bo „boi się, że będzie obrzydliwy”. Kolejna dodaje, że „są rzeczy, których nie chce oglądać”. – Czego spodziewasz się po filmie, który wiadomo, że porusza mięsną problematykę? – pytam. – Że będzie agitował na rzecz wegetarianizmu; będzie epatował ohydą; będzie drastyczny.

W zasadzie intuicje moich znajomych są słuszne – trudno znaleźć film, który dotyka problemu mięsożerności, a przy tym nie jest makabryczny i nie próbuje forsować wegetariańsko-wegańskiej perspektywy. Można powiedzieć, że nie da się mówić o mięsie w inny sposób, bo jego pozyskiwanie po prostu jest makabryczne. Tylko czy takie postawienie sprawy nie zamyka drogi do dialogu z „nieprzekonanymi”? Być może o mięsie najwygodniej jest milczeć, by nie wzbudzać konfliktów. Tegoroczne premiery filmowe dowodzą jednak, że wielu twórców milczeć wcale nie chce.

Rok 2017 obfitował w głośne tytuły, które poruszają mięsną problematykę: polski kandydat do Oscara, „Pokot” Agnieszki Holland – określany przez reżyserkę mianem „anarchistycznego ekologiczno-feministycznego thrilleru”; „Okja”, antykorporacyjna produkcja Netflixa – niekwestionowany hit wegetariańskiego środowiska; francuski horror „Mięso” („Raw”/„Grave”) – frapująca opowieść o wegetariance, która zostaje kanibalką; w końcu „Carnage: swallowing the past”, niedystrybuowany w Polsce, ale z pewnością wart analizy wegański mockument. Każdy z tych filmów sonduje mięso pod innym kątem, jednak łączy je jedno: z pewnością nie smakowałyby mięsożercom.

Wydaje się, że żaden z przywołanych wyżej tytułów nie ma szans otworzyć szerszej debaty nad problemem jedzenia mięsa. Nie wynika to jednak wyłącznie z niechęci docelowej widowni. Chociaż każdy z filmów proponuje ciekawe spojrzenie na kwestię mięsożerności, wszystkie obfitują równocześnie w liczne niedopowiedzenia, problemy i kontrowersje.

Problem numer jeden: jak nie zjeść pupila?

Miejskie legendy głoszą, że po premierze „Okji” Joon-ho Bonga skokowo wzrosło zainteresowanie dietą roślinną. PETA (People for the Ethical Treatment of Animals) stworzyła kompilację tweetów, których autorzy zrewidowali swoje poglądy w kwestii spożywania mięsa po obejrzeniu dzieła koreańskiego reżysera. Wiele wskazuje na to, że opowieść o międzygatunkowej przyjaźni dziewczynki i gigantycznej świni skłoniła do prowegańskiej refleksji sporą grupę widzów. Zrealizowana z wielkim rozmachem baśniowa opowieść o walce z bezdusznym światem wielkich korporacji okazała się mieć potencjał topienia serc. Być może sama podzielałabym entuzjazm wegetariańskiego środowiska, gdyby nie fakt, że ten potencjał wydaje się zbudowany na chwiejnym fundamencie.

„Okja” to historia trzynastoletniej Miji, która wychowuje się u boku ogromnej świni – efektu eksperymentu w ramach tajnego projektu korporacji Mirando. Pewnego dnia cały świat dziewczynki wali się w gruzy, gdy świnia Okja zostaje jej odebrana i przewieziona do USA przez wysłanników Mirando, by mogła promować mięsne wyroby ze swojego gatunku. Mija rzuca się do walki z bezduszną korporacją, dziką konsumpcją i rozpasanym kapitalizmem, by ratować swoją przyjaciółkę. Bezsilność bohaterki wobec macek możnych tego świata oraz makabryczne sceny z laboratoriów i farm Mirando przemawiają do wyobraźni. Być może na tyle, by pod wpływem obrazu porzucić mięso lub choćby zainteresować się procesem jego produkcji. Jest tylko jeden szkopuł.

