dwutygodnik internetowy
30.01.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Marsz Radonskiego

Jeśli urzędujący prezydent Wenezueli, Hugo Chavez, mimo ciężkiej choroby nowotworowej, dotrwa do przyszłorocznych wyborów prezydenckich i weźmie w nich udział, prawdopodobnie przegra.

Tekst i zdjęcia: Paweł Zerka.

 

Caracas, grudzień 2011 r.

Jeśli urzędujący prezydent Wenezueli, Hugo Chavez, mimo ciężkiej choroby nowotworowej, dotrwa do przyszłorocznych wyborów prezydenckich i weźmie w nich udział, prawdopodobnie przegra. Za to duże szanse na objęcie władzy ma polityk o swojsko brzmiącym nazwisku, Henrique Capriles Radonski.

Upalne niedzielne przedpołudnie w centrum dziesięciomilionowego Caracas, stolicy Wenezueli. U wejścia do jednej z ubogich dzielnic powoli gromadzi się tłum. Większość zebranych ma na sobie  koszulki i czapki z napisem „Capriles Radonski na prezydenta”.

Młoda energiczna dziewczyna, przemawiając przez megafon z ruchomej platformy, podgrzewa atmosferę: „Już wjechał do miasta!”. I puszcza na cały regulator chwytliwe merengue z zaangażowanym politycznie tekstem: „Istnieje inna droga, z Radonskim pójdziemy naprzód!”.

*

 Henrique Capriles Radonski, mający polskie korzenie ledwie 39-letni gubernator jednego ze stanów Wenezueli, to w tej chwili najpopularniejszy spośród pięciorga kandydatów, którzy zadeklarowali swój udział w prezydenckich prawyborach zaplanowanych na luty przyszłego roku. Dzięki nim wenezuelska opozycja chce wyłonić jednego, wspólnego kandydata, który w październiku miałby zmierzyć się z Chavezem i w końcu go pokonać.

Po raz pierwszy od kilkunastu lat istnieje na to realna szansa. Z jednej strony, Chavez jest wyraźnie w odwrocie. Kraj pod jego rządami załamał się gospodarczo: odnotowuje najniższy wzrost i najwyższą inflację w całej Ameryce Łacińskiej. Rośnie bezrobocie i zadłużenie zagraniczne. O dziwo, dochodzi do tego w sytuacji, gdy ceny ropy naftowej – głównego towaru eksportowego Wenezueli – na światowych rynkach od dłuższego czasu utrzymują się na rekordowym poziomie 100$ USD za baryłkę! Chociaż Wenezuela siedzi na ropie, Chavez nie potrafi przełożyć tego bogactwa na poprawę jakości życia obywateli. Coraz częściej zdarzają się przerwy w dostawach prądu, kuleje transport między miastami. Co jednak najgorsze, Wenezuela stała się najniebezpieczniejszym krajem na kontynencie.

Z drugiej strony, w siłę urosła opozycja. Mimo wewnętrznych różnic ideologicznych, od trzech lat działa w sposób skoordynowany. Opracowała wspólny program i dogadała się co do wyboru jednego kandydata na prezydenta. W listopadzie odbyła się pierwsza transmitowana przez prywatną telewizję debata pomiędzy jej kandydatami, uznana przez wielu za demokratyczny przełom w kraju, gdzie niezależne media są co i rusz zamykane lub karane finansowo, a w przekazie politycznym obowiązuje tylko jedna słuszna linia, reprezentowana przez rząd, który nie przestaje mamić społeczeństwa hasłami rewolucji i socjalizmu.

Trudno w Wenezueli o wiarygodny sondaż. Dzisiaj te publiczne wskazują na utrzymujące się, ponad 50% poparcie dla Chaveza. Ale coraz więcej niezależnych ekspertów twierdzi, że prezydent tym razem naprawdę może przegrać. Według agencji Keller, poległby w starciu z każdym z trzech najpoważniejszych kandydatów opozycji: Radonskim, Perezem i Lopezem. A przecież jak dotąd regularnie gromadził w wyborach ponad 60% głosów!

