dwutygodnik internetowy
26.10.2015
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Mapa polskich sporów

Oczywiście wszystkie wymienione spory są w rzeczywistości bardziej skomplikowane. Żadna, nawet najbardziej wysublimowana klasyfikacja nie jest w stanie oddać złożoności ludzkich postaw – stąd też wiele osób z pewnością nie odnajdzie się w niektórych z tych podziałów, uważając, że są gdzieś pomiędzy lub zupełnie poza nimi. Rzecz jednak w tym, żeby wyjść poza myślenie, w którym jedynym – albo jedynie ważnym – sporem jest konflikt modernistów z tradycjonalistami.

Ilustr.: Antek Sieczkowski

Ilustr.: Antek Sieczkowski

Zacznijmy od rzeczy oczywistej, o której wypada jednak wspomnieć gwoli formalności. Najbardziej popularny i zakorzeniony w sferze publicznej jest spór między tymi Polakami, którzy chcieliby, aby nasz kraj pod względem obyczajowości i stylu życia podążał szlakiem wytyczonym przez Zachód, oraz tymi, którzy patrzą na to, co dzieje się w państwach zachodnich dosyć sceptycznie i wolą pielęgnować polskość oraz tak zwane tradycyjne wartości – wiązane przez nich najczęściej z określoną wizją katolicyzmu. Gdyby próbować opisać ten konflikt w możliwie neutralny sposób, można by go określić jako starcie tradycjonalistów z modernistami (choć trzeba pamiętać, że oba te terminy można różnie interpretować, więc nie należy się do nich zbytnio przywiązywać). Sami zainteresowani obdarzają się nawzajem o wiele bardziej nacechowanymi emocjonalnie zwrotami. Ci pierwsi często nazywają swoich przeciwników „lemingami”, ci drudzy odwdzięczają się epitetem „ciemnogród”.

Spór ten jest tak popularny, ponieważ to wokół niego od wielu już lat toczy się batalia dwóch największych polskich partii: PO i PiS-u. Zresztą jego wpływ na życie publiczne idzie dalej. Można zaryzykować tezę, że zarówno chwilowy sukces politycznej inicjatywy Janusza Palikota, jak i stosunkowa duża popularność intelektualistek i intelektualistów takich jak Magdalena Środa czy Jan Hartman w dużej mierze mają swoje źródło właśnie w tym, że starcie „lemingów” z „ciemnogrodem” zajmuje tak ważne miejsce w sferze publicznej. Cała wymieniona trójka reprezentuje ludzi, którzy uważają, że PO jest zdecydowanie za mało nowoczesna i robi zbyt wiele ustępstw na rzecz swoich przeciwników (a czasem wręcz niebezpiecznie się do nich zbliża poprzez swoje skrzydło konserwatywne).

Nie należy lekceważyć zupełnie tego sporu i uważać go za coś w rodzaju sprytnej sztuczki, która pozwala utrzymać się dwóm czołowym partiom na politycznym szczycie. Emocje i podziały, które się za nim kryją, są prawdziwe. Niemniej jednak nie powinniśmy dopuszczać do sytuacji, gdy wspomniany konflikt zaciemnia trzy inne spory toczone w Polsce.

Po pierwsze, gospodarka

Pierwszym z nich jest spór o gospodarczy kształt Polski (Unii Europejskiej, świata). Rozpoczął się on na dobre po wybuchu kryzysu finansowego w 2007 roku i trwa do dziś, ostatnio nasilił się przy sprawie pomocy dla Grecji („niech leniwi Grecy zapłacą za swoje błędy” kontra „Grekom trzeba pomóc, a narzucona im przez instytucje europejskie polityka zaciskania pasa prowadzi ten kraj do upadku”). Najogólniej rzecz ujmując, debata toczy się tutaj między ludźmi o postawach (neo)liberalnych, których symbolicznym przedstawicielem jest Leszek Balcerowicz, oraz osobami nastawionymi bardziej pro-socjalnie, z utęsknieniem wypatrującymi polskiej wersji modelu skandynawskiego. Nie jest to spór, który byłby zupełnie pomijany w sferze publicznej, ale o tym, jak mocno ustępuje on swoją popularnością konfliktowi konserwatystów z liberałami, najlepiej świadczy to, że nie ukonstytuował się wokół niego poważny podział polityczny (chociaż powstanie dwóch nowych partii: Nowoczesnej Ryszarda Petru jako reprezentanta „neoliberałów” oraz Partii Razem jako reprezentanta dążeń socjaldemokratycznych świadczy o pewnej pozytywnej, choć wciąż małej, zmianie). Spyta ktoś: „Jak to «nie ukonstytuował się poważny spór polityczny»? Czy PiS nie reprezentuje polski socjalnej, a PO polski (gospodarczo) liberalnej?”. Dzieje się tak, ale głównie na płaszczyźnie retoryki. Warto pamiętać, że rzekomo socjalistyczny PiS, gdy był u władzy, na minister finansów mianował ultraliberalną Zytę Gilowską, która nie zasłynęła z podejmowania decyzji służących najuboższym warstwom społecznym. Z kolei PO w sprawie OFE poszło wbrew zaleceniom Leszka Balcerowicza. Wszystko to świadczy o dwóch rzeczach. Po pierwsze, PiS i PO nie traktują spraw gospodarczych tak do końca poważnie. Po drugie, spór tradycjonalistów z modernistami nie przekłada się w żaden sposób na spór (neo)liberałów ze „Skandynawami”. To znaczy: zajęcie określonego stanowiska w pierwszym z tych sporów w żaden sposób nie determinuje tego, jakie dana osoba ma poglądy w związku ze sporem drugim. Kto chciałby się o tym bardzo szybko przekonać, niech sobie posłucha piątkowych dyskusji publicystów w radiu TOK FM. Jak długo rozmowa dotyczy kolejnego starcia PO z PiS-em Jacek Żakowski, Tomasz Lis, Tomasz Wołek i Wiesław Władyka mówią w większości przypadków wspólnym głosem. Gdy dyskusja schodzi na tematy takie jak Syriza, Podemos, kryzys finansowy, Balcerowicz i tak dalej – czyli, mówiąc najkrócej, na tematy gospodarcze – w studiu od razu zaczyna się rysować wyraźny konflikt, w którym po jednej stronie stoi Żakowski, a po drugiej Wołek z Lisem (Władyka najczęściej lokuje się gdzieś pośrodku).