Okja, o której życie z taką zapalczywością walczy Mija, to zwierzę nie tylko urocze, ale też niezwykle inteligentne i odważne. Niewerbalnie porozumiewa się ze swoją opiekunką, a w niebezpiecznej sytuacji gotowe jest poświęcić dla niej życie. Na pysku wypisane ma ludzkie emocje, a antropomorfizm wypływa z niej każdym porem. To zwierzęca bohaterka idealna – nie sposób jej nie polubić. A jeśli musimy ją lubić, niemożliwe, byśmy z zimną krwią powiedzieli: „zjadłbym Okję na obiad”. Tymczasem sęk w tym, że nasze obiady rzadko mają imię, a co gorsza nawet jeśli mają, nie chroni to ich przed śmiercią w rzeźni (warto przypomnieć tu artykuł Darka Gzyry z Krytyki Politycznej). Wrażliwość na cierpienie konkretnej jednostki, nazwanej, uosobionej, oswojonej bohaterki, to żaden przełom – naszym problemem nie jest w końcu to, że zjadamy swoich pupili. Przeciwnie: dramat współczesnej hodowli polega właśnie na alienacji – wyparciu ze zbiorowej świadomości faktu, że mięso to w istocie ciało żywych kiedyś istot. Konsumenci są kompletnie odizolowani od zwierząt, a produkcja została umasowiona – w efekcie wszystkie zwierzęta są dla nas anonimowe. Nie mają imion, indywidualnych cech, charakteru, nie różnią się między sobą – występują wyłącznie jako masa.

Być może wciąż jesteśmy na etapie uświadamiania sobie, że te zwierzęta, których życie to tylko jeden z etapów produkcji, to w istocie zbiór jednostek, z których każdej moglibyśmy nadać imię i z którą moglibyśmy zbudować indywidualną więź. W takim wypadku filmy takie jak „Okja” są nam potrzebne, żeby wciąż na nowo wbijać to sobie do głów. Jednocześnie nie oszukujmy się – zwierzęta, które zjadamy, nie zawsze są tak urocze i chętne do współpracy z człowiekiem jak Okja. Tyle tylko, że to w najmniejszej mierze nie oznacza, że możemy traktować je tak, jak traktujemy je teraz. Mięsny problem jest więc w „Okji” zarysowany, jednak na bardzo płytkim poziomie etycznych rozważań.

Rzeźnik – tak, myśliwy – nie!

O „Pokocie” Agnieszki Holland pisałam już po premierze filmu, zachwycając się wtedy jego dekonstrukcją opozycji norma-szaleństwo. Ekranizacja powieści Olgi Tokarczuk to jednak także film o mięsie, a właściwie nie o mięsie jako takim – raczej o przyjemności płynącej z zabijania. „Pokot” bierze na warsztat myśliwych, a więc siłą rzeczy kwestię tego, czy zadawanie śmierci może być uznane za hobby i czy wolno „zabijać dla zabawy”. Oczywiście na tak postawione pytanie odpowiedź musi brzmieć: „nie”.

Tymczasem skupiając się na grozie czerpania przyjemności z mordowania, film Holland zgrabnie omija inne pytanie: czy bardziej szlachetnie jest spojrzeć w oczy swojej ofierze, samodzielnie pociągnąć za spust, a następnie pochwalić się znajomym i spożyć po samodzielnym oprawieniu; czy też udawać, że mięsny specjał sam pojawia się na talerzu, a o tym, że jakaś istota umarła, byśmy mogli ją zjeść, nie za często myśleć? Rzecz jasna nie warto przeciwstawiać sobie tych dwóch postaw, gdyż ani się one nie wykluczają, ani nie stanowią jedynej alternatywy. Znamienny jest jednak fakt, że w debacie publicznej dużo częściej potępiani są myśliwi niż „zwyczajni konsumenci” – tak samo w emocjonalnej narracji „Pokotu”.

Jeśli wpiszemy film w szerszy kontekst zjadania mięsa, okaże się, że orbituje on bardzo daleko od jądra problemu. W pewien sposób „Pokot” naprawdę jest ekstremalny, bo kontestuje bodaj najłagodniejszą gałąź mięsnego świata – samodzielne, w pełni świadome zabijanie zwierząt żyjących na wolności. Oczywiście zwrócenie uwagi na problem myślistwa obnaża po głębszej analizie także niedorzeczność jedzenie zwierząt w ogóle – czyli zabijania, kiedy nie trzeba zabijać. Trudno nie odnieść jednak wrażenia, że Duszejko nie zastanawia się głębiej nad krzywdą i śmiercią zwierząt, wlewając mleko do kawy. „Pokot” proponuje więc refleksję nad mięsem, ale jedynie jako pochodną kwestii polowania – tymczasem trudno powiedzieć, która z nich jest pierwotna, zwłaszcza we współczesnym kontekście.