Pogłębiające się problemy gospodarcze Wenezueli powinny przełożyć się na dalszy spadek poparcia dla rządu. Ale Chavez będzie się starał zneutralizować ten efekt rozdając na prawo i lewo kolejne subsydia. Nie sposób przewidzieć, jak na preferencje wyborców wpłynie historia jego choroby nowotworowej. Czy w tej dramatycznej chwili emocje wyborców wezmą górę nad rozsądkiem? Czy Chavezowi uda się przekonać Wenezuelczyków, że wygrał z chorobą, która w jego wyobrażeniu była efektem ciężkiej pracy na rzecz państwa? A może, przeciwnie, wyborcy przestaną uważać go za silnego lidera, zdolnego administrować państwem?

Przed nami okrągły rok wyborczej kampanii, która ma szansę obfitować w niespodziewane zwroty akcji w równym stopniu, co latynoskie telenowele. A skoro Radonski gra w jednej z głównych ról, nie powinno być problemu z przyciągnięciem przed telewizory Polaków…

 

*

Wenezuelczycy dowiedzieli się o polskich korzeniach Radonskiego dziesięć lat temu. Parlament przesłuchiwał go wówczas w związku z jego udziałem w zamachu stanu przeciwko Chavezowi z 2002. Jeden z deputowanych nazwał go faszystą i nazistą, na co Radonski odpowiedział, że trudno byłoby mu być jednym albo drugim, skoro duża część jego rodziny zginęła w Holokauście.

W Polsce urodzili się dziadkowie Radonskiego ze strony matki, Moniki Cristiny Radonski Bochenek. Do Nowego Świata dotarli po zakończeniu drugiej wojny światowej. Dziadek Radonskiego ponoć był temu niechętny – nie rozumiał, dlaczego mieliby wyjeżdżać z Polski, skoro już udało im się przetrwać wojnę. Ale jego żona nie wyobrażała sobie pozostać dłużej w kraju, gdzie jej rodzice zostali spaleni żywcem. Dlatego udali się do Paryża, a tam usłyszeli o dziwnie brzmiącym kraju o nazwie Wenezuela i niewiele się namyślając wsiedli na statek. Do Wenezueli przypłynęli z majątkiem w postaci 100 dolarów i jednej taśmy filmowej – bowiem przed wojną ich rodziny trudniły się dystrybucją i projekcją filmów.

Dziadek Radonskiego zaraz po przyjeździe zabrał się za handel i w krótkim okresie zarobił tyle, by móc otworzyć pierwsze kino – w 1947 w Puerto La Cruz. Po jakimś czasie stać go już było na wynajem kina Imperial w Caracas. Potem zbudował w stolicy imponujące kino Broadway (w którym obecnie ma siedzibę brazylijski Zjednoczony Kościół Królestwa Niebieskiego). W ten sposób, krok po kroku, dziadkowie Radonskiego ze strony matki stali się wenezuelskimi potentatami kinematograficznymi. Także od strony ojca Radonski wydaje się w czepku urodzony: klan Capriles od kilku pokoleń powiększa swoje imperium medialne, przemysłowe i mieszkaniowe. To pochodzenie może okazać się piętą achillesową Radonskiego, któremu łatwo będzie przylepić łatkę kandydata reprezentującego interesy klasy uprzywilejowanej.

 

*

Przyjechał! Z typowym dla Wenezuelczyków godzinnym opóźnieniem. Przywitany gromkimi oklaskami wyskakuje z samochodu i od razu żwawym krokiem rozpoczyna przemarsz przez barrio. Motocykliści wytyczają szlak, a za nimi pędzi tłum sympatyków Radonskiego, starając się nadążyć za swoim liderem. Krętymi uliczkami wspinamy się coraz wyżej, wkraczając w coraz mniej przyjazne rejony.

