dwutygodnik internetowy
21.05.2019
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Marsz robotów

Nie da się wykształcić zaangażowanego i krytycznie myślącego pokolenia w ramach instytucji totalnej, jaką jest dziś szkoła. Problem nie leży w treści – w tym, w oparciu o jaką podstawę programową uczymy – ale przede wszystkim w formie. W instytucjonalnie uwarunkowanych relacjach władzy i przemocy.

ilustr.: Zofia Janina Borysiewicz

ilustr.: Zofia Janina Borysiewicz

Dziesięcioletni syn mojego partnera wraca ze szkoły, w zeszycie od języka polskiego ma kartkę: „Nie będę szarpał kolegów” – napisane trzy razy, pod spodem to samo zdanie zaczęte jeszcze kilkadziesiąt razy.

– Co to jest? – pytam.

– Pani kazała mi sto razy napisać, że nie będę szarpał kolegów – odpowiada.

– A szarpałeś?

– Nie, stałem obok kolegów, którzy się szarpali. Ale jutro i tak nie będzie pamiętać i nie sprawdzi, czy napisałem – mówi beztrosko.

Nie jest oburzony, nie uważa niesprawiedliwej, przypadkowej kary za szczególnie dotkliwą. Mając dziesięć lat i dość bystry umysł, doskonale wie, jak jej uniknąć – nie spierać się, nie dyskutować (ważne słowo), przyjąć pokornie polecenie, a potem go nie wykonać, wiedząc, że system nie ma narzędzi, żeby tę absurdalną pracę, polegającą na wielokrotnym przepisywaniu tego samego zdania, wyegzekwować. Szkoła modeluje sposób myślenia, strategię przetrwania – nie wychylać się, nie wchodzić w konfrontację, nie walczyć o swoje, nie próbować wraz z szarpiącymi się kolegami wyjaśnić sytuacji, kto kogo szarpał i dlaczego. Nie podważać kompetencji nauczycielki, stosującej metody wychowawcze rodem z XIX wieku, chociaż zapewne doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że są pozbawione sensu. Zamiast tego – znaleźć w bezsensownym systemie lukę, błąd i wykorzystać je na swoją korzyść. Na indywidualnym poziomie to całkowicie racjonalna strategia. Na poziomie społecznym – system szkolny wychowuje konformistów,  kierujących się tak popularną „moralnością przypału”: ludzi, którzy uważają, że zasady można łamać, byle tylko nie zostać na tym przyłapanym.

„Oczywiście”, powie ktoś, „zdarzają się niemądre nauczycielki, ale wiosna 2019 roku, kiedy ta grupa zawodowa po raz pierwszy od 26 lat podjęła masowy, niezwykle trudny strajk, być może nie jest najlepszym momentem, żeby o tym przypominać”. Tymczasem wydaje się, że właśnie teraz można rozpocząć poważną debatę o edukacji – o tym, czym jest i czym ma być, czemu ma służyć, na jakie problemy odpowiadać i jakiego człowieka kształtować.

Panaceum

Lewica często dostrzega w edukacji rozwiązanie wszystkich aktualnych i przyszłych trudności. Każdy problem społeczny chciałaby naprawić poprzez działania szkoły. Mamy za niski poziom zaangażowania w sprawę publiczną – dołóżmy dzieciom zajęcia na ten temat. Czytamy o przemocy seksualnej – zróbmy uczniom lekcje z szanowania granic innych ludzi. Co więcej, ta mentalność przekłada się też na myślenie o ludziach dorosłych. Pracownicy nie umieją zakładać związków zawodowych? Lekcje z praw pracowniczych rozwiążą problem. W dziesiątkach organizacji lewicowych domyślną odpowiedzią na konflikt, sprzeczne wartości czy nawet osobiste urazy są kursy, szkolenia i warsztaty. O potędze tego narzędzia przekonana jest również prawica – to dlatego w szkołach kilkanaście lat temu pojawiły się lekcje przedsiębiorczości i dlatego rząd PiS szpikuje dziś program szkolny narodowo-wyzwoleńczym materiałem tak, że nie wystarcza już miejsca na nic innego.

Debata o tym, czego uczyć, rozpala do czerwoności świat polityki i mediów. Czy w szkołach mają się odbywać zajęcia z edukacji seksualnej? Czy jedyną lekcją, na której pojawia się słowo „homoseksualizm”, ma być nadal katecheza? Jakie lektury omawiać – Sienkiewicza czy Gombrowicza? A może, jak proponował ostatnio Rafał Woś, powinno się czytać teksty utworów rapera Chady? Czy mamy za dużo, czy za mało lekcji przedmiotów ścisłych? Wszystkie te dyskusje ciągną się od lat. Kiedy byłam w liceum, ministrem edukacji był Roman Giertych, który mówił wtedy słowo w słowo to, co mówi dzisiaj twarda prawica; domagał się nawet kary za „propagandę homoseksualną” w szkołach. Podobnie jest z debatą na temat pracy nauczycieli: bajeczki o tym, że pracują zaledwie osiemnaście godzin w tygodniu, a zarabiają jak za etat, pamiętam jeszcze z dzieciństwa.

