dwutygodnik internetowy
08.09.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Horror 44

Stefan, Kama, Alicja i inni nie mieli pojęcia, na co się piszą. Ba, nie zawsze tego chcieli, ale poszli, bo tak trzeba było. Byli młodzi, przed nimi było całe życie, mieli swoje pragnienia i marzenia.

 

Takiego filmu w Polsce rzeczywiście jeszcze nie było. Chociaż nakręcenie go kosztowało ekipę wiele lat i co chwila pojawiały się kolejne problemy, reżyser Jan Komasa nawet na chwilę nie zwątpił, że to się uda. Jego upór oraz pomoc wielu ludzi pozwoliły zebrać budżet w wysokości dwudziestu pięciu milionów złotych. Kwota ta mogła rodzić obawy, że twórcy skupią się głównie na tym, żeby było efektownie i widowiskowo. Na szczęście „Miasto 44” na długo zostaje w pamięci nie tylko ze względu na świetną realizację.

 

Stefan (Józef Pawłowski) mieszka z matką i bratem. Ma pracę i nie bardzo chce mieszać się w jakiekolwiek awantury, a tym bardziej w konspirację. Zostaje jednak zwolniony, pomocną dłoń wyciąga do niego Kama (Anna Próchniak) i w ten sposób Stefan poznaje innych młodych ludzi, którzy wciąż żyją nadzieją na wyzwolenie okupowanej stolicy. W konspiracji Stefan poznaje również Alicję (Zofia Wichłacz), z którą szybko połączy go romantyczne uczucie. Niedługo potem nadchodzi 1 sierpnia: wybucha Powstanie Warszawskie.

 

Wobec Komasy formułowanych jest wiele zarzutów. W ogniu największej krytyki są sceny, w których zastosowano zwolnione tempo – ponoć to zwykłe efekciarstwo, obliczone na zyskanie sympatii młodzieży. Niektórzy podkreślają też, że nie wiedzą, co kierowało twórcami w doborze muzyki – za najbardziej kuriozalną uznano scenę, w której Stefan przemierza pod ostrzałem cmentarz przy akompaniamencie piosenki Czesława Niemena „Dziwny jest ten świat”. Recenzentom często nie podobają się też, niejasne ich zdaniem, motywacje bohaterów.

 

Uważam, że powyższe zarzuty można nie tylko wytłumaczyć, ale wręcz zinterpretować na korzyść reżysera. Po pierwsze, stosując odpowiednie zabiegi techniczne sprawia, że „Miasto 44” staje się obrazem zdecydowanie przystępniejszym dla młodego odbiorcy – może dzięki temu przynajmniej niektórzy pogłębią swoją wiedzę o Powstaniu Warszawskim, jednym z najbardziej tragicznych, a przy tym dyskusyjnych wydarzeń w polskiej historii. Żyjemy wszak w świecie, w którym bez odwołań do popkultury trudno byłoby taki efekt osiągnąć. Po drugie, takim podejściem Komasa formułuje swój komentarz wobec sposobu, w jaki młodzież widzi dziś wojnę – trochę jak grę komputerową. Po trzecie w końcu, większość krytykowanych scen doskonale obrazuje wyobrażenia bohaterów o Powstaniu Warszawskim, czego najlepszym przykładem jest pocałunek pod ostrzałem niemieckiego karabinu. Stefan i Zosia naprawdę myśleli, że będzie to romantyczny zryw, który stanie się efektowną oprawą do ich wielkiej miłości. Warto się zastanowić, czy ten brak tożsamości postaci, pozbawionych motywacji i jasno wytyczonych celów nie odpowiada w pewien sposób także dzisiejszej sytuacji młodych osób. Daleki jestem od twierdzenia, że obecnie młodzież ma równie ciężko, jak w czasie Powstania Warszawskiego. Ale może właśnie dzięki pokazaniu tego, jak szybko musieli dorosnąć bohaterowie „Miasta 44”, bo sytuacja zupełnie ich przerosła, młodzież dzisiaj tak łatwo utożsamia się z losami ludzi, o których opowiada Komasa?

 

W filmie razi pierwsza, na szczęście krótka, część (jeszcze przed Powstaniem) – jest sztuczna i mechaniczna, utrudnia wejście w atmosferę „Miasta 44”. Jest jednak scena, która odwraca taki stan rzeczy, kiedy oddział pod dowództwem „Kobry” (Tomasz Schuchardt) wchodzi do kamienicy, którą ma zdobyć i natychmiast jeden z chłopaków zostaje zabity. Nagle staje się jasne, że Powstanie nie będzie zabawą, podczas której trochę się postrzela, potańczy i pośpiewa, że to prawdziwa wojna, na której bardzo szybko można zginąć. Od tego momentu widz towarzyszy bohaterom w ich podróży przez kolejne dzielnice Warszawy, które stają się areną coraz straszniejszych odsłon szalejącego dookoła koszmaru. Zarówno w postaciach, jak i publiczności narasta przekonanie, zamieniające się później w pewność, że tu już nie ma gdzie uciec, że tu można wyłącznie umrzeć. O ile jeszcze początkowo bohaterom wydawało się, że Powstanie potrwa kilka dni i nikomu nic się nie stanie, o tyle powoli zaczynają oni rozumieć, że uczestniczą w horrorze, którego się nie spodziewali. Ten brak gloryfikacji Powstania, dobitne pokazanie, jak dramatycznie nieprzygotowani byli jego uczestnicy – z ich zasobami to po prostu nie mogło się udać – jest jedną z największych zalet „Miasta 44”. Zredukowanie w ten sposób do minimum patosu, który mógłby być nieznośny w odbiorze, to zapewne jedno z najważniejszych źródeł sukcesu filmu u młodego odbiorcy.

 

Na uznanie zasługuje także strona realizacyjna i techniczna filmu. Warto zwrócić uwagę nie tylko na znakomite charakteryzację, scenografię (na potrzeby kręcenia scen w zrujnowanej Warszawie zwieziono 50 000 ton gruzu) i dźwięk. Przede wszystkim, co raczej niespotykane w polskim kinie, bardzo dobre wrażenie robią efekty specjalne – dopracowane i przemyślane, niektóre fragmenty śmiało mogłyby rywalizować z hollywoodzkimi superprodukcjami. W efekcie w wizję Powstania Warszawskiego według Komasy łatwo jest uwierzyć – to naprawdę mogło tak wyglądać.

 

Jednak najważniejszym źródłem zaufania do tego obrazu jest to, że daje możliwość całkowitego utożsamienia się z bohaterami. Oglądając „Miasto 44” wciąż czułem, że całkowity przypadek, jedna kula może zmienić wszystko. Jak bardzo szumnie by to nie brzmiało, Komasa umożliwił mi „przeżycie” Powstania Warszawskiego. Bardzo długo nie byłem w stanie całkowicie „otrząsnąć się” z jego dzieła – nazwanie i opisanie wszystkich emocji, które mi towarzyszyły wciąż stanowi pewien problem. Tylko bardzo dobre filmy tak mocno i trwale wgryzają się w mózg. Paradoksalnie sprzyja temu swoiste „niedopilnowanie” aktorów przez reżysera, to, że nie zawsze wiedzą co mają robić. Są dzięki temu bardziej autentyczni, nawiązują silną więź ze swoimi postaciami. W efekcie w naturalny sposób pokazują, że Stefan, Kama, Alicja i inni nie mieli pojęcia, na co się piszą, nie zawsze tego chcieli, ale poszli, bo tak było trzeba.

 

Byli młodzi, przed nimi było całe życie, mieli swoje pragnienia i marzenia. Tak jak wy. Tak jak ja.