Mimo to, pochód spotyka się z ciepłym przyjęciem wielu mieszkańców, którzy z okien wiwatują na cześć kandydata opozycji. Ten co i rusz zatrzymuje się, aby z niektórymi zamienić parę zdań lub chociaż uścisnąć im dłoń. Dopiero na samej górze zaczynamy czuć się obco i nie do końca bezpiecznie. To bastion zwolenników Chaveza, którzy przed drzwiami wywiesili czerwone flagi oraz plakaty z wizerunkiem prezydenta i ustawili się w zwartym szyku, tarasując drogę nadciągającej manifestacji. Ale mimo napiętej atmosfery udaje się uniknąć konfrontacji. Zgodnie z popularną dziś w polityce strategią miłości, kierująca pochodem dziewczyna wykrzykuje przez megafon „Chawiści za Radonskim!”. Zwolennicy Chaveza stają jak wryci.

Po niecałej godzinie manifestacja dobiega końca. Ledwie zbiegamy z góry, a kandydat Radonski już  wskakuje do furgonetki i odjeżdża. Tysiąc razy zdążył uścisnąć dłoń, przemierzył olbrzymie osiedle, ale publicznie nie wygłosił ani jednego zdania.

 

*

Bo też nie jest wielkim mówcą. Właściwie trudno wytłumaczyć, czemu akurat on przewodzi sondażom prawyborczym. Jest młody, przystojny i waleczny, ale w jego wypowiedziach wyczuwa się nerwowość, brak dystansu, czasem nawet fanatyzm. Ma na koncie wiele sukcesów, jak choćby objęcie fotela przewodniczącego parlamentu w wieku zaledwie 27 lat. Może też przedstawiać się jako zaprawiony w boju opozycjonista: w końcu za czasów prezydentury Chaveza spędził kilka miesięcy w więzieniu z powodów politycznych, a w kolejnych wyborach – na prezydenta miasta i na gubernatora – bez przeszkód pokonywał kandydatów wspieranych przez El Comandante.

Niemniej, wielu opozycyjnych publicystów wolałoby, aby kontrkandydatem Chaveza został Pablo Perez: nie tylko fizycznie podobny do urzędującego prezydenta, ale też ideologicznie łatwiej strawny. Radonski sytuuje się bliżej prawej strony sceny politycznej, dlatego chawiści mogliby się bać, że po ewentualnym zwycięstwie zemści się na obecnej ekipie. Tymczasem Pablo Perez jest socjaldemokratą, który miałby szansę uzyskać głosy nie tylko elektoratu opozycyjnego, ale również części tradycyjnych chawistów.

Przez najbliższy rok wiele jeszcze może się w Wenezueli zmienić. Rzadko kiedy zdarza się, aby w polityce jednego kraju gromadziło się naraz aż tyle znaków zapytania. Nie wiadomo, czy schorowany Chavez będzie w stanie wystartować w wyborach, czy do nich dożyje, i czy ktokolwiek z jego otoczenia byłby w stanie go zastąpić. Nie wiadomo, na ile kandydatowi, który wygra w prawyborach, uda się utrzymać poparcie, jakim opozycja cieszy się w tej chwili. Nie wiadomo, czy w przypadku przegranej Chaveza, w Wenezueli nie wybuchłaby wojna domowa.

Można  natomiast przypuszczać, że jeżeli Radonski faktycznie zwycięży w prawyborach, wówczas w Polsce wystąpi podobny efekt, co rok temu na Litwie. Wtedy nasi sąsiedzi śledzili uważnie poczynania syna litewskich imigrantów, Antanasa Mockusa, któremu udało się przedrzeć do drugiej tury wyborów prezydenckich w Kolumbii. „Radonski na prezydenta” prawdopodobnie spotkałby się w Polsce z podobnym zainteresowaniem. Ewentualna zmiana władz w Wenezueli odbiłaby się szerokim echem na całym świecie. A co by oznaczała dla Polski? Możliwe, że jedynie przypomniałaby Polakom o tym, że Wenezuela i Ameryka Łacińska w ogóle istnieją. Ale to już coś!