dwutygodnik internetowy
29.04.2019
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Luuk van Middelaar: Potrzebujemy upolitycznienia Europy

Istotnym wyzwaniem dla Europy jest odpowiedź na pytanie, jak widzi się w rozgrywce między Stanami Zjednoczonymi a Chinami. To kluczowe pytanie powinno kierować naszymi wyborami politycznymi. Stawka jest wysoka, jako że UE może stać się jednym z filarów wielobiegunowego świata – ale też skończyć jako przedmiot rywalizacji USA i Państwa Środka.

ilustr.: Zuzia Wojda

ilustr.: Zuzia Wojda

Wywiad ukazał się na łamach magazynu Green European Journal.

Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek.

Ostatnie dziesięć lat kryzysu politycznego w Unii Europejskiej zostało opisanych przez Luuka van Middelaara w publikacji „De nieuwe politiek van Europa” (wyd. holenderskie: „Historische Uitgeverij”. Dzieło dostępne jest po francusku, a już wkrótce również po angielsku). Rozmowa z holenderskim historykiem przenosi nas w czasie od chwil rozpoczęcia budowy wspólnego powojennego projektu integracji aż po rok 2049, kreśląc znaczenie powrotu polityki na kontynent.

***

LAURENT STANDAERT: W przeciwieństwie do dominujących wizji Europy – federalistycznej lub międzyrządowej – zdajesz się rozróżniać nie dwa, lecz trzy podejścia do kwestii europejskiej. Czym się charakteryzują i w jaki sposób odnoszą do obecnie istniejących instytucji?

LUUK VAN MIDDELAAR: Trzy podejścia do tego, jak budować przyszłą Europę, są z nami już od roku 1945 – każde z nich ma swoją ulubioną unijną instytucję. Pierwsze można opisać jako funkcjonalistyczne czy technokratyczne, jego DNA znajdziemy po części w Komisji Europejskiej, Europejskim Trybunale Sprawiedliwości, a nawet w Radzie Unii Europejskiej. Było to podejście Jeana Monneta, które stworzyło podwaliny Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej. Wyraża ono przekonanie, że musimy niejako odpolitycznić politykę i zmienić konflikty w dające się rozwiązać problemy społeczne. Drugie podejście – federalistyczne – skupia się wokół Parlamentu Europejskiego. W tej wizji Parlament ma być narzędziem, dzięki któremu powstanie europejska sfera publiczna, a więcej decyzji zapadać będzie na szczeblu ponadnarodowym.

Jest jeszcze trzeci sposób patrzenia na Unię, konfederacyjny. Jego symbolem jest Rada Europejska – którą mocno odróżniam od Rady Unii Europejskiej – dająca głos liderom i rządom państw członkowskich. Podejście to europeizuje sfery narodowe, nadając sprawom unijnym dodatkową formę uznania. Rada Europejska w ostatniej dekadzie zaczęła odgrywać bardziej istotną rolę niż do tej pory – nie z powodu silnych osobowości czy jakiegoś spisku, ale dlatego, że Europa musiała sobie radzić z szeregiem egzystencjalnych kryzysów i szoków. Wydarzenia te wymagały innego działania niż do tej pory.

W swojej książce określasz lata 1945–1989 jako rodzaj snu, a może wręcz śpiączki, z której europejska polityka wybudza się dopiero w latach 2008–2018. Co zajęło jej tyle czasu?

Uważam rok 1989, a tak naprawdę okres od upadku muru berlińskiego w roku 1989 do wejścia w życie Traktatu z Maastricht w 1993, za punkt zwrotny, a nawet drugie urzeczywistnienie projektu europejskiego. Wiele metamorfoz, które mogliśmy obserwować w ostatnich dziesięciu latach, miało wówczas swój początek. Państwa członkowskie po raz pierwszy zdały sobie sprawę z tego, że będą musiały się mierzyć – być może nie natychmiast, ale w przewidywalnym czasie – z pytaniami o swoje bezpieczeństwo i suwerenność, że zimnowojenny parasol ochronny USA nie będzie trwał wiecznie. Już wówczas niektórzy, nie tylko Francuzi, zaczęli apelować o europejską politykę obronną. Dziś, wraz z rządami Donalda Trumpa i jego administracji, widać, że zaczyna brakować nam mocnych gwarancji bezpieczeństwa. Oczywiście to wtedy zdecydowano również o stworzeniu euro.

