dwutygodnik internetowy
16.01.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Między Bogiem a papieżem. O serialu „Młody papież”

Czy „Młody papież” jest więc kontrowersyjny? Tak, ale wyłącznie jeśli uznać, że przedstawianie ludzi jako pełnej, kompleksowej całości jest zabiegiem kontrowersyjnym.

ilustr.: materiały prasowe

materiały prasowe

Debiutancki serial włoskiego reżysera Paola Sorrentina wzbudzał kontrowersje już na wiele miesięcy przed swoją premierą – głównie dzięki esencjonalnej i oszczędnej kampanii reklamowej. Opierała się ona na materiałach, które bez obaw nazwać można obrazoburczymi. Na opublikowanych w sieci zdjęciach widniał Jude Law (odtwórca głównej roli) z charakterystyczną białą piuską na głowie i papierosem w ustach. Zamieszczony później krótki teaser starał się tę wizję dodatkowo uatrakcyjnić (między innymi obrazem nagich pośladków). Nie dziwi więc fakt, że niektóre środowiska klerykalne i prawicowe pochodziły do produkcji co najmniej z ostrożnością.

Sorrentino świadomie podsycał te obawy właściwie do ostatniej chwili. Serial rozpoczyna się oniryczną sceną przemowy nowo obranego papieża do tłumu zebranego na placu św. Piotra. Od razu dokonuje się pierwszy cud: młody papież, Lenny Belardo, gestem rąk rozsuwa czarne chmury, a na ludzi spływają promienie słońca. Jego wystąpienie zaczyna się równie pięknymi słowami o miłości, akceptacji i tolerancji. Kardynałowie uśmiechają się do siebie ze zrozumieniem – Belardo zdaje się papieżem idealnym. Tylko że w kilkanaście sekund sytuacja zmienia się diametralnie, jako że nowy papież zaczyna nawoływać ludzi do masturbacji, używania antykoncepcji, akceptowania małżeństw homoseksualnych, a w pewnym momencie nawet do aborcji. Tłum cichnie, a kardynałowie w geście bezsilnego niedowierzania załamują ręce. Trzech z nich mdleje, a w tle roznosi się symboliczny dźwięk bijącego dzwonu, co, nawiasem mówiąc, przypomina charakterystyczny początek „Wielkiego piękna”. A potem papież otwiera oczy.

Serial szybko powraca do rzeczywistości. To rzeczywistość, w której ludzie są naprawdę ludzcy – zlepieni ze swoich wad i zalet, a już z całą pewnością niejednopłaszczyznowi. To rzeczywistość, w której samemu papieżowi wiele brakuje do świętości, a napięcie związane z prowadzeniem spraw Kościoła odreagowuje za pomocą tytoniu. Jakże jest więc z tą kontrowersyjnością „Młodego papieża”? Czy to kwestia kampanii medialnej, czy może reżysera próbującego wejść w swego rodzaju grę z odbiorcą?

Sorrentino w telewizyjnym debiucie kontynuuje wypracowaną przez siebie poetykę – szczególnie w zakresie formy i estetyki. Pod tym względem „Młody papież” może, z całą pewnością, się podobać. Szerokie, powolne i dosyć statyczne kadry, przypominające ujęcia z „Wielkiego piękna” czy „Młodości”, wskazują na reżyserską równowagę i jednocześnie uspokajają tempo serialu, który momentami potrafi nabrać znacznej prędkości. Mimo to „Młodego papieża” powinno oglądać się powoli i raczej smakować niż pochłaniać. Zachęca do tego również ciepła i przyjemna kolorystyka, która, w scenach papieskich reminiscencji powracających nieustannie do wieku dziecięcego, staje się nieostra i jeszcze delikatniejsza. Sorrentino ma zresztą ciekawy dar kreowania miejsc utopijnych, przesiąkniętych wyjątkową harmonią lub przynajmniej naznaczonych ogromnym ładunkiem nostalgii: przypomnieć warto choćby wysepkę, na której dochodzi do pierwszego erotycznego kontaktu między Jepem Gambardellą a Elisą De Santis lub klimatyczne górskie krajobrazy, którymi próbuje cieszyć się Fred Balinger. W serialu natomiast przywołana jest idylliczna wizja słonecznego zagajnika przy wodospadzie, która im bardziej pięknieje wraz z rozwojem fabuły, tym staje się coraz mniej realna.