Uwikłana zemsta dyskryminowanych

Niepokornym wichrzycielem w nurcie „mięsnych filmów” jest na pewno „Mięso” („Raw”/„Grave”) Julii Ducournau. Kobiety jedzące mężczyzn, erotyka i krwawość, koniec niewinności z przytupem – to niebanalny Bildungsroman w formie ekofeministycznego horroru. Historia studentki weterynarii, Justine, która z wegetarianizmu przechodzi na kanibalizm, używa mięsa jako bardzo pojemnej metafory i aż prosi się o analizę z perspektywy psychoanalitycznej. Próżno jednak szukać w filmie jawnie wegetariańskiego przesłania. Paradoksalnie „Mięso” nie mówi za wiele o jedzeniu mięsa. Posługuje się tym motywem raczej, by opowiedzieć o seksualności i zabrnąć w zakamarki podświadomości bohaterek. Feministyczne wątki łączą się jednak z problematyką ekologiczną w nurcie zwanym ekofeminizmem, który zakłada, że sytuacja kobiet w patriarchacie i niszczenie środowiska naturalnego mają wspólne podstawy – tego ujęcia nie sposób nie odnieść do „Mięsa”.

W filmie Ducournau mięso jest symbolem przemocy, ale także wyzwolenia. Wraz ze zmianą diety i odkryciem swych makabrycznych inklinacji, Justine dojrzewa: uwalnia się z roli wzorowej uczennicy, nawiązuje kontakt ze zbuntowaną siostrą Alexią, przeobraża się w świadomą seksualnie kobietę. Akt kanibalizmu jest dla bohaterki wzmacniający, stanowi krok na drodze ku autonomii i wolności. Tymczasem spożywanie mięsa nie jest zwykle zerwaniem okowów – wręcz przeciwnie, przyczynia się do utrwalania zastanego porządku, nie wspominając już o dosłownym uwięzieniu w tym celu milionów zwierząt. Ducournau nie odnosi się jednak do tego problemu, ponieważ zjadanie zwierząt przez jej bohaterki jest tylko krokiem na drodze do zjadania ludzi – a konkretnie mężczyzn. Tym samym kanibalizm Justine i Alexii jest poniekąd zemstą – kobiet na mężczyznach i pośrednio zwierząt na ludziach, jeśli spojrzeć na kobiety i przyrodę jako na dyskryminowane z tych samych patriarchalnych źródeł.

Używanie argumentu dyskryminacji kobiet w dyskusji nad sytuacją zwierząt ma zresztą bardzo przyziemny wymiar – w masowej hodowli to samice wykorzystywane są właśnie ze względu na swoje biologiczne funkcje. Dosadną, choć niezbyt wyszukaną próbą zwrócenia uwagi na ten aspekt eksploatacji zwierząt jest w kinematografii „The herd” Melanie Light – krótkometrażowy horror o mleku.

„Mięso” ukazuje bardzo ważny i niezwykle ciekawy kontekst problemu zjadania mięsa. Jego ekofeministyczna refleksja jest jednak bardzo wymagająca dla widza, a rozbudowanie filmu na wielu płaszczyznach symbolicznych skutkuje rozmyciem myśli. Tym samym film stanowi raczej impresję niż zwartą historię wymagającą konfrontacji. Jest to w dużej mierze zaleta „Mięsa”, ale trudno przez to mówić o filmie Ducournau jako o próbie podjęcia problematyki wegetariańskiej, gdyż problematyka ta wikła się w zbyt wiele innych kontekstów, by móc być szerzej przedyskutowaną.

Jak podać prawdę?

Na tle mocnych i dramatycznych „filmów mięsnych” wyróżnia się „Carnage: swallowing the past”, w którym reżyser, Simon Amstell, postanowił zmierzyć się z tematem weganizowania świata w żartobliwej formie, korzystając z konwencji tak zwanego mockumentu (ang. mockumentary), czyli fikcyjnego filmu dokumentalnego. Perspektywa narracyjna filmu Amstella to rok 2067, kiedy Wielka Brytania żyje całkowicie wegańsko. „Dokument” adresowany jest do ówczesnych nastolatków, którzy nie potrafią zrozumieć, jak ich rodzice czy dziadkowie mogli jeść mięso; ci drudzy z kolei zmagają się z nieprzepracowanym poczuciem winy za okrucieństwa na zwierzętach, których się pośrednio dopuszczali. Film jest zlepkiem autentycznych oraz fikcyjnych materiałów dokumentalnych, połączonych tak zgrabnie, że tylko oś czasu pozwala zorientować się, czy dany materiał rzeczywiście jest archiwalny. Jednak poza wspaniałą realizacją „Carnage” oferuje przede wszystkim ciekawą perspektywę na problem eksploatacji zwierząt i daje dobry przykład tego, jak można zmierzyć się z tym tematem w sposób bezpretensjonalny, a jednocześnie dosadny.