Nie chcę powiedzieć, że te debaty są jałowe czy nieważne – walka o godne zatrudnienie tak dużej grupy zawodowej, zwłaszcza wykonującej tak istotną i odpowiedzialną pracę, jest walką ogromnie ważną; powinniśmy w niej zabierać głos i być solidarni ze strajkującymi. Szkoła nie może pompować dzieciom do głów homofobii, nie powinna wymazywać gumką myszką zbrodni popełnianych przez bohaterów prawicy, a teksty kultury, które prezentujemy uczniom, muszą rozszerzać, a nie zawężać ich horyzonty (marzę choćby o wykreśleniu z listy lektur jednej z najnudniejszych, najbardziej szkodliwych i rasistowskich pozycji, czyli „W pustyni i w puszczy”).

Dramatycznie jednak brakuje rozmowy o tym, co zrobić, żeby szkoła nie była przymusem, opresją; żeby dzieci nie marzyły o tym, by obudzić się z gorączką i nie musieć iść na lekcje. Przysłowie „z niewolnika nie ma pracownika” z jakiegoś powodu nie przekłada się w naszej głowie na dzieci i młodzież – być może dlatego, że idea „dzieci to też ludzie” wciąż jest bardzo kontrowersyjna. Edukację rozumiemy jako proces jednokierunkowy: bierzemy osobę A, czyli nauczycielkę, która wybraną przez siebie (bądź system) treść X pakuje do głowy osobie B, czyli uczniowi, według zastanych norm, stosując utarte metody. Uczeń ma następnie udowodnić, że przyswoił co trzeba. Jeśli nie, spotka go kara. Jedyny spór toczy się wokół tego, co ma stanowić treść X, ewentualnie kto ma być osobą A i ile za tę ciężką pracę powinien brać pieniędzy. Cała reszta tego procesu nie jest podważana, chociaż w swoich założeniach nie zmieniła się od dziesięcioleci i mamy mnóstwo dowodów na to, że nie jest to najbardziej skuteczny sposób nauczania.

Co więcej, poza samym przekazywaniem treści – na temat tablicy Mendelejewa, warstw gleby czy środków artystycznego wyrazu w wierszach Kochanowskiego – szkoła ma też wychowywać, to jest przekazywać konkretne wartości. A ten proces nie polega na posadzeniu kogoś w ławce i powiedzeniu: „Teraz, dzieci, zapiszcie w zeszycie: «dyskryminacja ze względu na płeć jest zła»” albo „«Polska to najważniejszy i najlepszy kraj na świecie»”. W rzeczywistości to, które z tych zdań każemy na siódmej lekcji napisać znudzonej trzynastolatce, nie będzie miało dużego wpływu ani na jej feminizm, ani nacjonalizm. Dla jej rozwoju i wyznawanych przez nią wartości znacznie większe znaczenie niż treść notatki w zeszycie będzie miała cała skomplikowana struktura szkoły jako instytucji, związana z tym, co przyjęło się nazywać ukrytym programem edukacji.

Nadzorować i karać

Szkoła w swoich ramach przypomina instytucję totalną. Co to oznacza? Jak pisał Erving Goffman, twórca koncepcji instytucji totalnych, ich „ograniczający lub totalny charakter symbolizują często fizyczne bariery uniemożliwiające kontakt ze światem zewnętrznym: zamknięte drzwi, wysokie mury, zasieki z drutu kolczastego, strome brzegi lub woda, otwarta przestrzeń itp. Główną cechą wszystkich instytucji totalnych jest to, że zaspokajają one ludzkie potrzeby za pośrednictwem organizacji biurokratycznej – bez względu na to, czy w danych okolicznościach jest to konieczny lub skuteczny sposób organizacji”.

Podstawą istnienia instytucji totalnych – mówi Goffman – jest nadzór i hierarchia: jasny podział na tych, którym wolno, i tych, którzy mają być podporządkowani. Instytucja tworzy własne, wewnętrzne cele, procedury, zasady, które nie mają żadnego zastosowania na zewnątrz, a następnie czyni je nadrzędnymi wobec potrzeb i celów jednostek, podporządkowując je sobie i starając się je jak najbardziej zunifikować. Stąd też w szkole niezwykle ważna jest biurokracja – cały proces edukacji musi być opisywany i nieustannie kwantyfikowany w postaci średniej ocen, liczby nieusprawiedliwionych godzin, punktów na egzaminach, zdanych matur, tego, ilu uczniów nie zaliczy roku, a ilu pójdzie na studia. Szkoła jako taka nie stara się wychować uczniów na jak najlepszych, ciekawych świata i rozumiejących rzeczywistość ludzi, ale pokazać instytucji kontrolującej ładne statystyki, które nie spowodują zwolnień, kłopotów obcięcia środków.

