dwutygodnik internetowy
29.09.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Michał Zygmunt. Nienawiść. Fragment powieści

Jakie to prostackie – oznajmił Przester, zaglądając denatowi do wnętrza czaszki. Mózg wyglądał nieprzyjemnie, jak wymiociny po obfitym obiedzie.

Michał Zygmunt. Nienawiść. Wydawnictwo Krytyki Politycznej. 2014. 200 stron.
 
Fragment rozdziału pierwszego
[…]
 
– Jakie to prostackie – oznajmił Przester, zaglądając denatowi do wnętrza czaszki. Mózg wyglądał nieprzyjemnie, jak wymiociny po obfitym obiedzie. – Zupełny brak wyrafinowania. Jak kraść, to miliony, jak gwałcić, to księżniczki, jak zabijać, to efektownie! – Spojrzał na mnie z zawadiackim uśmiechem, a ja odczytałem chęć zaimponowania dziewczynom. Przester należał do nielicznych szczęściarzy, których kręciły mature ladies. Nie mógł urodzić się w lepszych czasach.
 
Rozłożyłem neseser i wyjąłem z niego wszystko co potrzeba: plastikowe glasy wzmacniające, rozpylacz, parę rękawic i fiolkę utrwalacza, którą wypiłem tak szybko, jak się dało. Popiłem ohydztwo łykiem whisky z drugiej probówki. Co prawda utrwalacza nie należy łączyć z alkoholem, ale potworność tego smaku, dającego się porównać tylko do zgniłego mięsa zmieszanego z garścią insektów roztartych w moździerzu, nie pozostawiała wyboru. Poza tym, odrobina whisky czyniła mój odczyt klarowniejszym. Odpędziłem dziewczyny, Przester sam wyszedł na balkon, by zapalić kolejnego papierosa, Sekretar ulotnił się już wcześniej. Zostałem sam.
 
Utrwalacz uderzył znienacka, zanim zdołałem sięgnąć po spray; uczucia zakipiały w całym mieszkaniu, zapachniały intensywnie potem, seksem, pieczonymi bułeczkami, osiadły na języku w szalonej eksplozji smaków. Gdy rozpyliłem przepisową dawkę, bałagan zaczął tężeć, poszczególne warstwy oddzieliły się od siebie i obrzmiały feerią barw – najpiękniejsze emocje (niezwykle tu nieliczne) zapłonęły słoneczną żółcią, najsmutniejsze poczerniały. Ciasny salonik wypełniła zwarta masa tęczowych chmur o różnym stopniu natężenia koloru; te najsoczystsze pochodziły sprzed kilku dni bądź tygodni, najjaśniejsze, niemal zanikające w nieświeżym powietrzu, narodziły się ostatniego roku. Dochodziłem do siebie przez dłuższą chwilę, opanowując burzę zmysłów i porządkując kolorowe obłoki. Policyjni telepaci mają różne techniki pracy z chmurami, mnie najbardziej odpowiada chronologiczna. Chwytałem więc najpierw najrzadsze, ustawiając je w kolejności po lewej stronie, zapełniając większą część przestrzeni salonu, by następnie wziąć się do najświeższych. Po ustawieniu wszystkich całe mieszkanie było zajęte; kilka ciemnoniebieskich, wyraźnie depresyjnych obłoków wrzuciłem nawet na balkon. Mogłem to uczynić, bo większość emocjonalnego życia ofiary upłynęła w ostatnim roku pod znakiem depresji. Dominowały chmury zgniłozielone, ciemnoniebieskie albo wręcz czarne; przygnębienie musiało być naczelną emocją denata od przynajmniej kilku lat. Z rzadka pojawiała się mgiełka czerwieni, żółci czy pomarańczy. Ich niezwykła intensywność połączona z krótkim czasem występowania oznaczała najpewniej masturbację. Dłuższe smugi pomarańczowych barw wskazywały na obcowanie z kulturą. Starik lubił trzepać kapucyna i czytać książki – tylko tyle zostało mu w życiu radości… Wszystko to było oczywiste, wpisywało się w stereotyp smutnego życia starca, brakowało jednak najważniejszego – śladów emocji zabójcy. Denat się przecież sam nie zabił, ktoś musiał rozwalić mu tę czaszkę, odłupać jej kawałek łomem, kluczem francuskim, może siekierą. W takich sytuacjach miejsce zbrodni aż śmierdzi nienawiścią, rdzawa mgła zalega na ścianach, wiernie towarzysząc krwi. Z rzadka bywa odwrotnie – morderca cieszy się z dokonywanej zbrodni, jego ślady są więc jasne, ciepłe, pastelowe. Ale nie tutaj. Przeglądałem obłok za obłokiem, otwierałem umysł przed najdrobniejszą nawet emocją – bezskutecznie.
 
Miałem już wychodzić, już chciałem wołać Przestera i resztę towarzystwa, kiedy nagle poczułem ukłucie. Coś dźgnęło mnie w boku, potem rozpłynęło się po ciele i uderzyło w górę, by – wyciągnięte utrwalaczem – skoncentrować się w mózgu. Coś interesującego jest w kuchni, pomyślałem. W szufladzie. Obok przepisów kulinarnych spisanych w staromodnym kajecie. Z każdym krokiem ogarniały mnie coraz silniejsze emocje – najpierw delikatny lęk, potem głęboka niechęć, nieubłaganie przechodząca w nienawiść, wreszcie uderzenie szaleńczej miłości, tak silne, że po wejściu do kuchni musiałem na chwilę usiąść i zaczerpnąć powietrza.
 
W szufladzie była teczka. Zwykła szara teczka, związana najzwyklejszym sznurkiem. Wypełniona stertą pożółkłych kartek, co wskazywało na zaawansowany wiek zawartości, wypełnionych starannym, odręcznym pismem. Wiedziałem, że muszę ją zabrać.
 

  • http://adambolewski.pl/ Fotografia Ślubna

    Bardzo ciekawie się zaczyna.