dwutygodnik internetowy
02.04.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Michnik: Świat potrzebuje religii

Warunkiem zaistnienia uczciwej debaty jest minimum dobrej woli po obydwu stronach sporu. Przykro mi, ale nie potrafię rozmawiać z ludźmi, którzy na wejściu uważają mnie za szatana czy zdrajcę. Mam im udowadniać, że nim nie jestem? Że nie chcę zniszczyć Polski, wykorzenić wiary chrześcijańskiej? – mówi Adam Michnik.

Fot.: Tomek Kaczor

 

Z Adamem Michnikiem rozmawia Misza Tomaszewski

W obrębie Kościoła, ale też na jego granicy. Poczynając od roku ’77, w którym ukazała się książka Kościół, lewica, dialog, przez dłuższy czas odgrywał pan wobec polskiego Kościoła rolę błazna, który „pozostaje w obrębie establishmentu i stawia mu trudne pytania”. Czy rola ta jest dziś aktualna, skoro…
No właśnie, sam już pan sobie odpowiedział. Stefan Kisielewski opowiadał mi kiedyś o dyskusji, w której miał wątpliwą przyjemność wziąć udział. Przez dziesięć minut tłumaczył coś swojemu rozmówcy, wykładał mu swoje racje, zapalał się, by na końcu usłyszeć: „Śmierdzi ci z pyska”.
Warunkiem zaistnienia uczciwej debaty jest minimum dobrej woli po obydwu stronach sporu. Przykro mi, ale nie potrafię rozmawiać z ludźmi, którzy na wejściu uważają mnie za szatana czy zdrajcę. Mam im udowadniać, że nim nie jestem? Że nie chcę zniszczyć Polski, wykorzenić wiary chrześcijańskiej? Jak w ogóle dyskutować z podobnymi poglądami?

 

Odwróćmy perspektywę. Czy nie ma pan sobie nic do zarzucenia w kontekście systematycznie zaprzepaszczanej szansy na dialog pomiędzy Kościołem a środowiskami lewicowo-liberalnymi?
Człowiek, który w swoim postępowaniu nie widzi niczego, co zasługiwałoby na krytykę, jest albo nieprzytomnym megalomanem, albo idiotą. Nie mogę więc rozumnie twierdzić, że nie mam sobie nic do zarzucenia. W „Gazecie” ukazywały się przeróżne teksty, wśród nich z pewnością i takie, które mogły być bolesne dla ludzi Kościoła. Godziły one w pewną wrażliwość, którą sam nie dysponowałem.

 

Cieszę się, że wspomniał pan o wrażliwości. Być może to właśnie jej brakuje pańskiemu środowisku w stosunku do przedstawicieli bogoojczyźnianego nurtu w polskim Kościele? Biskupi straszący „cywilizacją śmierci”, księża wydający wyborcze instrukcje – przecież oni wszyscy postępują w sposób, który uważają za słuszny. Czy jest pan w stanie dostrzec i docenić ich dobrą wolę?
Wydaje mi się, że tej – jak pan to ujął – dobrej woli jest w nich coraz mniej. W każdym razie bardzo trudno dostrzec ją w wypowiedziach sformułowanych co prawda w języku „miłości w prawdzie” i „prawdy w miłości”, lecz w istocie będących niesłychanie brutalnymi atakami na ludzi związanych z „Gazetą”. To bardzo nas zasklepia, przyznaję. Wydaje mi się jednak, że w środowisku, w którym się obracam, nie widać przejawów agresywnego antyklerykalizmu. Mało tego, co i rusz podejmujemy kolejne próby doprowadzenia do rozmowy z Kościołem. Rozmawia pan jednak tylko z tym człowiekiem, który chce z panem rozmawiać. Zapewniam, że arcybiskup Michalik z nami rozmawiać nie chce.

 

Komu zatem, jeśli nie Kościołowi, stawia pan dziś trudne pytania?
Sobie, światu… Nie wiem… Mam poczucie, że sformułowałem już swoje zasadnicze wątpliwości wobec instytucji. Dzisiaj pytania stawiają inni, ja zaś chciałbym przede wszystkim zrozumieć to, co dzieje się wokół mnie.

 

A co się dzieje?
Proszę spojrzeć na Chiny. Czy tamtejszy projekt przyszłości bez wolności stanowi realną alternatywę dla scenariusza realizowanego przez świat zachodni? To pierwsze z pytań, które sobie stawiam. Drugie dotyczy pułapek wmontowanych w samą rzeczywistość demokratyczną – tu z uwagą obserwuję Węgry. Po trzecie, chciałbym zrozumieć, w jaki sposób w rzeczywistości tej pojawia się zagrożenie korupcji wartości. I to jest namysł nad Berlusconim. Przecież u niego wszystko jest wzięte w cudzysłów; prawdy nie ma, prawo moralne staje się tematem dowcipów… A ludzie patrzą i biją brawo. Pamiętajmy, że Berlusconi wygrywał demokratyczne wybory!

 

Niestety, pamiętamy.
W swoich dociekaniach próbuję więc odnaleźć punkt krytyczny, w którym odrzucając Berlusconiego, nie wpadniemy jeszcze w świat rozwiązań – w cudzysłowie – bolszewickich. Wystarczy bowiem przeczytać choćby część krytyki demokracji mieszczańskiej, sformułowanej w pierwszej połowie XX wieku, by zorientować się, że niesłychanie płynny jest stąd prześlizg do rozwiązań autorytarnych, które szlachetnie nazywają się „demokracją ludową” lub „prawem wspólnoty narodowej”.
Chcę zostać dobrze zrozumiany: nie jestem fanem kapitalizmu i nigdy nim nie byłem. Zwrot ku kapitalizmowi po roku ’89 uważam za małżeństwo raczej z rozsądku niż z miłości. Nie podoba mi się świat, w którym ilość pieniędzy na koncie może dla innych przesądzać o mojej czy pańskiej wartości jako człowieka. Jeśli jednak ktoś proponuje, żeby to odrzucić, to chciałbym wiedzieć, co oferuje mi się w zamian. I tu zaczynają się schody.

 

Dokąd prowadzą te schody, w co wierzy Adam Michnik i dlaczego zawsze będzie bronił religii, a przede wszystkim, czy wierzy jeszcze w dialog Kościoła i środowisk lewicowo-liberalnych – o tym wszystkim redaktor naczelny “Gazety Wyborczej” opowiada Miszy Tomaszewskiemu w najbliższym numerze “Kontaktu”. Już wkrótce!

 

  • P K

    od kiedy michnik taki obrońca religii??
    Nie ufam i nie zamierzam ufać komuś kto “wrzuca” na kościół:///