Dziecko, które zaczyna swoją szkolną przygodę, dowiaduje się na samym początku, że jego potrzeby, zainteresowania i marzenia są mniej ważne od celów szkoły, których nie zna i nie rozumie; nie powinno też o nie pytać. Nie ma żadnego wpływu na to, jakie treści poznaje. Niezależnie od tego, czy są dla niego interesujące, czy zupełnie nieciekawe albo trudne, ma je poznać w tym samym czasie co jego rówieśnicy. Nie może w żaden sposób decydować o zasadach, które je obowiązują. Tłumione są wszystkie przejawy indywidualnej ekspresji, nieważne, czy chodzi o sposób napisania szkolnej rozprawki, zwyczaj nucenia przy malowaniu, czy przefarbowanie włosów na zielono. Wspólnota uczniów – przyjaźnie, związki czy zwykła solidarność wobec opresji, z którą codziennie się spotykają – są przez instytucję traktowane jako zbędne albo szkodliwe. Podpowiadanie koleżance, która nie miała jak nauczyć się na klasówkę, jest karane, mimo że to objaw cennej, bezinteresownej empatii, którą chcemy w dzieciach budować, a nie niszczyć. Lojalność wobec towarzyszy szkolnej niedoli, a nie systemu, jest uważana za złą. Zamiast współpracy i solidarności uczymy rywalizacji i porównywania własnych kompetencji z innymi. Wszelkie bunty, rebelie i przejawy indywidualizmu są traktowane jako występek – niezależnie od tego, czy wynikają z nudy, czy z realnego konfliktu wartości. Za normalne i zdrowe uważa się natomiast to, że człowiek w wieku lat dwunastu ma się przez osiem godzin potwornie nudzić, że ma gryźć paznokcie do krwi przed kartkówką z fizyki albo płakać całą drogę do domu po WF-ie, na którym po raz kolejny – na oczach kolegów – nie udało mu się wykonać prawidłowego serwisu.

Najzabawniejsze jest to, w jak głębokim konflikcie z wartościami, które w praktyce przekazuje szkoła, stoją treści nauczania: wszyscy ci samotni bohaterowie, którzy wbrew wszystkiemu wykazywali się lojalnością, honorem, walecznością. Równie absurdalne byłoby, gdybyśmy w tak skonstruowanej szkole próbowali uczyć o równości czy wspólnocie – czy na sprawdzianie z praw pracowniczych wolno będzie uczniom powiedzieć, że ze względu na jakiś rodzaj krzywdy, który spotkał ich koleżankę, odmawiają pisania? Czy na zajęciach antydyskryminacyjnych czas potrzebny na wykonanie zadania będzie taki sam dla wszystkich uczniów, niezależnie od ich możliwości i problemów, z którymi przyszli na lekcję?

To, jak wygląda polska szkoła, jest bezpośrednim odwzorowaniem stosunków pracy w naszym systemie i ma przygotować nas do bycia posłusznymi, karnymi robotami, z których będzie można wycisnąć jak największy zysk. Pomysł, że taka szkoła – bez przeprowadzenia w niej realnych zmian, demokratyzacji, spojrzenia na proces nauczania jako na wymianę, a nie jednokierunkowe wlewanie wiedzy do niezbyt chętnego umysłu – może być narzędziem zmiany społecznej, jest skazany na porażkę. Jeśli chcemy (a ciągle to słyszę) zacząć od początku, skupić się na młodych, nieskażonych umysłach, nie możemy mówić im „nie dyskutuj”, „siedź prosto”, „zajmij się swoją pracą”, zmuszać ich do bezsensownego wysiadywania w niewygodnych ławkach, które potem zamienią na kasę w Biedronce albo biurko w korporacji, wykonując tak samo bezsensowne, mechaniczne zadania, i marząc o tym, żeby wreszcie skończyć i iść do domu.

***

Działalność Kontaktu można wspierać finansowo w serwisie Patronite.

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

O strajku w Sopocie, Warszawie i nie tylko

Oni strajkują, one strajkują, my strajkujmy

prof. Szkudlarek: Republika przez bardzo małe „r”

Dzierzgowska: Przestrzenie wspólne

Wspólne dzieci