W roku 1989 nie zdecydowano się na stanowcze działania. Koniec Zimnej Wojny był dla kontynentu momentem politycznym, który przez Francisa Fukuyamę opisany został w formie wizji końca historii i który – stając się dominującym sposobem myślenia na Zachodzie – w dużej mierze sparaliżował Brukselę na lata. Idea, że oto świat podążać będzie ścieżką kapitalistycznych, liberalnych demokracji prosto do końca światowych dziejów, którą uzasadniać miały transformacje w Europie Środkowej i Wschodniej, wejście Chin do Światowej Organizacji Handlu czy walka USA o demokrację na całym świecie okazały się politycznym środkiem nasennym, a może wręcz mirażem.

Ostatnie dziesięciolecie kryzysów przyniosło nam powrót na europejską scenę czegoś, co nazywasz „polityką wydarzeń”. Czemu w ich sercu znalazła się Rada Europejska ? I jakie były momenty przełomowe?

W obliczu kolejnych wyzwań Unia potrzebowała zdolności do politycznej improwizacji jako sposobu na radzenie sobie z podejmowaniem pilnych, kontrowersyjnych decyzji. Rada stała się ośrodkiem władzy i autorytetu. Zasiadający w niej reprezentanci nie uzurpują sobie roli ekspertów w każdej sprawie, mają za to demokratyczną legitymację i dość bliskie związki z elektoratem oraz mediami, a tym samym z opinią publiczną w swoim kraju.

Jednym z istotnych dla Unii momentów był maj 2010 roku, kiedy to Angela Merkel wypowiedziała pamiętne słowa: jeśli euro upadnie, to upadnie również Europa. Nacisk rynków był wówczas ogromny, a i ówczesny amerykański prezydent, Barack Obama, chwytał za słuchawkę i apelował w tej sprawie do unijnych przywódców. Kolejnym ważnym punktem był przełom roku 2015 i 2016 – kryzys uchodźczy, któremu towarzyszyły dramatyczne sceny oraz poczucie, że państwa członkowskie utraciły kontrolę nad setkami tysięcy osób zdążających do nich trasą przez Bałkany. Pod znakiem zapytania stawał inny kluczowy element Unii, czyli strefa Schengen i związany z nią swobodny przepływ osób. Trzeci istotny dla mnie dzień przypadał zaraz po brytyjskim referendum w sprawie wyjścia z UE, czyli 24 czerwca 2016 roku. Była to chwila paniki związana z lękiem, że śladem Brytyjczyków podążą inne państwa członkowskie, a wyjście Zjednoczonego Królestwa będzie początkiem rozpadu wspólnoty.

Gdzie Twoim zdaniem znajdzie się Unia Europejska w 2049 roku?

Jestem historykiem – trzydzieści lat to dla mnie szmat czasu. Spojrzenie na rok 2049 wymaga pamięci o tym, w jakim miejscu dziejowym może znaleźć się Europa. Będziemy obchodzić wówczas stulecie Chińskiej Republiki Ludowej – jej obecny lider, Xi Jinping, chce do tego czasu uczynić z Chin najpotężniejszy kraj na świecie. Istotnym wyzwaniem dla Europy jest odpowiedź na pytanie, jak widzi się w rozgrywce między Stanami Zjednoczonymi a Chinami. To kluczowe pytanie powinno kierować naszymi wyborami politycznymi.

Stawka jest wysoka, jako że UE może stać się jednym z filarów wielobiegunowego świata, ale też skończyć jako przedmiot rywalizacji USA i Państwa Środka. Co najmniej ekonomicznej, miejmy nadzieję, że niekoniecznie militarnej. Kiedy kanclerz Merkel twierdzi, że my, Europejczycy, musimy wziąć sprawy we własne ręce, a prezydent Macron opowiada o europejskiej suwerenności, to mówią oni właśnie o tym, w jaki sposób Europa może stać się zdolna do obrony własnych interesów w ciągu najbliższych trzydzieści lat. Mowa tu o budowaniu zdolności do reagowania i kształtowania przyszłości w kwestiach takich jak gospodarka cyfrowa, zmiany klimatu, obronność czy uczynienie z euro globalnej waluty rezerwowej.

Co to wszystko może oznaczać dla unijnych instytucji i struktur?

Władza wykonawcza w Unii powinna ewoluować w stronę lepszego, bardziej klarownego podziału i współpracy między Komisją a Radą. Rada jest ciałem, które zdaje się potrzebne do podejmowania długofalowych, nierzadko kontrowersyjnych kwestii, Komisja z kolei zapewnia władzę i narzędzia do ich realizacji, a także do całościowego myślenia o Europie.

