dwutygodnik internetowy
24.02.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

ks. Michalczyk: Meandry Pisma. Skąd te Ewangelie?

Czyż nie jest paradoksem, że o Synu Bożym i Zbawicielu mówimy per „Jezus”, o pierwszym papieżu „Piotr”, a do siebie nawzajem zwracamy się per „Najprzewielebniejsza Ekscelencjo”?

Ilustr.: Antek Sieczkowski

Czyż nie jest paradoksem, że o Synu Bożym i Zbawicielu mówimy per „Jezus”, o pierwszym papieżu „Piotr”, a do siebie nawzajem zwracamy się per „Najprzewielebniejsza Ekscelencjo”? Ktoś powie, że to są drugorzędne rzeczy. Zgoda, ale mogą przeszkadzać, zamiast pomagać nam zrozumieć sedno Ewangelii.

Z księdzem Grzegorzem Michalczykiem, krajowym duszpasterzem środowisk twórczych, rozmawiają Ignacy Dudkiewicz i Stanisław Zakroczymski.

 

Skąd wiemy, co powiedział Chrystus?
Można powiedzieć, że nie wiemy. Na pewno nie w takim sensie, w jakim wiemy, co powiedział prezydent USA w orędziu tydzień temu. Nie mamy tekstów pisanych z czasów Jezusa. A nasza mentalność podpowiada nam, że ważne jest tylko to, co jest faktem, który się wydarzył, który można opisać w relacji, najlepiej naocznego świadka… Tymczasem prawda, jaką niesie Ewangelia, spisana kilkadziesiąt lat po śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa, jest już tak naprawdę pewną refleksją Kościoła na ten temat.

 

Jak to rozumieć?
Ewangelia nie jest reportażem ani zrzutem na pergamin słów, które wygłosił Jezus, ale przesłaniem zrodzonym w łonie pierwotnej wspólnoty Kościoła. Ewangelia Marka została napisana około 65 roku, natomiast Mateusza, Łukasza aż pół wieku po śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa, Jana – pod koniec pierwszego stulecia. To już po zburzeniu Jerozolimy, w zupełnie innym świecie!

I nic dziwnego, że znajdziemy w nich odniesienia do wydarzeń, które zdarzyły się później. Jezus mówi: „nie zostanie z tego miejsca kamień na kamieniu”, a my mamy świadomość, że są to słowa zinterpretowane i odkryte na nowo przez ludzi, którzy mają już to nowe doświadczenie.

 

Czyli podział na Ewangelię i Tradycję jest błędny?
To rozróżnienie, jeśli rozumieć je jako radykalne przeciwstawienie, jest zupełnie sztuczne! Ewangelie bowiem zrodziły się w Kościele, a więc są już owocem pewnej tradycji. Inaczej byłoby, gdyby Chrystus napisał Dobrą Nowinę własnoręcznie i powiedział „To jest Słowo Boże, koniec, kropka. Wszystko inne jest już tradycją”. Ale tak nie było.

 

W jaki sposób odbywał się ten przekaz słów Chrystusa między jego czasami a powstaniem Ewangelii w kształcie, w jakim ją obecnie znamy?
Z pewnością istniały źródła pisane, które nie dotrwały do naszych czasów. Niektórzy twierdzą, że Mateusz i Łukasz, kiedy pisali swoje Ewangelie, nie tylko znali wcześniejszą Ewangelię Marka, ale jednocześnie dysponowali jakimś źródłem, nazywanym przez biblistów „Q” (od niemieckiego „Quelle”), na co wskazywać mogą podobieństwa wypowiadanych kwestii i cytatów. We wspólnotach pierwszego Kościoła czytane były w czasie liturgii tak zwane pamiętniki apostolskie, czyli – ogólnie mówiąc – to, co dziś nazywamy Ewangeliami, zawierające treści wcześniej przekazywane ustnie, często w sposób dość spontaniczny.

 

Kluczowy był więc autorytet Apostołów?
Tak. Na przykład w Pierwszym Liście świętego Jana Apostoła czytamy: „To wam głosimy, co było od początku, cośmy usłyszeli o Słowie życia, co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce”. Ich świadectwo było rodzajem certyfikatu prawdziwości.

 

A co było ich głównym przesłaniem?
Przede wszystkim centralna prawda chrześcijaństwa: o męce, śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa, o zesłaniu Ducha Świętego, o tym, że Chrystus umarł za nasze grzechy. Czyli także o zbawieniu, jakie przynosi ludziom. To, co Piotr głosił w dzień Pięćdziesiątnicy. To jest pewien paradygmat chrześcijaństwa. W mniejszym stopniu dotykał on wtedy kwestii moralnych i etycznych, które zaczną się powoli pojawiać w listach świętego Pawła. Przesłanie Apostołów dotykało samego sedna. Kerygmatu.

