dwutygodnik internetowy
22.09.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Malarski: Po pierwsze, nie szkodzić

Pomaganie staje się przejawem naszej wspaniałomyślności, a nie obowiązkiem wobec uboższych. Nie czujemy z nimi solidarności, a jedynie karmimy nasze ego, wspierając nieudaną część społeczeństwa.

ilustr.: Jacek Ambrożewski

Pomaganie staje się przejawem naszej wspaniałomyślności, a nie obowiązkiem wobec uboższych. Nie czujemy z nimi solidarności, a jedynie karmimy nasze ego, wspierając nieudaną część społeczeństwa.

Przedstawiamy fragment rozmowy Pawła Zerki z Ryszardem Malarskim. Cały tekst wywiadu znajdą Państwo w najnowszym, 25. numerze naszego kwartalnika, zatytułowanym „Niemoc pomocy”, który poświęcony jest tematyce dobroczynności.

 

Czy znasz kraje, w których ludzie pomagają chętniej niż w Polsce?

Nie da się odpowiedzieć na tak postawione pytanie. Pomaganie jest zjawiskiem zbyt wielowymiarowym, aby sprowadzać je do prostej opozycji „mniej” lub „więcej”. Zacznijmy od tego, że w ogóle trudno jest pomagać. Wyobraź sobie, że idziesz ulicą i mijasz osobę, która ewidentnie z twojego punktu widzenia znajduje się w sytuacji trudnej. Nie ma domu, nosi zniszczone ubranie, a do tego czuć od niej alkohol. A ty jesteś w eleganckiej koszuli, jesteś ogolonym, czystym i pięknym chłopcem. I spróbuj takiej osobie pomóc! Oczywiście, są tacy, którzy mają wielką empatię. Potrafią do potrzebującej osoby podejść, w jakiś sposób wejść miękko w jej sytuację. Ich biopola przynajmniej się nie odpychają. Ale w większości przypadków te biosiły działają „od siebie”, w przeciwnych kierunkach.

 

To działa w obie strony?

Niełatwo jest pomagać, a czasami jeszcze trudniej przyjąć pomoc. Najczęściej i ci, którzy pomagają, i ci, którzy tę pomoc odbierają, to „zawodowcy”. Pierwsi to ci, którzy żyją zawodowo z pomagania. Drudzy to niekoniecznie ci, którzy tej pomocy naprawdę potrzebują, ale robią z tego właśnie swój zawód.

 

Mówisz tylko o pomocy indywidualnej?

Ten obraz można przenieść na każdy inny poziom pomagania. Na sytuacje codzienne i klęsk żywiołowych. Czasy wojen i pokoju. Przypadki osób pojedynczych i całych grup. Pomocy w wymiarze instytucjonalnym lub małym, lokalnym, międzyludzkim. W kraju lub za granicą.

 

A jednak mam wrażenie, że Polska różni się pod tym względem od innych krajów…

Nie sądzę, ale nawet jeśli tak, to trudno to jednoznacznie ocenić. Są bogate kraje, które mają mocno rozwinięte schematy pomocy zagranicznej, rozwojowej i humanitarnej, na przykład kraje skandynawskie czy Szwajcaria. Ale sposób wdrażania tej pomocy oraz efekty często budzą mieszane uczucia.

 

To znaczy?

Na stronach internetowych poszczególnych, zaangażowanych w tę pomoc organizacji znajdziesz wzruszające obrazki: płaczące, głodne dzieci. Ale kiedy się w to zagłębisz, pogrzebiesz trochę w szczegółach, wówczas mnożą się wątpliwości. Jak bowiem znaleźć tych, którzy naprawdę potrzebują pomocy? Jak sprawić, żeby ta pomoc ich nie zdewastowała, nie uzależniła? Na ogół jest tak, że kiedy w jakimś narożniku afrykańskiego kraju pojawia się medialny problem, to zwala się tam cały świat. Są miejsca programowo opanowane przez pomagających od dziesiątków lat, na przykład Zachodni Brzeg w Izraelu. Znajdziesz tam knajpy, do których przychodzi całe to pomocowe środowisko, tak zwani „ekspaci”. Często sprawiają wrażenie, że sami potrzebują pomocy: przyjeżdżają z gotowymi schematami w głowach, nieprzystosowani nie tylko fizycznie do klimatu, ale też nieznający historii i specyfiki miejsca. Dlatego ich ciała pocą się w wysokich temperaturach, a głowy wypacają jakieś uproszczone schematy projektów pomocowych. Polska pomoc zagraniczna pozostaje na dość niskim poziomie w wymiarze finansowym, ale w kontekście tego, co powiedziałem, to może i lepiej!

ilustr.: Jacek Ambrożewski

Czy twierdzisz, że pomoc szkodzi, bo wypiera miejscową inicjatywę?

