dwutygodnik internetowy
04.12.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Między Gersdorf, Hermelińskim a ulicą. Rozczarowania i nadzieje cztery miesiące po „lipcu”

Niestety elity polityczne i prawnicze w dużym stopniu nie zrozumiały przesłania protestów lipcowych. Zignorowały największy od 1989 roku przejaw podmiotowości suwerena występującego w obronie swoich praw. Dziś przy okazji nowej fali protestów trzeba przede wszystkim zadbać o to, aby poza sprzeciwem formułowały one pozytywne, demokratyczne postulaty.

ilustr.: Zuzanna Wicha

ilustr.: Zuzanna Wicha

Cztery miesiące. Tyle „oddechu” dała nam „dobra zmiana” pomiędzy 24 lipca – pamiętnym dniem dwóch prezydenckich wet – a wprowadzeniem pod obrady sejmu nowych, „ulepszonych” i rzekomo bardziej konstytucyjnych prezydenckich projektów ustaw sądowych.

Nie będę pisał o szczegółowych rozwiązaniach prawnych, tych, które weszły w życie, i tych, które w życie zapewne wejdą. W sieci i w prasie opiniotwórczej można znaleźć wiele ich rzetelnych analiz. Polecam zwłaszcza te, które dostępne są na nowo otwartej stronie Archiwum Osiatyńskiego. Chciałbym natomiast dać wyraz kilku swoim rozczarowaniom i nadziejom z perspektywy tych czterech miesięcy. Na początku muszę zastrzec, że piszę ze specyficznej, dalece nieobiektywnej perspektywy. Od lipca jestem zaangażowany w różne inicjatywy społeczne sprzeciwiające się demontażowi praworządności w Polsce. Dodatkowo od ponad miesiąca mam zaszczyt uczestniczyć w spotkaniach wokół wywiadu-rzeki, który przeprowadziłem z prof. Adamem Strzemboszem. Do tej pory miałem dzięki temu okazję odbyć dziesiątki rozmów w pięciu dużych miastach w Polsce, co daje mi pewne rozeznanie w nastrojach panujących po „opozycyjnej” stronie.

Nieznośna lekkość elit

Najpierw nieco o rozczarowaniach. Niewątpliwie protesty lipcowe wyzwoliły wielkie pokłady społecznej energii i wiary w moc sprawczą oporu. Im dalej jednak od nich, tym częstszą emocją wśród ich uczestników staje się rozgoryczenie i frustracja. Dlaczego ludzie są rozczarowani? Bo myśleli, nieco na wyrost, że „lipiec” odwróci dynamikę polityczną, a tu „PIS ma 40 procent i ciągle mu nie spada”. Bo sądzili, że prezydent zrozumiał istotę zarzutów wobec sądowych ustaw, a tymczasem jego projekty niespecjalnie różnią się od tych, które zawetował. Bo liczyli, że protesty dadzą początek nowej sile społecznej, podczas gdy powstające ruchy na pewno nie mają takiej skali, jaką dysonował KOD. Bo wydawało im się wreszcie, że przemówili do rozsądku opozycji, a ta ciągle zajmuje się głównie łączeniem się przez podział.

Czy te frustracje są słuszne? Częściowo pewnie tak. Choć jeśli trzeźwo spojrzeć na sytuację, to większość wyrażonych wyżej nadziei była skażona myśleniem życzeniowym (sam muszę przyznać, że w lipcu nieco mu uległem). Czas jednak weryfikuje pewne marzenia. Tym, co frustruje mnie dziś znacznie mocniej niż powyższe zjawiska, jest kompletne zlekceważenie przez „światłe, liberalne elity” zasadniczego przesłania lipcowych protestów. To był moment, w którym suweren – roześmiany, pomysłowy, zdeterminowany – po raz pierwszy w III RP tak licznie zaznaczył swoją podmiotowość i opowiedział się po stronie wartości konstytucyjnych. Ludzie krzyczeli na ulicach „Konstytucja, Konstytucja”, ocierali łzy wzruszenia, słuchając preambuły czytanej przez Jerzego Radziwiłłowicza, chodzili po mieście z biało-czerwonymi wpinkami i plakatami. Osiągnęli w końcu taktyczny sukces.

