dwutygodnik internetowy
15.01.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Miasto jako pole bitwy

Miasta od zawsze były centrami aktywności ekonomicznej. W wyniku globalizacji dochodzi jednak do fundamentalnej zmiany tego, w jaki sposób zarabia się w nich pieniądze. Jeśli miasta stają się parkami rozrywki dla turystów i maszynkami do robienia pieniędzy, to co zostaje dla ich obywateli?

ilustr.: Zuzia Wojda

ilustr.: Zuzia Wojda

Z Bartem Stuartem rozmawia Erica Meijers. Wywiad ukazał się na łamach magazynu Green European Journal. Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek.

***

Artysta wizualny Bart Stuart chce, by „istoty ludzkie” na nowo stały się punktem odniesienia dla planowania i rozwoju miast. Spotykamy się w jednej z modnych kawiarni na terenie byłego doku NDSM – Holenderskiej Firmy Dokowej i Stoczniowej – gdzie Stuart ma swoje studio. W dużych oknach rozpościera się widok na IJ – arterię łączącą Amsterdam z otwartym morzem. Niegdyś tworzone tu były stalowe kadłuby tankowców. Dziś widzimy przede wszystkim pływające po okolicy jachty.

ERICA MEIJERS: Jak zdefiniowałbyś miasto?

BART STUART: Miasta są polami bitwy, na których na niewielkiej przestrzeni trwa rywalizacja między różnymi politycznymi wizjami dobrego życia. Te konkurujące ze sobą wizje wykraczają poza interesy grup pracujących i żyjących w danej miejscowości, a nawet osób je odwiedzających. Pod uwagę należy też wziąć bardziej długofalową perspektywę. Nie chodzi bowiem o to, co możemy już dziś w mieście kupić czy skonsumować, ale też o to, w jaki sposób różnorodne grupy ludzi mogą żyć w nim ze sobą w pokoju. Kwestia ta jest ostatnimi czasy poddawana uważnej analizie.

Dlaczego?

Stoi za nią długotrwały proces, który można zilustrować chociażby opowieścią o dawnym doku NDSM, na obszarze którego właśnie przebywamy. Zauważyć tu możemy przejście od dominacji pracy w stronę odpoczynku. Znajdował się tu najpierw ciężki przemysł stoczniowy, dający pracę tysiącom ludzi. Dziś w przestrzeniach, w których niegdyś budowane były supertankowce, znajdziesz głównie luksusowe jachty. To ostateczny cel poszukujących odpoczynku ludzi – zgodnie z nim zmienia się oferowana w miastach praca. Z przestrzeni emancypacji grozi im osunięcie się w przestrzenie podziałów.

W miastach zaczynałeś z reguły jako robotnik, następnie zaś szedłeś w górę drabiny społecznej wraz z rosnącym wykształceniem. Tak było kiedyś, dziś jednak gospodarka miejska oferuje niewiele przestrzeni rozwoju dla robotników manualnych. W Europie widać to szczególnie – gospodarkę opartą na wytwórczości zmieniliśmy na zdominowaną przez usługi i konsumpcję. Konsekwencje tego faktu stają się coraz bardziej widoczne w przestrzeni miejskiej – i to w coraz bardziej jaskrawy sposób. Popatrzmy na Amsterdam. Była to niegdyś metropolia handlowa, w której kupowano i sprzedawano kakao, kawę, drewno i stal. Dziś towarami stają się sami ludzie – żyjący w magazynach i podnajmujący swoje mieszkania turystom – ale też dawne miejsca pracy: fabryki, gdzie mieszczą się dziś kawiarnie i restauracje czy przestrzenie portowe zamienione na tereny festiwalowe. Mamy oczywiście jeszcze największy port naftowy – tyle że Amsterdam jako port polega w pełni na ropie, węglu, które w negatywny sposób wpływają na środowisko i których perspektywy na przyszłość rysują się nieciekawie.

W jaki sposób opisywane przez ciebie zmiany są widoczne w przestrzeni miejskiej?