 

Głoszenia zmartwychwstania…
Głoszenia Chrystusa Zmartwychwstałego. Zwróćcie uwagę, że do tego się wraca, mówiąc o Nowej Ewangelizacji. Mamy w Kościele ogrom nawarstwionych tradycji, z których wiele jest bardzo pięknych i świętych, sporo natomiast nie jest bezpośrednio związanych z głoszeniem Ewangelii. Należy je więc zrewidować, co ostatnio energicznie czyni papież Franciszek.

 

Z jednej strony sama Ewangelia jest elementem Tradycji, z drugiej należy od Tradycji odłączyć to, co nam się nie zgadza z głoszeniem Ewangelii… W którym miejscu postawić granicę?
Według mnie w tym, w którym kończy się przydatność religijnych tradycji dla ewangelizacji. Pamiętajmy, że Ewangelia jest żywą rzeczywistością, a nie anachronicznym tekstem sprzed dwóch tysięcy lat. Zawsze należy zadawać pytanie o to, na ile dany zwyczaj pomaga w przekazie tej rzeczywistości dzisiejszemu człowiekowi, a na ile staje się dla tego przekazu balastem. Nie widzę na przykład nic złego, a wręcz przeciwnie, w pięknych zwyczajach zakorzenionych w naszej religijności ludowej, jak dostrzeganie roli Maryi w codziennych czynnościach, czy łączenie Jej świąt z ważnymi wydarzeniami, związanymi na przykład z tradycjami rolniczymi.

 

A te „nieświęte” tradycje…?
To często te, które pasowały do średniowiecznej monarchii, a niekoniecznie muszą pasować do dzisiejszego Kościoła i świata. Zresztą ich „czyszczenie” trwa już od dawna. Od stu pięćdziesięciu lat papież nie jest już głową potężnego państwa, od pół wieku nie nosi tiary i nie jest noszony w lektyce, a teraz Franciszek kontynuuje reformy. Bo czyż nie jest paradoksem, że o Synu Bożym i Zbawicielu mówimy per „Jezus”, o pierwszym papieżu „Piotr”, a do siebie nawzajem zwracamy się per „Najprzewielebniejsza Ekselencjo”? Ktoś powie, że to są drugorzędne rzeczy. Zgoda, ale mogą przeszkadzać, zamiast pomagać nam zrozumieć sedno Ewangelii.

 

Powiedział ksiądz, że „certyfikatem prawdziwości” było świadectwo Apostołów. Jak do tego wszystkiego ma się kwestia natchnionego charakteru Pisma?
Często mówimy, że natchnienie jest działaniem Ducha Świętego, dzięki któremu Biblia ma ludzkich autorów, ale jej najważniejszym autorem jest sam Bóg. Pytanie jednak brzmi, jak doszło do tego, że te same słowa, które są zapisane w Biblii jako opis wydarzenia, przypowieść, poemat czy bajka, są traktowane jako coś stokroć bardziej istotnego, niż inna spisana historia? Na to pytanie po prostu nie mam dobrej odpowiedzi.
 
Z Nowym Testamentem jest prościej o tyle, że powstawał przez kilkadziesiąt, a nie tysiąc lat, jak to było w przypadku Starego. Niemniej myślę, że schemat jest podobny: pewne teksty były czytane na zgromadzeniach liturgicznych, a pewne nie. Wierzymy, że jeśli Kościół, który ma Chrystusowy „certyfikat” dany przez działanie Ducha Świętego na rozstrzyganie o sprawach wiary, uznał w pewnym momencie, że to jest ten kanon, zbiór ksiąg natchnionych, najważniejszych, to dyskusja z tym byłaby nieco dziwna. Zresztą jakie inne teksty moglibyśmy dziś znaleźć na ich miejscu?

 

Apokryfy?
Każdy, kto czytał na przykład tak zwaną ewangelię Judasza czy protoewangelię Jakuba, bez trudu zobaczy różnicę między nimi a Ewangeliami kanonicznymi. Rozbieżność w przekazie, w kwestiach znaczących, fundamentalnych dla wiary, jest natychmiast widoczna. Zresztą różnią się też stylem, językiem. Widać, że to są pobożne opowieści wymyślone przez ludzi, którzy próbowali czymś wypełnić luki, które są w Ewangeliach, na przykład odnośnie dzieciństwa Jezusa.