Co się stało później? Czy „Zjednoczona Opozycja”, tak „poruszona” mobilizacją w lipcu wykonała choćby gest, aby docenić to wielkie obywatelskie żądanie podmiotowości? Czy zaprosiła przedstawicieli protestujących do wspólnego myślenia o możliwości demokratyzacji zarządzania sprzeciwem wobec działań władzy? Ba, czy choćby starała się podtrzymać zainteresowanie tematem sądownictwa? Czy zaproponowała poważną dyskusję nad propozycjami realnych zmian, aby przybliżyć je obywatelom i wyeliminować ewidentne niedociągnięcia w jego funkcjonowaniu? Nic z tych rzeczy. Zadowolono się chwilowym sukcesem i cierpliwie czekano, aż prezydent odbędzie stosowne narady z prezesem i zaproponuje swoje pomysły. Analizy „Polityki w sieci” wypadają miażdżąco. Nikt nawet nie próbował na większą skalę podtrzymywać zainteresowania tematem sądownictwa przez ten czas. Oczywiście poza propagandystami z Polskiej Fundacji Narodowej.

Niestety jeszcze boleśniejszym zawodem jest postawa prof. Małgorzaty Gersdorf, pierwszej prezes Sądu Najwyższego, pod którym w lipcu codziennie zbieraliśmy się ze świeczkami. Ona również, już po wetach, ze świeczką w dłoni dziękowała za „wsparcie, jakiego nie widział świat”. Co dziś mówi o tamtym wydarzeniu? Że nie chodziła demonstrować, a świeczkę wzięła, bo „było ciemno”? Tę wypowiedź – piszę to z głębokim bólem – należy uznać za kompromitującą i wręcz obraźliwą dla dziesiątków tysięcy Polaków, którym profesor Gersdorf zawdzięcza fakt, że do dziś jest prezesem SN. Rozumiem, że być może są to nieudolne próby obrony przed, próbującą ją zdyskredytować, propagandą władzy, ale nie usprawiedliwia to de facto wypierania się protestujących. Zresztą pierwsza prezes też zdaje się nie rozumieć istoty lipcowych protestów. Otóż Polacy nie protestowali w obronie stołków sędziowskich, ale w obronie demokracji i praworządności, jako systemu, który zabezpiecza ich prawa. Dlatego za kuriozalny, a wręcz niebezpieczny należy uznać pomysł pani profesor, by wychodzić z projektem ustawy bardzo podobnym do tego pisowskiego (pozostawiającym quasi-skargę nadzwyczajną i ławników w SN), a jedynie – rzekomo – usuwającym najbardziej rażące niekonstytucyjności. Zabrzmi to mocno, ale sądzę, że pani prezes wykonała ten ruch po prostu w obronie własnego stanowiska. Zaprzepaściła wielką szansę, aby stać się symbolem sędziowskiej niezawisłości.

Promyki nadziei

Na antypodach zachowania Pierwszej Prezes znajduje się godna najwyższych pochwał postawa sędziego Wojciecha Hermelińskiego, przewodniczącego Państwowej Komisji Wyborczej. Ten wybitny prawnik (zasłynął jako jeden z bardziej pracowitych sędziów Trybunału Konstytucyjnego, jest między innymi autorem fascynującego zdania odrębnego do wyroku o uboju rytualnym) zasłużył sobie w ostatnich dniach na miano „człowieka-instytucji”. Zgodnie ze swoją urzędową misją trzymał się bowiem do tej pory na uboczu sporu o państwo prawa. I słusznie, jego funkcja nakazuje bowiem skrajną apolityczność. Jednakże kiedy spór ten wkroczył w kwestię prawa wyborczego, dziedziny, za którą bezpośrednio odpowiada, z całą mocą opowiedział się po „jasnej stronie mocy”. Dodatkowo zrobił to bardzo zręcznie. Nie potępił w czambuł wszystkich przepisów proponowanej przez PiS zmiany w ordynacji wyborczej. Docenił wręcz te, które usprawniają przeprowadzanie wyborów i czynią je bardziej przejrzystymi. Nie miał jednak odrobiny miłosierdzia dla pomysłów, które w sposób jednoznaczny dążą do upartyjnienia i zagmatwania procesu wyborczego. Do historii przejdą pewnie jego słowa, że „ordynację pisał mały Kazio” i wystąpienie w sejmie z rysunkami ilustrującymi absurdalność zmian w sposobie wyznaczania okręgów wyborczych i możliwości oddawania głosów. Znamienne także było protestacyjne opuszczenie przez Sędziego obrad komisji sejmowej w momencie, w którym stało się jasne, że do posłów nie trafią żadne merytoryczne argumenty, a z parlamentu robiona jest szopka.