Miasta stają się coraz bardziej zatłoczone. Odpowiadają za to rosnący sektor hotelowy, restauracyjny i kateringowy i korzystająca z nich coraz większa liczba turystów. Proces ten ma jednak głębsze źródła – życie w mieście jako przestrzeni konfliktu zróżnicowanych interesów, w którym musisz opowiedzieć się po jednej ze stron, nie jest już czymś oczywistym. W XX wieku na północy Amsterdamu komuny anarchistyczne tworzyły spółdzielnie mieszkaniowe w celu zapewnienia robotnikom odpowiedniej jakości dachu nad głową. Była to walka, którą toczyło się jako część większej całości. Wymagała wysiłku. Dziś miasto kręci się przede wszystkim wokół wygody i rozrywki, konsumowania menu ułożonego przez kogoś innego.

Spoglądamy w tej chwili na wielki, rzucający się w oczy plac budowy tak zwanego Poortgebouw. Na terenie dawnych osiedli robotniczych wzdłuż IJ (akwenu ciągnącego się przez Amsterdam) tworzone są dziś mieszkania dla najbogatszych. Wśród nich znajduje się najdroższy apartament w mieście, sprzedany za 15 milionów euro chińsko-amerykańskiemu rezydentowi, co wzbudziło swego czasu niemałe kontrowersje. Chociaż mieszkanie nie jest jeszcze gotowe, to właściciel już zdążył je sprzedać. Dziś w Amsterdamie nie chodzi o mieszkanie w konkretnej okolicy, o tworzenie sąsiedztwa, w którym ludzie żyją ze sobą. Celem jest wykonywanie jak największej ilości sztuczek za pomocą jak największych sum pieniędzy. Wspomniany budynek właśnie po to został stworzony. Samorząd chomikuje dochody podatkowe i zdobywa pieniądze na sprzedaży ziemi, poza tym jednak tak on, jak i sąsiedztwo nie korzystają na inwestycji – co gorsza teren ten zostaje zamknięty dla okolicznych mieszkanek i mieszkańców. Korzystają z tego wyłącznie zagraniczni inwestorzy, jako że ceny są za wysokie dla lokalnej społeczności. W fundamentalny sposób zmienia to wizję miasta. Pieniądze zdobywa się nie poprzez pracę na jego terenie, lecz poprzez wykorzystywanie jego obszaru. Sprzedaż wspomnianego apartamentu dobrze to pokazuje – sam Amsterdam stał się niejako akwizytorem. Przestaje być miejscem, które jest siedzibą firm. Sam stał się firmą.

Obserwowałeś zmiany na terenie doku NDSM. Co z tego wyniosłeś?

Rok 1985 był ostatnim rokiem funkcjonowania stoczni. Wszyscy jej pracownicy zostali zwolnieni. Z dumy północnego Amsterdamu stała się ona wstydliwą przestrzenią, przez długi czas niewykorzystaną. W roku 1993 mój dobry przyjaciel (artysta) postanowił zesquattować pochylnię, w której zresztą nadal pracuję, i zaczął używać jej jako swoje studio. Po jakimś czasie podpisał umowę z zarządcą i zaczął płacić czynsz. Sam zaangażowałem się nieco później, kiedy z grupą artystów postanowiliśmy odnowić okolicę. W roku 2000 samorząd zaczął się interesować terenami postoczniowymi – zorganizowany został konkurs na ich ponowne zagospodarowanie. Wkrótce potem przyszły postulaty programowe i wielkie pieniądze. Wówczas sprawy zaczęły zmierzać w złym kierunku. Sztuka zaczęła być traktowana w sposób instrumentalny, jako wehikuł umożliwiający zarabianie pieniędzy.