Po drugie, piękne ciało i ideologia

Dwa pozostałe spory jak na razie rozpalają emocje głównie w kręgach akademickich. Tylko od czasu do czasu, przy wyjątkowych okazjach, angażują większe grono osób. Jeden z nich zdaje się ostatnio wychodzić nieśmiało na powierzchnię, zacznijmy jednak od tego, który nadal znajduje się na peryferiach głównego nurtu debaty publicznej w Polsce. Pojawił się na chwilę w trakcie kłótni, o której większość czytelników pewnie usłyszy po raz pierwszy, czytając ten tekst. W 2014 roku trzy studentki oraz doktorantki socjologii rozpoczęły protest przeciwko organizacji wyborów Miss UMK. Sprawą zainteresowały się nawet – aczkolwiek pobieżnie – główne media. Magdalena Środa w felietonie pod tytułem „Miss w mieście Rydzyka” zinterpretowała cały ten konflikt jako kolejną odsłonę bitwy feministek z patriarchalną kulturą katolicką – nie bez powodu jej felieton zaczyna się i kończy na Rydzyku. Gdyby jednak polska filozofka przyjrzała się bliżej toruńskim wydarzeniom, zauważyłaby, że spór o Miss UMK nie rozgrywał się na linii katolicy (tradycjonaliści, konserwatyści) i feministki (modernistki, liberałki). Z jednej bowiem strony protest poparły nie tylko osoby o jawnie feministycznych poglądach, ale także te kojarzone z obozem konserwatywnym, na przykład profesor Andrzej Zybertowicz. Z drugiej – jednymi z największych przeciwników „toruńskich feministek” byli nie katolicy, ale ludzie uważający się za postępowców i liberałów. Niektórzy z nich, co zabawne w kontekście felietonu Środy, oskarżali organizatorki protestu o to, że realizują one linię programową Radia Maryja (na zasadzie, że trzeba być katolickim sztywniakiem, żeby nie doceniać pięknego ciała na wybiegu).

Najczęściej używanym argumentem obrońców konkursu było przekonanie, że skoro uczestniczki same, dobrowolnie (słowo-klucz nieustająco powracające w ich argumentacji) chcą wziąć udział w konkursie, to nikt nie ma prawa im tego zabronić. Osoby popierające protest odpowiadały, że nawet jeśli dana dziewczyna z chęcią uczestniczy w konkursie i odnosi z tego powodu jakieś korzyści, to nie zmienia to faktu, że bierze udział w wydarzeniu, które może mieć negatywny efekt dla innych ludzi: dla wspólnoty uniwersyteckiej, która powinna się kojarzyć bardziej z przymiotami intelektu niż ciała, oraz dla pozostałych kobiet poprzez utrwalanie wyobrażeń o kobietach, nawet tych przebywających na uniwersytecie, jako przedmiotach seksualnych. Tak naprawdę mieliśmy więc w dużej mierze do czynienia ze sporem, w którym po jednej stronie stali ci, dla których sprawą kluczową jest to, czy dane działanie jest dobrowolne czy też nie, a po drugiej ci, dla których dobrowolność nie jest wystarczającym argumentem, ponieważ interesują ich także szersze, społeczne konsekwencje podejmowania określonych działań przez jednostki. Dla tych pierwszych protest był próbą odgórnego narzucenia wolnym ludziom określonej ideologii. Dla tych drugich taki sposób myślenia był naiwny, ponieważ pytanie nie brzmi „czy będziemy ideologiczni?”, lecz „jakiego rodzaju ideologię wybierzemy?”. Zarówno organizowanie, jak i nieorganizowanie wyborów jest propagowaniem pewnych postaw ideowych, nie ma tutaj neutralnego gruntu. Znamienne, że protest zorganizowały socjolożki, czyli osoby przyzwyczajone do tego, aby postrzegać społeczeństwo jako wypełnione konkurencyjnymi ideologiami, które wpływają na działania ludzi, nawet wtedy, gdy tym wydaje się, że podejmują autonomiczne, osobiste i nieistotne dla innych decyzje.