W pewnym sensie tak. Zresztą, z tym samym zjawiskiem mieliśmy do czynienia parę dekad temu w Polsce. Rozwinięte kraje pomagały nam na przykład w czasie stanu wojennego. Te sery żółte dystrybuowane w kościołach, mąki ładnie opakowane, kaszki dla dzieci. A niedługo potem, po 1989 roku, szeroki strumień pieniędzy unijnych: fundusze spójności, rozwoju regionalnego, rolnictwa i tak dalej. Nie wiem, czy efekty infrastrukturalne, osiągane za te miliardy euro, są warte wykreowanej postawy prosząco-roszczeniowej. Dobrze oceniany jest tylko ten wójt gminy, który skutecznie wnioskował o darowiznę unijną: na budowę drogi, mostu, rury, basenu, przystanku, czegokolwiek. Budujemy to, na co są pieniądze, a niekoniecznie to, co jest najbardziej potrzebne.

 

Ale czy dotyczy to tylko funduszy pochodzących z zewnątrz?

Inaczej wydajemy darowane pieniądze niż te własne, mozolnie wypracowane. Nie skupiamy się na racjonalnym, normalnym gospodarowaniu swoim, ale tworzymy „umiejętności pozyskiwania” nieswoich pieniędzy. Dobre gospodarowanie jest wypierane przez cwaniactwo.

 

Skoro te pieniądze są dostępne, to trudno się dziwić…

Oczywiście. Ale tworzy się niezdrowy wyścig. Bo jeśli jedna gmina dostała pieniądze, to niekoniecznie jeszcze znaczy, że bardziej ich potrzebowała, a raczej że ma sprawnego w kwitach wójta, który to załatwił. Nie narzekam na tych, którzy stoją w kolejce po pieniądze, ani na tych, którzy dają, ale zastanawiam się nad całym tym zjawiskiem brania i dawania, zyskami i stratami.

 

I co?

I wcale nie jestem pewien, co przeważa.

 

A może w Polsce zapomnieliśmy, jak należy pomagać? Może skrzywdziły nas wolnorynkowe zmiany lat dziewięćdziesiątych?

Jest w tym jakaś prawda. Neoliberalizm, świeżutki jak osesek, niemowlaczek taki, wpadł nagle do naszego kraju i wydawał się taki uroczy, że zawłaszczył dla siebie wiele głów. To typowy zarzut wobec dwudziestu pięciu lat niepodległej Polski, że dbała o rozwój tych przedsiębiorczych, którzy byli w stanie się „załapać”, za to porzuciła całą resztę. I faktycznie, tej „reszty” jest bardzo dużo. Ma to swoje konsekwencje także dla zjawiska pomagania. Bo często uważamy tych, którzy się nie załapali na ten rozwój, za nieudaczników, za ludzi nieporadnych. Czujemy trochę, że to jest właściwie ich wina. W naszym mocno katolickim kraju rozpanoszyło się trochę protestanckiego podejścia: praca kształci i jeśli będziesz ciężko pracował, to na pewno zapracujesz sobie na dobre życie. A tu często nie ma pracy. Ale skoro to ich wina, że nie mają pracy, to pomaganie im staje się przejawem naszej wspaniałomyślności, a nie obowiązkiem dzielenia się z uboższymi naszymi sukcesami. Nie czujemy z nimi solidarności, a jedynie karmimy nasze ego, przekazując pomoc tej nieudanej części społeczeństwa.

 
Ryszard Malarski – humanista, inżynier, anarchista, konsultant Banku Światowego zajmujący się procesami społecznymi.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Najnowszy numer „Kontaktu” jest dostępny m.in. w prenumeracie.