A jednak, mimo tego, reżyser stawia na materialną dokładność swojej wizji. Jego Watykan wydaje się wiarygodny, przypomina żywy organizm, który pracuje nikomu nieznanym rytmem. Kościelni dostojnicy, ubrani w oryginalne biskupie i kardynalskie stroje (zamówione nieprzypadkowo z klerykalnego zakładu krawieckiego), są niewątpliwie autentyczni. Wynika to również z faktu, że wszyscy są do czegoś potrzebni i nie ma w „Młodym papieżu” postaci zbędnej. Nawet dalekoplanowe postacie stają się istotnym fragmentem całokształtu tej długiej opowieści, którą snuje Sorrentino.

Niezwykle istotne są również w „Młodym papieżu” budynki Watykanu, w których dzieje się większość akcji. Co ciekawe jednak – żadna ze scen nie była faktycznie kręcona w obiektach administracyjnych Stolicy Apostolskiej. Większość z nich rekonstruowano po prostu we włoskim studiu Cinecittà, które zajmuje się efektami komputerowymi. Sorrentino otrzymał dzięki temu możliwość swobodnego operowania watykańską architekturą. Miejscami ma ona za zadanie onieśmielenie i zaniepokojenie widza, ale potrafi funkcjonować również jako czynnik łagodzący. By zobrazować powyższe stwierdzenie, zderzyć można ze sobą mroczną scenę pierwszej przemowy do kolegium kardynałów – gdzie podłużne, wysokie ściany Watykanu są zimne i przytłaczające – z licznymi ujęciami przedstawiającymi papieża, który wypoczywa w arkadyjskim ogrodzie pełnym kolorowych pawi i jasnozielonych drzew. Innymi słowy, u Sorrentino architektura jest jednym z czynników, które odgrywają fundamentalną rolę w kwestii budowania nastroju, i radzi sobie z tym w sposób znakomity.

Ów nastrój budowany jest również za pomocą świetnie dobranej, a zarazem kontrastującej ze sobą muzyki. W pierwszym odcinku usłyszeć można chociażby klasyczne i ponure „Requiem” Farégo poprzedzone absolutnie genialnym, minimalistycznym utworem stworzonym przez Labradford – amerykański zespół wywodzący się z pogranicza psychodelicznej elektroniki. Później obie kompozycje skonfrontowane zostają z ostro brzmiącą elektryczną gitarą stanowiącą motyw przewodni intra serialu.

Nie można więc zarzucić wiele, jeśli w ogóle cokolwiek, formalnym aspektom „Młodego papieża”. Tylko o czym właściwie opowiada ten serial? Odpowiedź na to kluczowe pytanie będzie tak naprawdę najtrudniejsza i z pewnością niejednoznaczna, bezsporne jednak jest to, iż dzieło Sorrentina w najmniejszym stopniu nie spisuje się jako dramat polityczny. W porównaniu ze świetnym „House of cards” stanowi ono co najwyżej marnej jakości imitację. Intrygi w serialu Sorrentina funkcjonują jedynie na zasadzie niedopracowanego fundamentu – są co najwyżej poruszane, lecz nigdy nie eksploatowane wystarczająco. Sprawa skandalu z erotycznymi zdjęciami zrobionymi papieżowi przez ukrytego w krzakach kardynała Voiello (fantastyczny Silvio Orlando) zajmuje dobre kilkadziesiąt minut, brakuje jej jednak odważnego zakończenia. Sprawia to wrażenie, jakby Sorrentino, uwiedziony czasowymi możliwościami serialu, próbował poruszyć zbyt wiele wątków, których potem nie mógł lub nie potrafił ukończyć. W podobny sposób funkcjonuje wielokrotnie powtarzający się motyw sieroctwa papieża – chociaż widz odczuwa jego wagę i rozumie konsekwencje wynikające z tego stanu rzeczy, to diagnoza Sorrentina zdaje się stanowczo zbyt skonwencjonalizowana, żeby stanowić clou całej produkcji. Nie można więc odczytywać „Młodego papieża” jako dramatu politycznego. Znacznie ciekawszą ścieżką interpretacyjną będzie nazwanie go metafizycznym manifestem.