 

Czyli możemy ufać, że dobór tekstów Nowego Testamentu został wykonany nie zgodnie z czyimiś interesami, ale w ramach głębokiego namysłu wspólnoty?
Kryterium podstawowym jest działanie we wspólnocie Ducha Świętego. Choć oczywiście dyskusje o tym, które pisma są kanoniczne, a które nie, trwały długo, bo istniały różne koncepcje odnośnie pewnych tekstów. Istniało jednak także wyczucie Kościoła, owo „sensus ecclesiae”, dotyczące tego, co powinno się ostatecznie w kanonie znaleźć.

 

Ilustr.: Antek Sieczkowski


Często, kiedy czytamy dosłowne tłumaczenie Pisma Świętego, dochodzimy do wniosku, że jego treść jest wyraźnie różna od tej, którą słyszymy w Kościele. Dlaczego tak jest?
Musimy sobie zdać sprawę, że tłumacz Pisma Świętego stoi permanentnie wobec dylematu – czy pójść drogą literalnej wierności oryginałowi, czy też brać pod uwagę konsekwencje wyboru konkretnych sformułowań dla danych ludzi, którzy będą je czytali czy też ich słuchali.

 
Możemy skupić się na tym, żeby przekaz był zrozumiały dla przeciętnego człowieka. Wtedy będziemy dbać o zrozumiałość Pisma w sensie literackim, o to, by przekaz był jak najwierniejszy oryginałowi, ale jednak już oszlifowany. Pamiętajmy też, że starożytne języki biblijne i dzisiejszy polski bardzo się różnią. Polska „miłość” ma trzy greckie odpowiedniki. Jakoś trzeba z tego wybrnąć…

 

Ale niekiedy polscy tłumacze zdają się przeinterpretowywać tekst oryginalny…
Problem pojawia się wtedy, kiedy do tekstu oryginalnego coś dodajemy. W Biblii Tysiąclecia czytamy na przykład: „Nie troszczcie się zbytnio o to, co macie jeść i pić”, podczas gdy w oryginale jest po prostu „Nie martwcie się o to, co macie jeść i pić”. Chrystus nie wypowiada owego „zbytnio”. Oczywiście, pojawiają się też zwyczajne błędy. Dlatego powstają coraz to nowe tłumaczenia, jak i nowe wydania starych tłumaczeń. Przykładem jest tu Biblia Tysiąclecia, która była pierwszym polskim przekładem całości Pisma Świętego z języków oryginalnych. W liturgii jednak wciąż używamy jej drugiego wydania, które, choć zawiera wiele cennych poprawek, w innych miejscach wciąż jest słabe. Kiedy porównamy je z najnowszym, piątym już wydaniem, dostrzec można poważne różnice. Dziwnym jest też, że drugie wydanie posoborowego lekcjonarza mszalnego w edycji watykańskiej, w języku łacińskim jest gotowe od trzydziestu trzech lat, a my wciąż nie wprowadziliśmy go do użytku. To sprawia, że niekiedy modlimy się innymi czytaniami biblijnymi, niż Kościół w wielu krajach.

 

A czy to, że Chrystus nie mówi, ale „zaprawdę powiada”, czyli przemawia językiem dalekim od codziennego, też wynika z tłumaczenia?
To efekt naszej polskiej tradycji, wywodzącej się chyba jeszcze z przekładu księdza Wujka. Według niej język biblijny musi być namaszczony, inny od mowy potocznej, bo jest święty. Choć są osoby, które kochają ten styl, to myślę, że jest to założenie błędne. Ważne, żeby Dobra Nowina była przekazywana językiem zrozumiałym. Zwłaszcza że została spisana greckim dialektem koine, językiem prostych ludzi, nie żadną wyszukaną greką Homera. Wydaje mi się ważnym, żeby dziś wrócić do tej koncepcji. Słowo „zaprawdę” jest tu najlepszym przykładem. Nie do końca wiadomo, jak je przetłumaczyć. Nawet w greckim tekście Ewangelii mamy zachowany hebrajski odpowiednik – Jezus mówi po prostu „Amen”. I ja bym przy tym został. Jeżeli autor greckojęzyczny zostawia słowo hebrajskie, to niby dlaczego my mamy być od niego świętsi? „Amen” znaczy coś pewnego. „Amuna” to po hebrajsku „wiara”. Nie da się tego przetłumaczyć dosłownie. Gdybyśmy słyszeli „Amen, amen, mówię wam”, byłoby to pewnie bardziej zrozumiałe, bo sami przecież mawiamy „jak amen w pacierzu”…

 

Ale czy sam fakt, że od dziecka słyszymy w Kościele słowa Jezusa w konkretnej wersji nie jest wartością?
Z pewnością jest w tym trochę racji. Z jednej strony, myślę, że nie warto się zbyt lekkomyślnie pozbywać pewnych sformułowań, które przez dziesiątki lat w nas utkwiły. Nie obstawałbym na przykład przy tym, by koniecznie zmieniać „błogosławieni” na „szczęśliwi”, choć byłoby to lepsze tłumaczenie greckiego „makarioi”.

