dwutygodnik internetowy
11.07.2016
magazyn papierowy


Mętny potok, czyli o grzechu pseudointelektualizmu

Książka „Bystry potok” Przemysława Chojeckiego reklamuje się na tylnej części okładki jako „zapis niezwykle wciągających i erudycyjnych dysput, w których poważne tematy mieszają się z lekkimi uszczypliwościami i żartami, dotykają zarówno rzeczy błahych, jak i poważnych, takich jak śmierć, Bóg, filozofia czy polityka. To tutaj humor Woody’ego Allena spotyka się z idealizmem Platona. Ta znakomita intelektualna przygoda przyniesie wiele satysfakcji Czytelnikom, zwłaszcza tym poszukującym sensu życia”. Sporo obietnic i duże wyzwanie, nawet dla wyrobionego pisarza, którym Chojecki jeszcze nie został. Autor to uznany doktor matematyki; „Bystry potok” jest jego pierwszym tekstem prozaicznym.

bystry-potok-papierowy-motyl

materiały prasowe

Trafił Chojecki na kamień, czyli na osobę, która nie radzi sobie z tekstami patetycznymi i tchnącymi aforyzmami. Tekst „Potoku” można pociąć na kawałeczki i każdy z nich wykorzystać w okolicznościowej dedykacji („To nieustanne «dlaczego» to sens naszej egzystencji”; „Trudno jest odróżnić plony od plew”; „Regularność i cierpliwość to podstawa”; „Jestem tylko człowiekiem, bezustannie pragnę więcej”, i tak dalej, i tak dalej). Podobne zdania wyglądają pięknie, gdy ozdobnie zapisze się je na jednej z pierwszych stron książki, na przykład nagrody na koniec roku dla licealnych prymusów. Kiepsko jednak się je czyta.

Po pierwszym rozdziale byłam przekonana, że mam do czynienia z dobrą, starannie zakamuflowaną satyrą na pseudointelektualizm, śmietanki towarzyskie i naiwność młodości. Niestety, prędko dotarło do mnie, że narrator i jego towarzysze mówią śmiertelnie poważnie. Najzupełniej serio jest nieznośny, podniosły ton, mądrości à la osławiony Coelho oraz okrągłe zdania, które przyprawiają o chichot („Dla mnie kluczowa jest dywersyfikacja podejmowanych czynności”; „Mogę zrezygnować z gratyfikacji finansowej” – czy ktokolwiek wyrzuca z siebie takie kwestie z pełną powagą?).

„Bystry potok” to rzeczywiście zapis rozmów, tu autor dotrzymał okładkowej obietnicy. Książka podzielona jest na rozdziały o enigmatycznych nazwach, które niewiele mówią i jeszcze mniej znaczą (Wiktor I; Michał II; Dusza I; Ja VI). Prawie wszystkie części „Potoku” są zbudowane na zasadzie dialogu, lecz nie ma to dużego znaczenia; równie dobrze autor mógłby wszystko zapisać tekstem ciągłym, bo postaci perorują w tak sztuczny i jednostajny sposób, że ma się wrażenie, iż cały czas mówi ta sama osoba. Po połowie strony kwestie mylą się, nie wiadomo, kto co mówi (ale i tak nie niesie to żadnych fabularnych konsekwencji, bo fabuły próżno w „Potoku” szukać). Niekiedy cały rozdział przejmuje pierwszoosobowy narrator, który wydaje się silnie łączyć z biograficznym „ja” Chojeckiego. Może to właśnie brak dystansu zaowocował tak monotonnym retorycznie tekstem.

Postaci nieustannie przesiadują w kawiarniach. Cały czas popijają espresso (wymiennie z rumem i winem). Wyobrażam sobie, jak zakładają nogę na nogę, gładzą po umiejętnie przystrzyżonych brodach i poprawiają okulary o dużych oprawkach. Strzelają znanymi nazwiskami jak z karabinu, ale nie znajduje to żadnego rozwinięcia; „Potok” nie jest analizą, jest indeksem osobowym i rzeczowym.

W rozmowach co i rusz pojawia się wątek „upadku kultury”. Źle, bo Internet, źle, bo oni nie czytają – znane nam wszystkim utyskiwanie na teraźniejszość i tęsknota za przeszłością. Irytujące to, demagogiczne, niepotrzebne. „Ludziom, szczególnie w Europie Zachodniej, było zbyt dobrze w ostatnich kilku dziesięcioleciach. Żadnych katastrof, wojen, wielkich kryzysów. Ot, stabilizacja, która powoduje śmierć” – ten fragment miał być żartobliwy, ale wyszedł niesmaczny. Narrator Chojeckiego cierpi na chorobę niekonsekwencji. Mówi, że chce poznawać człowieka i dać się poznawać, że nie uznaje kategoryzacji, że wszyscy są wyjątkowi. Równocześnie przez cały tekst prowadzi kampanię przeciwko społeczeństwu – w retoryce Chojeckiego lud jest głupi i nieświadomy. „Rozmawiałem ostatnio z koleżanką o istnieniu kanonu kultury. Mówiła mi o dość smutnym dla mnie przykładzie, gdy w grupie kilkunastu doktorantów na prestiżowej, zachodniej uczelni, ona jedyna czytała Dostojewskiego”. Ach, my, inteligenci, Winkelriedy ciemnogrodów! – chciałoby się dodać.

Ze zdziwieniem przyznaję, że „Bystry potok” jest względnie przyjemną lekturą. Denerwującą, frustrującą, niekiedy groteskowo komiczną, ale łatwo przyswajalną. Chojecki dobrze operuje językiem, pisze potoczyście, nie utrzymuje jednak dyscypliny intelektualnej, tak przecież potrzebnej przy podejmowaniu wielkich tematów. Łatwiej jest używać długich i niekonkretnych zdań zamiast krótkich i treściwych; skomplikowane słowa maskują bezsens twierdzeń. Autorowi polecam swój pomysł na testowanie metafor, porównań i wszystkich konstrukcji, które wydają się logicznie podejrzane – przeczytaj zdanie, narysuj to, co oznacza, a potem zobacz, czy to w ogóle trzyma się kupy. Jeśli nie i masz przed sobą niezidentyfikowany bazgroł – wypowiedź wymaga poprawy, skondensowania, uczłowieczenia. Postaci Chojeckiego wydają się tak sztuczne między innymi dlatego, że używają języka napiętego do granic możliwości, niefunkcjonalnego, odstręczającego podniosłą banalnością.

Autor powinien zdecydowanie ograniczyć zakres egzystencjalnych zainteresowań – każdy z rozdziałów „Potoku” nadaje się na osobną książkę, odpowiednio wnikliwą, z solidną, powściągliwą konstrukcją. Od Londynu, Paryża i Warszawy wolałabym Bydgoszcz, Słupsk i Toruń, a od mętnych epistemologiczno-ontologicznych roztrząsań – umiejętnie zbudowaną fabułę. Przemysław Chojecki ma już za sobą książkę, która próbuje uchwycić istotę istnienia w skali makro. Próba zakończyła się niepowodzeniem. Może teraz czas na dobry kryminał psychologiczny z matematyczną intrygą w tle?