Proces ten umożliwiła polityka. Warto wiedzieć, że całość gruntów należy do miasta. Oddając je w dzierżawę, zarabia ono pieniądze. W jego interesie leży, by ceny ziemi były jak najwyższe, jako że wtedy czerpie z niej najwyższe zyski. To pełen cynizmu model ekonomiczny, bardzo często stojący w sprzeczności z interesami okolicznych mieszkanek i mieszkańców. Dwa lata temu nakazano wynieść się stamtąd wszystkim artystom, teren został odświeżony, a następnie wydzierżawiony za znacznie większe pieniądze. Do gry weszły wielkie, zagraniczne firmy, a także zagraniczni inwestorzy z sektora nieruchomości. Nie są to zbyt mili sąsiedzi – nie możesz do nich zadzwonić z prośbą o udekorowanie okolicy na potrzeby dzielnicowego pikniku, rezydują bowiem na Bahamach. Granice miasta ulegają przemieszczeniu, a mieszkający w nim ludzie są zeń wypychani przez opisany model biznesowy. Jego podstawą jest czerpanie zysków z otoczenia – kwestie należące do niedawna do przestrzeni publicznej, tereny będące niegdyś wspólną przestrzenią są prywatyzowane i stają się pionkiem w grze globalnych przepływów kapitału. Jako osoba mieszkająca w okolicy nie masz na to wpływu. Olbrzymie sumy pieniędzy zarabiane są w krótkich odstępach czasu. Nie trafiają one do lokalnych społeczności, a wręcz z nich wypływają.

Pracowałeś w chińskich miastach. Czy obserwujesz tam podobne zjawisko?

Tak, widzę pewne podobieństwa. Przebywałem w Shenzen – nowym mieście na południu kraju, specjalizującym się w mikroelektronice. W ciągu trzydziestu lat zamieszkana przez trzydzieści tysięcy ludzi wioska rybacka zmieniła się w liczącą trzydzieści milionów osób metropolię. Miałem przyjemność zjeść kolację z szefem banku Merchants Group – jednym z najbogatszych chińskich deweloperów. Najpierw pokazał mi, jak bardzo jest ważny, wspominając o tym, że jego firma obraca rocznie dziewięcioma miliardami dolarów. W jaki sposób zarabiał takie bajońskie sumy? Pewnego razu otrzymał od państwa chińskiego mnóstwo ziemi – w tym zatokę oraz dzielnicę rozrywkową. Wybudował tam drogie domy, które przyniosły mu nieziemskie bogactwo. Znaczna część miasta jest więc dziś jego własnością – a wszystko to dzięki układowi z Chińską Partią Komunistyczną. Dzieje się tak zresztą w całym kraju. Prywatyzacja miast stała się globalnym trendem.

Pracowałeś w Shenzen z robotnikami manualnymi. To osoby dysponujące skromnymi dochodami. Jak żyje im się w takim mieście?

Są oni bardzo świadomi hierarchii. Nie przynależą do miasta i nie stać ich na mieszkanie w nim – żyją na peryferiach i często muszą poświęcać trzy godziny dziennie na dojazdy do pracy metrem, za co nikt im nie płaci. Sporo takich przypadków można spotkać również w miastach Ameryki Łacińskiej. Ich centra stają się ośrodkami władzy i bogactwa, podczas gdy pracujący w ich obrębie muszą do nich dojeżdżać z odległych peryferii. Więcej czasu zajmuje im dojazd niż praca, pozostają zatem ubodzy. To bardzo cyniczny model rozwojowy, który obserwować można również w Amsterdamie, choć oczywiście na inną skalę. Także i tutaj mieszkanie w centrum staje się coraz droższe, a osoby ubogie zmuszane są do przenosin do dzielnic peryferyjnych albo wręcz za miasto. Także i tutaj hotele są czyszczone przez nieuzwiązkowione pracownice i pracowników, zarabiających cztery euro za godzinę.

Nasuwa się pytanie o to, czyje właściwie jest miasto. Kto może udzielić na nie odpowiedzi?

W przypadku Amsterdamu uznaje się, że planują go pieniądze. Wszystkie okoliczne sklepy z serami czy lodami są tu nie dlatego, że tak bardzo je kochamy. Stoją za nimi wielkie struktury finansowe, zmieniające miasto w park rozrywki dla tymczasowych przybyszy. Nie są oni bardzo problematyczni, są jednak konsumentami chcącymi kupić seks, zioło, ser, Nutellę i lody – a kiedy ich życzenia zostają już spełnione, wracają oni do swoich domów. To jednak bardzo płytka wersja tego, czego człowiek potrzebuje od życia. Lokalne obywatelki i obywatele nie korzystają na tym układzie.