Już od pierwszego odcinka Sorrentino zdaje się w tej materii pogrywać z odbiorcą. Gdy Lenny w końcowej scenie rozmawia na dachu ze spowiednikiem, którego wcześniej zmusił do złamania zaprzysiężonej tajemnicy, spogląda mu w oczy i mówi: „Nie wierzę w Boga”. Szybko dodaje, widząc przerażenie w oczach biskupa, że żartował. Ale ziarno niepewności zostaje zasiane. Odtąd widz musi toczyć ze sobą spór i próbować odpowiedzieć na pytanie: czy papież wierzy w Boga, czy też nie. Odpowiedź pozostaje, znowu, zupełnie niejasna. Z jednej strony Sorrentino stara się ukazać, iż Belardo potrafi czynić cuda (odbiera życie diabelskiej siostrze Antoninie), a z drugiej, że jest osobą poszukującą i często z tego powodu bezradną. Co więcej, w trakcie całego serialu pogłoska, według której papież jest ateistą, powtarzana jest wielokrotnie. Na niezwykle ciekawej płaszczyźnie zderza ze sobą Sorrentino wiarę widza z wiarą głównego bohatera – zarówno jeden, jak i drugi są osobami, które odczuwają niepewność. Mimo to Sorrentino poprzez papieskie cuda dość wyraźnie próbuje pokazać, iż istnienie Boga jest nie tyle niezaprzeczalne, co wielce prawdopodobne. To interesujące odwrócenie domniemywanego porządku, kiedy kwestionowalna jest wiara papieska, a nie istnienie Boga.

„Młodego papieża” można zresztą bez obaw nazwać mieszaniną różnorodnych dysonansów. Uwidacznia się to, przede wszystkim, w osobie Lenny’ego. Figura papieża oscyluje permanentnie między sprzecznymi cechami charakteru: ekscentrycznością, konserwatyzmem, autorytaryzmem, wybuchową stanowczością i jednocześnie zaskakującą delikatnością, wrażliwością i spokojem. Tyczy się to również innych postaci – kardynał Voiello to apodyktyczny polityk i manipulator, uosobienie krytykowanych cech Kościoła, a mimo to w wolnych chwilach wraca wieczorem do pobliskiego mieszkania, gdzie opiekuje się ciężko chorym nastolatkiem. Nawet siostra Mary (w jej roli Diane Keaton), choć przedstawiona jako osoba skromna i pobożna, na polecenie papieża podąża za Voiellem i odnotowuje każdy jego ruch, a wieczorami nosi koszulkę z napisem „I’m a virgin, but this is an old tshirt”.

Czy „Młody papież” jest więc kontrowersyjny? Tak, ale wyłącznie jeśli uznać, że przedstawianie ludzi jako pełnej, kompleksowej całości jest zabiegiem kontrowersyjnym. Przez serial przewijają się postacie, które nazwać można jedynie ambiwalentnymi, ale właśnie dzięki temu tak bardzo rzeczywistymi. Wspomnieć warto chociażby biseksualnego kardynała Dussoliera, który za swoją bezmyślność i rozpustę ukarany zostaje śmiercią, walczącego z alkoholizmem Gutierreza czy przygnębionego polityczną i życiową porażką kardynała i papieskiego mentora – Michaela Spencera. Serial Sorrentina odczytywać można więc nie tylko jako serię retorycznych i dosyć przewrotnych pytań na temat wiary, ale również jako swego rodzaju opowiadanie o tym, co znaczy być człowiekiem. To opowieść momentami niewątpliwie przygnębiająca, ale gwarantująca jednocześnie odrobinę nadziei.

Dzieło włoskiego reżysera podsuwa jednakże jeszcze inne wnioski, a mianowicie portretuje z bolesną precyzją wszystkie problemy, które dotykają dzisiejszy Kościół. Sorrentino w swojej wizji przedstawia Kościół zamknięty dla Innego, nietolerancyjny i hermetyczny. Konserwatyzm papieża skutkuje całkowitym odwróceniem się katolików od swojej instytucji, a pewnym momencie nawet śmiercią jednego z kandydatów do seminarium duchownego, co powoduje jeszcze więcej szkodliwego zamieszania wokół Watykanu. Hierarchowie kościelni próbują reagować i nakłonić papieża do podporządkowania się, on jednak pozostaje nieugięty. Dopiero końcowe przełamanie, otwarcie się papieża i wyciągnięcie ręki do wierzących owocuje początkiem radosnego pojednania. Być może Sorrentino zdecyduje się, by nadchodzący drugi sezon serialu był opowieścią o owym początku.

„Młody papież” jest bez wątpienia serialem dobrym i, co ważniejsze, obfitującym w interesujące, zadane w niebanalny sposób pytania, lecz z drugiej strony momentami zawodzi i zaskakuje swoją schematycznością, co szczególnie widoczne staje się choćby w ostatnim odcinku produkcji. Zakończenie rozczarowuje swoją konwencjonalnością i w pewnym sensie przekreśla to, co Sorrentino kreślił z ogromną uwagą w poprzedzających finał epizodach. Ale mimo wszystko można, a właściwie należy, wybaczyć „Młodemu papieżowi” powyższe niedociągnięcia i cieszyć się kolejnym urokliwym seansem Sorrentinowskiej melancholii.