Sędzia Hermeliński wypełnia więc wzorowo rolę, jaką jego instytucji wyznacza system konstytucyjny: stoi na straży wolności wyborów. I nie ma tutaj znaczenia, że na najwyższe w jego życiu stanowisko sędziego TK został mianowany dwanaście lat temu dzięki głosom parlamentarzystów PiS. Ani to, że prezydentowi Dudzie wręczał w 2015 roku akt wyboru z wyraźną satysfakcją. Sędzia wie, że służy konstytucji i systemowi demokratycznemu. I nie może zgodzić się na ustawy, które w oczywisty sposób stoją z nim w sprzeczności. Nawet za cenę potencjalnej utraty swojego szacownego urzędu.

Podobną postawę prezentuje na szczęście cały szereg sędziów w całej Polsce. Jak choćby sędzia rejonowy w Warszawie, który uniewinnił Obywateli RP od zarzutu „naruszenia miru domowego sejmu”; jak jego kolega z Hajnówki, który nie wymierzył kary obrońcom puszczy; albo jak sędziowie apelacyjni, którzy co miesiąc uchylają zarządzenia zastępcze wojewody w sprawie delegalizacji blokady miesięcznic smoleńskich. Prawda, że nie wszyscy wykazują tego typu odwagę. W końcu kilkunastu sędziów przyjęło nominacje prezesowskie od ministra Ziobry. Może jednak będą starali się w nowym miejscu pracy zachowywać zgodnie z rolą sędziego?

Trzeba żądać więcej demokracji

Pewną nadzieją napełniły także ostatnie manifestacje pod hasłem „3XW” z 24 listopada. Nie były wprawdzie tak liczne jak te z lipca (wszystko przed nami!), ale uwagę zwraca po pierwsze to, że są organizowane przez ludzi młodych, pochodzących ze zróżnicowanych środowisk i organizacji. Ludzi, którzy poznali się w lipcu. Ze sceny przemawiali aktywiści społeczni, ludzie kultury i prawnicy. A po drugie, że mniej było na nich – w stosunku do manifestacji z poprzednich lat – haseł negatywnych, a więcej konkretnych żądań (chcemy wolnych wyborów, chcemy wolnych sądów).

I właśnie skupianie się na pozytywnym, konstruktywnym przekazie, a nie na nieustannej negacji i kontrze wobec władzy, choć w obecnej sytuacji trudne, wydaje się kluczowe z perspektywy potencjalnego sukcesu naszych demonstracji (za jaki uznałbym brak społecznej akceptacji dla obalania rządów prawa). Musimy mówić o tym, co już zawdzięczamy wolnym sądom czy samorządom (próbowałem, mam nadzieję skutecznie, stosować tę narrację w czasie protestów lipcowych), ale równocześnie proponować zmiany w tych obszarach. Nie jest wszak tajemnicą, że polskie sądy mogłyby działać sprawniej, być bardziej przyjazne obywatelom i klarowniej uzasadniać wyroki, a władze samorządowe w wielu miejscach wyalienowały się od zwykłych mieszkańców. Nie bójmy się o tym mówić. Nie bójmy się żądać więcej demokracji. Nie bójmy się domagać, aby nasze prawa zapisane w Konstytucji nie tylko nie były gwałcone, ale były realizowane w pełni. A może z naszej aktywności wyrośnie w przyszłości naprawdę lepsza zmiana?

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy również pokrewne teksty:

Idzie nowe! Redaktorzy „Kontaktu” komentują weta Prezydenta

Łętowska: Waga odwagi Temidy

Prof. Zoll: Między prawem a sprawiedliwością