Gdzie w tym wszystkim pojawia się miejsce na politykę – zarówno w jej globalnym, jak i lokalnym wymiarze?

Nie jest to łatwa sprawa. Polityka powinna zarówno kwestionować, jak i walczyć z przejmowaniem miasta przez globalne firmy, nie zaś godzić się z wizją miasta jako korporacji. Partie ekopolityczne mogą tu odgrywać istotną rolę, jako że temat energetyki i żywności będzie istotny jeszcze przez wiele lat. Powinny jednak skonfrontować się ze wspomnianymi przeze mnie strukturami finansowymi zamiast ograniczać się do mówienia o przyjemnych, zielonych projektach w rodzaju miejskiego ogrodnictwa czy zeroemisyjnych kawiarenek.

Potrzebować będziemy w tym procesie zarówno samorządów, jak i instytucji europejskich – jedno miasto nie jest bowiem w stanie zmierzyć się samo z potęgą wielkich firm. Postrzegam obecną debatę wokół miejskiej autonomii jako coś w rodzaju tylnej straży. W jaki sposób masz zamiar skonfrontować się z 25 tysiącami obecnych w formie skrzynek pocztowych firm, które przybyły do Amsterdamu z powodu bycia przez to miasto rajem podatkowym? Nie sądzę, by miało ono szansę w starciu z prawnikami firm takich jak Gazprom czy zespół The Rolling Stones – nie ma ono na tyle dużo prawników, by sprawnie zajmować się psimi kupami! Koncepcja, wedle której klasa kreatywna ma za zadanie poprawiać pozycję konkurencyjną miasta, stanowi element wizji metropolii jako korporacji. W jaki sposób przyczyniać się ma ona do poprawy naszej jakości życia?

Partie Zielonych muszą być krytyczne. Airbnb zmienia za pomocą algorytmów nasze domy w hotele. Tajwańska firma wypełnia miasto żółtymi rowerami na wynajem, którymi można jeździć godzinę czy dwie i potem zostawić w dowolnym miejscu. W efekcie zaczyna brakować przestrzeni na rowery mieszkanek i mieszkańców, pojawia się chaos. Obserwowałem, jak w Pekinie gromadzi się te rowery na wynajem w wielkich stertach. Nazywa się to „ekonomią współdzielenia”, co brzmi ładnie, ale tak naprawdę powinno się nazywać ekonomią fastfoodową. Domy, rowery, taksówki zmieniają się w szybkie dania na wynos. Może to działać, jeśli wygenerowane dochody tworzą wartość dodaną, służącą lokalnym społecznościom i samorządom. Zyski są tymczasem transferowane za granicę, podczas gdy na dzielnicę i miasto spada obowiązek zapłacenia rachunku w postaci mnóstwa uciążliwości i śmieci. Z tego też powodu wierzę w potrzebę silnego rządu, zdolnego do wprowadzenia odpowiednich regulacji.

Jakie przeszkody widzisz na drodze do odzyskania przez politykę wizji miasta dla ludzi?

Przede wszystkim musimy powiedzieć o podejściu samych partii politycznych – muszą one zauważyć, że miasto jest przestrzenią wspólnego życia, a nie maszynką do robienia pieniędzy. Pamiętajmy jednak, że polityka, w której mierzymy decydentów miarą krótkoterminowych sukcesów, determinuje podejmowane działania, skutkując upowszechnianiem się fastfoodowej mentalności.

Ważna jest też kwestia reprezentacji politycznej. Partie mają coraz mniej członkiń i członków, ci zaś są coraz mniej zaangażowani w ich działania. Musimy myśleć o nowych formach aktywności politycznej – nie tylko odbywającej się za pośrednictwem narzędzi cyfrowych. Ludzie bez komputerów są coraz silniej odcięci od możliwości partycypacji i zabierania głosu. Być może raz na cztery lata powinniśmy głosować raczej w konkretnych sprawach niż na partie polityczne.