 

A z drugiej strony?
Na pewno warto reagować, gdy przekład jest ewidentnie błędny. Słyszałem kiedyś kazanie, które ksiądz oparł właśnie na wspomnianym „nie troszczcie się zbytnio”. I zawzięcie tłumaczył że „Jezus nie mówi »nie troszczcie się«, tylko mówi, żeby się za bardzo nie troszczyć”. Problem w tym, że Jezus powiedział właśnie: „nie troszczcie się”, nie martwcie się. Nie mówił „zbytnio”, mówił radykalnie.
 
Tak samo odchodziłbym od form staropolskich, anachronicznych, które zaciemniają tekst Ewangelii. „Miłować” warto zostawić w paru miejscach, ale jednak słowo „kochać” lepiej oddaje na przykład więź, która istnieje między ludźmi. Mama do dziecka nie powie „ja cię miłuję”, tylko „bardzo cię kocham”. Tak samo mówi Bóg do człowieka. Takich sformułowań jest zresztą dużo więcej. Czy naprawdę musimy mówić „niewiasta”, kiedy greckie „gyne” znaczy po prostu „kobieta”? Chrystus z Krzyża mówi do Maryi: „kobieto”.

 

A co ksiądz sądzi o podważaniu przez wielu popularnego brzmienia Modlitwy Pańskiej?

Radziłbym raczej nie manipulować. „Ojcze nasz”, najbardziej podstawową modlitwę chrześcijanina, zostawiłbym w wersji tradycyjnej. Oczywiście różne tłumaczenia każdego z jej wezwań to doskonały materiał na katechezę czy homilię. Paradoksalnie, nawet kontestowany fragment „nie wódz nas na pokuszenie” ma swoje uzasadnienie w greckim oryginale. Istnieją przecież też różnice w brzmieniu Modlitwy Pańskiej pomiędzy Ewangeliami.

 

Niektórzy, na podstawie podobnych różnic zarzucają Ewangelii niewiarygodność…
Pytanie brzmi: na czym polega wiarygodność Ewangelii? Czy na tym, że w każdej wersji – Mateusza, Marka, Łukasza i Jana – ma być napisane dokładnie to samo? Jeśli tak, to rzeczywiście jest niewiarygodna, bo poszczególne Ewangelie w wielu miejscach są rozbieżne, a jeśli porównamy Jana z synoptykami – Mateuszem, Markiem i Łukaszem – to wyłania nam się właściwie całkiem inna koncepcja literacka i redakcyjna. Widać wyraźnie, że w Ewangelii chodzi o coś innego.
 
Sądzę, że jest to problem podobny do tego, z którym mierzyli się także redaktorzy ostatecznej wersji Pięcioksięgu pięćset lat przed Chrystusem. Im nie przeszkadzało na przykład, że w każdej z wersji jest podana całkiem inna liczba dni potopu czy że różnią się od siebie obydwa opisy stworzenia. Myślę, że dopiero my mamy z tym problem, gdyż nasza europejska mentalność jest ukształtowana przez grecką logikę i matematykę – wszystko musi się zgadzać, musi być starannie posegregowane… A tak się nie da. Kazanie na Górze u Mateusza jest Kazaniem na Równinie u Łukasza. U Mateusza mamy osiem Błogosławieństw, a u Łukasza o połowę mniej i towarzyszą im „Biada!”. Ale przesłanie jest przecież to samo. Każda z tych Ewangelii rodziła się w konkretnej tradycji.
 
Myślę, że pierwsi chrześcijanie nie mieli z tym problemu. Każdy z Ewangelistów po prostu na coś innego zwraca uwagę. Problem byłby faktycznie, gdyby według jednej Ewangelii Chrystus zmartwychwstał, a według innej został w grobie, a tak… Czcimy ostatecznie Słowo Boże, a nie taki, czy inny wariant tekstu biblijnego, nieprawdaż?

 

Ksiądz Grzegorz Michalczyk jest krajowym duszpasterzem środowisk twórczych i rektorem kościoła pod wezwaniem świętych Alberta i Andrzeja w Warszawie. Wcześniej był wieloletnim duszpasterzem akademickim w parafii świętego Jakuba Apostoła na Ochocie, a także proboszczem w podwarszawskich Laskach. Jest członkiem Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów, konsultantem i współautorem programów radiowych i telewizyjnych.