Gdyby ktoś chciał szukać innych sporów tego rodzaju, to powinien kierować swoją uwagę właśnie w stronę dyskusji związanych z feminizmem czy też tak zwaną polityczną poprawnością. Problem polega na tym, że spory te niemal odruchowo interpretuje się jako stracie tradycjonalistów z modernistami, o czym świadczy przykład Magdaleny Środy. Często rzeczywiście tak jest, ale czasem racje rozkładają się po innej linii argumentacyjnej i warto być na to uwrażliwionym.

Po trzecie, starcie cywilizacji

Wreszcie spór ostatni. Do tej pory był równie schowany jak poprzedni, ale ostatnio doszło do wydarzenia, które go wyeksponowało. Chodzi o uchodźców i dyskusję, która wokół nich rozgorzała. Przyjmować czy nie? Bać się czy witać z otwartymi rękoma? Raz jeszcze wielu próbuje zinterpretować to jako stracie tradycjonalistów z modernistami. Nie jest to zupełnie pozbawione sensu. To prawda, że najgłośniejszymi (albo raczej: najwulgarniejszymi) przeciwnikami uchodźców są ludzie, których można by zaliczyć do radykalnego skrzydła pierwszego ze wspomnianych obozów. Mówiąc dokładniej, chodzi o ludzi, którzy boją się islamskiej inwazji na chrześcijańskie czy katolickie podstawy polskiej tożsamości. Nie zmienia to faktu, że sądy uchodźcosceptyczne wygłaszają także niektórzy spośród tych, którzy uważają się za reprezentantów bardziej laickiej i liberalnej części polskiego społeczeństwa. Uzasadnienie w ich przypadku jest odrobinę inne. Oni również obawiają się islamizacji, przy czym dla nich jest ona zagrożeniem nie tyle dla katolicyzmu, co dla świeckiego państwa, które z takim trudem udaje się w ich mniemaniu w Polsce powoli wprowadzać. Jednych i drugich łączy przekonanie, że mamy do czynienia – by posłużyć się słynnym sformułowaniem Samuela Huntingtona – ze zderzeniem cywilizacji. Muzułmanie jawią im się jako ludzie tak bardzo odrębni kulturowo, że aż niebędący w stanie pokojowo zasymilować się w naszym społeczeństwie. Po drugiej stronie barykady znajdują się zaś ci, którzy sądzą, że owo zderzenie cywilizacji jest mitem. Osoby takie są przekonane, że niepokoje związane z islamizacją Polski (czy, szerzej, Europy) biorą się ze stereotypowych wyobrażeń na temat społeczeństwa muzułmańskiego – wyobrażeń, wedle których muzułmanie stanowią jednolitą masę, w której co drugi jest albo terrorystą, albo potencjalnym terrorystą, zaś reszta cichymi sprzymierzeńcami ataku na wartości zachodniego świata. W tej grupie znajdują się nie tylko, jak ich nazwałem, moderniści czy lewicowcy, ale także, choć być może niektórym trudno w to uwierzyć, także część katolików.

***

Oczywiście wszystkie wymienione spory są w rzeczywistości bardziej skomplikowane. Żadna, nawet najbardziej wysublimowana klasyfikacja nie jest w stanie oddać złożoności ludzkich postaw – stąd też wiele osób z pewnością nie odnajdzie się w niektórych z tych podziałów, uważając, że są gdzieś pomiędzy lub zupełnie poza nimi. Rzecz jednak w tym, żeby wyjść poza myślenie, w którym jedynym – albo jedynie ważnym – sporem jest konflikt modernistów z tradycjonalistami. Wiele osób próbuje nas przekonać, że tak właśnie jest. Nawet gdy trafiają na któryś z trzech pozostałych sporów, to starają się go zinterpretować w taki sposób, aby wpisywał się w stare, dobrze znane ramy, w których nowocześni obywatele zmagają się z ciemnogrodem albo – jeśli stoicie po przeciwnej stronie barykady – prawdziwi Polacy walczą z lemingami zmanipulowanymi przez osoby pozbawione patriotycznych uczuć. Być może jest to wygodne dla czołowych partii, a także niektórych publicystów, którzy dobrze czują się w tej swojskiej grze, w której role zostały dawno rozdane, ale wpływa negatywnie na próby zrozumienia, z jakimi problemami zmaga się Polska i jej obywatele.