Nie zapominajmy również o trzecim czynniku – biurokracji. W Amsterdamie znajdziemy trzynaście tysięcy urzędników, próbujących zarządzać rozwojem miasta. Tego typu olbrzym wytwarza własną logikę, skupiająca się przede wszystkim na własnym przetrwaniu. Wydaje się czasem, że polityka coraz bardziej ogranicza samą siebie do sprawdzania, czy przestrzegane są odpowiednie procedury, zamiast myśleć o jakości naszego życia. W efekcie w ostatnich latach doszło do sprzedaży wielu lokali komunalnych w centrum miasta, co w znaczny sposób zmniejszyło z kolei jego różnorodność. Słyszy się czasem, że to szkoda, że zamieszkujący je ludzie musieli się wyprowadzić z miasta, ale procedury zostały za to przeprowadzone w odpowiedni sposób.

W skrócie zatem: ze stołu zdjęty został interes publiczny, a w zamian postawiono na nim pieniądze i procedury.

Brzmi to dość posępnie…

Nadal mam jednak nadzieję, że może być inaczej; że to tendencje, które da się odwrócić. Musielibyśmy jednak zacząć rozmawiać o mieście w inny sposób. Nie wystarczy już usiąść w kółeczku innych zielono i progresywnie myślących ludzi. Musimy zacząć rozmawiać z osobami bezpośrednio dotkniętymi wspomnianymi trendami. To one nie są dziś reprezentowane w polityce. Widzę tu wyraźne podobieństwa między północą Amsterdamu a Chinami – o problemach dyskutuje się na wysokim poziomie abstrakcji, a urbaniści patrzą na świat z poziomu deski kreślarskiej. Jeśli nigdy nie stykasz się z osobami mającymi trudności czy wręcz zmuszonymi do przeprowadzki z powodu twoich wizji, nigdy nie masz okazji do spojrzenia im prosto w oczy.

W ekopolitycznych partiach i programach problemy często są rozwiązywane za pomocą technologii, czego przykładem może być na przykład idea „smart cities”. Oznacza to jednak oddanie odpowiedzialności w ręce większych systemów, zbierających o nas informacje i wytwarzających zysk poprzez jego przetransferowanie z domeny publicznej. Inteligentne miasta nie ufają ludziom i nie generują zaufania między nimi. A przecież o to tu chodzi. O miłość. O poczucie, że nasza planeta była tu przed nami i przetrwa nas. O poczucie więzi z większą całością. Na co zdadzą się nam algorytmy w momencie kryzysu? Mamy wówczas tylko siebie.

W jaki sposób możemy inwestować w relacje międzyludzkie?

Sprzeciwiając się idei miasta jako firmy. Zamiast niej proponuję wizję miasta jako przestrzeni (do) tworzenia. Ludzie znów muszą zostać postawieni w jego centrum. Europejskie śródmieścia muszą się zmienić z terenów biernego konsumowania w obszary aktywnego tworzenia. Przestrzeń publiczna wielkich miast musi służyć wspólnym warsztatom (ale nie festiwalom!), w trakcie których ludzie „ćwiczą się” w aktywnym obywatelstwie. W ich trakcie dyskutowane powinny być zróżnicowane kwestie i opracowywane strategie na rzecz zmian – antidota na prywatyzowanie przestrzeni wspólnych. Widać, że we wszystkich wielkich miastach Europy znaczna większość młodych ich mieszkanek i mieszkańców opowiada się za Unią Europejską, demokracją i sprawiedliwym podziałem bogactwa. Musimy na serio zacząć z nimi współpracować. Kształt miasta zawsze jest polem bitwy, na którym zresztą bardzo lubię przebywać. Sednem i sensem miast nie jest komfort, relaksowanie się przy kubku herbaty ziołowej w kawiarni z oknami z powstałego w zrównoważony sposób szkła. Opór przeciwko neoliberalnemu planowaniu miejskiemu musi przyjść z samych miast.

***

Bart Stuart jest artystą wizualnym, żyjącym w Amsterdamie i chińskim Shenzen. Naucza na Bildung Academy Uniwersytetu Amsterdamskiego i na koledżach technologicznych w Niemczech. Informacje na temat jego pracy znaleźć można na stronie www.bartklaar.nl.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy również pokrewne teksty:

Chciwość miasta

Przepis na miasto

Do kogo należy miasto?