Przyszłość wykreowana przez Amstella to utopia na granicy farsy – Brytyjczycy żyją w pokoju, tolerancji i bliskości, wyleczona została depresja (sic!), a dorastające pokolenie jest „najszczęśliwszym w historii”. Przerysowana idylla 2067 roku jest jednak zupełnie do przyjęcia przy całym zdystansowanym, lekko ironicznym tonie całej opowieści, która krok po kroku prowadzi nas do takiego właśnie zakończenia. Film Amstella po mistrzowsku balansuje pomiędzy komedią a poruszającą powiastką filozoficzną, w której bezlitośnie wyśmiewane są zarówno wegańska egzaltacja i poczucie wyższości, jak i tępy upór i ignorancja zjadaczy mięsa. Absurdalny humor miesza się tu z drastycznymi scenami z farm przemysłowych, autentyzm futurystycznych talk-show’ów ze sztucznością „rekonstrukcji historycznych”, groteska bywa wzruszająca (jak w fenomenalnej scenie musicalowej piosenki śpiewanej przez mleczną krowę), a realizm wydaje się karykaturalny.

Wszystkie te kontrasty w filmie Amstella zdają się skupiać jak w soczewce nasze problemy z rozmawianiem o wykorzystaniu zwierząt. Chociaż rzeczywistość przemysłu czy to mięsnego, czy jajczarskiego, czy mlecznego, wydaje się zbyt drastyczna, by mogła być prawdziwa, to wszelkie próby postulowania zmian uznawane są za rozhisteryzowane czy wręcz ekstremalne. Tymczasem trudno nam wymyślić formę przekonującej opowieści o okrucieństwach eksploatacji zwierząt inną niż krwawe dokumenty – tych zaś przekonani już nie muszą, a nieprzekonani nie chcą oglądać. Jeśli chcemy tworzyć kino zaangażowane, musimy znaleźć sposób na otwarcie dialogu i na dotarcie do tych, którzy z własnej woli nie zainteresują się filmem potencjalnie skłaniającym do refleksji nad losem zwierząt. Amstell mówi, że zawarł wegańskie przesłanie w formie komediowej, „żeby ludziom nie przeszkadzało, kiedy mówi się im prawdę” – to właśnie cel, do którego warto dążyć.

Jasne cele, niejasne środki

Filmy o mięsie rzadko kiedy są kompleksową refleksją nad problemem – stanowią zwykle tylko wybiórcze zasygnalizowanie pewnych kwestii. Trudno traktować ten fakt jako zarzut wobec „mięsnego kina”, zwłaszcza że nie taka jest rola kina fabularnego. W dokumentach powiedziane zostało już dość na temat przemysłowej hodowli. Nie brakuje żadnych danych, by stwierdzić, że współczesny przemysł mięsny jest po prostu zły. Problemem nie jest więc samo ukazanie mechanizmów, a raczej dotarcie do niechętnego odbiorcy.

Chociaż przytoczone tu przykłady oferują – lepszy lub gorszy – materiał do dyskusji nad problemem eksploatacji zwierząt i spożycia mięsa, natrafiają na zasadniczą przeszkodę: oglądają je i dyskutują nad nimi głównie osoby już zainteresowane tematem, czyli weganie i wegetarianie. Mięsożercy unikają przecież spotkań z „mięsnym kinem”, aby nie być zmuszonymi do konfrontacji. A to przecież na tej linii powinna się odbywać debata na temat mięsa. Debata, która przy obecnym sposobie pozyskiwania produktów odzwierzęcych jest dla nas prędzej czy później nieunikniona. Celem kina mierzącego się z problematyką wegetariańsko-wegańską mogłoby więc być dotarcie do jak najszerszej publiczności. By to jednak osiągnąć, należałoby zastosować strategię podstępną i po prostu nie reklamować filmów jako podejmujących ten temat.

Takie podejście byłoby jednak wątpliwe etycznie. W związku z tym każda próba opowieści o mięsie wydaje się dziś na wagę złota – być może przy odpowiedniej ilości dzieł uda się osiągnąć masę krytyczną i włączyć w dyskusję wszystkie strony konfliktu? To znaczyłoby, że potrzebujemy rozmawiać o mięsie dużo i twórczo, a w związku z tym trzeba przepracowywać temat na różne sposoby i do znudzenia powtarzać pewne prawdy i pytania, jakkolwiek oczywiste czy uproszczone by się one nie wydawały. Niekoniecznie odkrywczo, niekoniecznie bardzo celnie, niekoniecznie jasno i niekoniecznie poważnie.

Po prostu rzucajmy mięsem. Tarzajmy się w nim. Śnijmy o nim, kłóćmy się. Najgorsze są przecież te milczące dłonie pakujące kolejne ofoliowane, gotowe do spożycia kurczaki na sklepowe taśmy.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy również pokrewne teksty:

Rzecz o szaleństwie – „Pokot” Agnieszki Holland

 

Królowa białego kłamstwa