Jeśli chodzi o władzę ustawodawczą, to tu rzecz jasna ważnym graczem jest Parlament Europejski. W pewnym sensie bywa on mocniejszy od parlamentów państw członkowskich, mając istotny głos jako współtwórca rozwiązań prawnych. Jego słabą stroną jest niewielka siła powiązań z wyborcami i opinią publiczną, która – mieliśmy nadzieję – z upływem czasu ulegnie wzmocnieniu. Problemem jest również fakt, że Parlament nie pozwolił na wykształcenie się wyraźnej opozycji w jego obrębie. Przez (zbyt) długi czas podzielony był na niezwykle szeroki obóz zwolenników europejskiego konsensusu co do tego, w jaki sposób powinno być kształtowane bardziej federalne, ponadnarodowe podejście, oraz na małe grono eurosceptyków, takich jak Marine Le Pen czy Nigel Farage. Nie jest to zdrowy, demokratyczny podział, jako że nie odzwierciedla zróżnicowania opinii podzielanych przez Europejczyków.

Czy tegoroczne wybory do Parlamentu Europejskiego mogą być punktem zwrotnym, po którym osoby krytyczne wobec status quo, ale niechcące jednak niszczyć Europy będą miały odpowiednio silny głos w Europarlamencie?

Być może. Uważam, że politycy pokroju lidera włoskiej Ligi Północnej, Matteo Salviniego, czy szefa Prawa i Sprawiedliwości, Jarosława Kaczyńskiego, nie chcą zabić czy opuścić Europy, lecz ją zmienić. W mojej analitycznej ocenie to dobrze, że tego typu politycy i partie wnoszą odmienne podejście do tematów takich jak migracje czy otwarte granice, odświeżając debatę publiczną zarówno na krajowym, jak i europejskim poziomie. W trakcie kryzysu uchodźczego widać było, jak ważną rolę odgrywa węgierski premier Viktor Orbán w stawianiu oporu wobec podejścia Brukseli i Berlina. Nie trzeba usprawiedliwiać podmywania przez niego demokracji we własnym kraju, by stwierdzić, że proponowanie politycznych alternatyw w kwestiach migracji i tożsamości – czy mi się to podoba, czy nie – było czymś ważnym. Realny spór w europejskiej przestrzeni politycznej do tej pory praktycznie nie istniał.

Wartości takie jak demokracja, prawa człowieka czy rządy prawa stanowią fundament Unii Europejskiej. Czy mogą w najbliższych trzydziestu latach stać się źródłem jej rozpadu?

Myślę, że tak. To, co opisujesz jako wartości, stanowi nieodzowny element tożsamości Europy oraz jej obrazu samej siebie. Mówimy o klubie demokracji. Dziś z kolei widzimy potencjalny spór między wizją Europy jako przestrzeni wartości – demokracji, praworządności czy wolności – a wizją UE jako odzwierciedlenia pewnych politycznych przekonań. Wyobraź sobie wyjście Węgier i Polski. Byłoby to wydarzenie o równie wielkich reperkusjach jak Brexit, zaprzeczającym wyrażanej po roku 1989 wizji leczenia podziałów po zimnej wojnie oraz łączenia kontynentu. Uważam, że najbliższe dziesięciolecia przyniosą nam właśnie tego typu dylematy, przyprawiające o bóle głowy. Patrzenie trzydzieści lat naprzód oznacza rozmawianie o tych dylematach już dziś. 440 milionów obywateli pozostałych w Unii państw członkowskich nie jest szalonych czy głupich – to wyborcy. Wiedzą dobrze, że świat się zmienia, wiedzą o zmianach klimatu, Chinach, migracjach czy reformach sieci zabezpieczeń społecznych, są gotowi do dyskusji, która toczyć się będzie w szerokim, globalnym kontekście. Potrzebujemy do niej upolitycznienia Europy, odwagi oraz sporej dawki energii.

***

Luuk van Middelaar jest teoretykiem politycznym oraz historykiem – autorem nagradzanej książki „The Passage to Europe” (2013). Już wkrótce opublikuje „Alarums and Excursions” (2019), przełomowe opracowanie na temat unijnej polityki kryzysowej.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Demos potrzebny Unii od zaraz

Popielawska: Od liderów Europy możemy oczekiwać więcej

Innej przyszłości nie będzie